Cały system III RP przykrywa Adamowicza... Czy to nie dziwne, że tyle osób z najbliższego otoczenia Tuska skompromitowało się?

fot.PAP/EPA/SHAWN THEW/Adam Warżawa
fot.PAP/EPA/SHAWN THEW/Adam Warżawa

Jak trudno jest być przyjacielem Donalda Tuska, nie posiadając przynajmniej porządnego immunitetu europejskiego, przekonał się ostatnio prezydent Gdańska Paweł Adamowicz.

Prokuratura nie bacząc na powagę urzędu i stanowiska postawiła mu aż pięć zarzutów. W dodatku prokurator odgraża się bezczelnie, że zarzuty wobec Adamowicza nie dotyczą żadnej mechanicznej pomyłki, lecz świadomego podania nieprawdy w oświadczeniu majątkowym. Taki fakt niestety wyłącza Adamowicza z przyjacielskiego kręgu byłego premiera.

Wykruszają się stare przyjaźnie Donalda Tuska. Dopiero co Sławomir Nowak przejechał się na zegarku, chociaż niektórzy twierdzą, że jednak bardziej na sławnym już „crossowaniu” rachunków jego i małżonki. A jeszcze inni, że na osławionym partnerstwie publiczno-prywatnym, ulubionej zabawce piarowskiej premiera, które miało przynieść oszałamiający sukces w budowie autostrad, lecz przyniosło zapaść w budownictwie. I nic Nowakowi nie pomogła jego legendarna już spostrzegawczość – właśnie on zauważył ślad dotknięcia geniuszu na korpusie Donalda Tuska, podczas gdy inni gapili się niczym cielaki na malowane wrota, nic nie widząc.

Bardzo przyjemna restauracja „Sowa i Przyjaciele”, do której tłumnie uczęszczali różni przyjaciele skarbu państwa, nie okazała się przyjazna dla Bartłomieja Sienkiewicza. A to był nie tylko przyjaciel Tuska, lecz także jego oficer największych nadziei w polityce. Tymczasem okazał się jeszcze jednym gadułą na miarę Papkina, który nie zna własnej miary, zwłaszcza gdy się odrobinę napije. Wprost prosił się o nagranie. No i się w końcu doczekał, a wtedy okazało się, iż ten subtelny analityk ordynarnie knuje z prezesem NBP przeciwko opozycji.

Afera hazardowa pogrzebała z kolei przyjaźnie ze Zbigniewem Chlebowskim, Mirosławem Drzewieckim i Grzegorzem Schetyną. Nic nie pomogła wieloletnia zażyłość ani poważne w końcu immunitety parlamentarne. To mało – rzekł Donald i spektakularnie zerwał najserdeczniejsze przyjaźnie z koleżkami, których dosłownie nosił na rękach, dopuszczając do najwyższego kręgu władzy. Ale cóż, wystarczyło jedno biznesowo-legislacyjne spotkanie na cmentarzu, którego nie dało się wytłumaczyć spirytystycznym hobby i taką piękną przyjaźń diabli wzięli.

Nawet Ryszard Milewski, prezes sądu okręgowego, jako sędzia posiadacz immunitetu o niezwykłej odporności, został przez Tuska porzucony, gdy opublikowano jego wiernopoddańcze zaloty do władzy. A przecież to i ziomal Tuska z Gdańska, i kibic piłki nożnej, wierny bywalec loży premiera na gdańskim stadionie. Nie ma litości, ani zmiłuj się, gdy przyjaźń może rzucić cień na nieskalaną postać premiera Tuska.

Jeszcze wcześniej skończyła się serdeczna komitywa, albo zgoła entente cordiale z Pawłem Piskorskim, który miał niesamowite szczęście w kasynie. Przyjaźń z takim gościem to dosłownie skarb, ale okazało się, że Piskorski też ma za słaby immunitet, jak na wysokie standardy przyjaźni z Tuskiem – prokuratura zbyt mocno zainteresowała się szczęściem Piskorskiego w kartach. A wiadomo, że taki gość nie ma szczęścia w miłości, więc tym bardziej w przyjaźni.

Można by długo wymieniać wszystkich przyjaciół premiera, których porzucił, gdy im się noga powinęła. A najczęściej chodziło o pieniądze, nieformalne działania, łamanie prawa, także konstytucji. Czy to nie dziwne, że aż tyle osób z najbliższego kręgu polityczno-towarzyskiego Tuska, dostało zarzuty, skompromitowało się, odeszło w publicznej niesławie? Pokaż mi z kim się przyjaźnisz, a powiem ci kim jesteś. Swój pozna swego. Dobrali się jak w korcu maku. Kto z kim przestaje, takim się staje. To adekwatne do sytuacji porzekadła. Czy oni wszyscy zadawali się z Tuskiem, czy to on się z nimi zadawał? Oni go deprawowali, czy odwrotnie – on ich sprowadził ma manowce ciemnych interesów i patologii polityki?

Dzisiaj resztki swojej przyjaźni z Tuskiem przeżuwa z goryczą Paweł Adamowicz. A to jest najściślejszy polityczny krąg wtajemniczonych Tuska, jego pupil, wręcz wychowanek. Zaledwie kilka miesięcy temu Donald Tusk ręczył za niego w wyborach samorządowych:

Obserwowałem także Pawła Adamowicza od początku jego kariery. Jeszcze jako studenta i młodego opozycjonistę, a później radnego i prezydenta miasta. Bo on w jakimś sensie zmieniał się tak, jak Gdańsk, dojrzewał, stawał się coraz mądrzejszym prezydentem i dzisiaj namawiam z przekonaniem każdego, żeby głosować na Pawła Adamowicza.

Czyż to nie jest osobliwa laudacja, jak na pięć zarzutów prokuratorskich? Na szczęście prokuratura jakoś nie uległa hipnotycznej sile perswazji Donalda Tuska. Ale warto się zastanowić i to głęboko, jak to się dzieje, że lgną doń podejrzane indywidua, a on do nich. Tyle że Tusk zawsze jak ten piskorz się wywinie, ale również zawsze kosztem byłych zaufanych przyjaciół. Zawsze. Adamowicz jest przypadkiem szczególnym, gdyż jest jednym z założycieli PO w mateczniku Tuska, w Gdańsku. Tusk znał go lepiej niż kogokolwiek. Dzisiaj zapewne wielu powie, że jak zły szeląg. Ale to mu nie przeszkadzało, żeby promować go z całej mocy swoich stanowisk, najpierw z pozycji premiera, potem szefa Rady Europejskiej.

W sensie politycznym Adamowicz jest dzieckiem Tuska, wszystkie jego zachowania w polityce i na urzędach były przez Tuska akceptowane i nigdy mu nie przeszkadzały. Dosłownie: mówimy Adamowicz, myślimy Tusk. To jest ten rodzaj związku politycznego. Katastrofa Adamowicza kojarzy się bezpośrednio z jego promotorem, a tym jest Tusk. A Tusk z kolei kojarzy się Polakom z ośmioma latami rządów Platformy. Platforma zaś z systemem III RP. Tak, w tym łańcuszku pierwszym ogniwem jest kompromitacja prezydenta Gdańska, ale końcowym jest katastrofa ludzi tej władzy.

Przypomnieć bowiem należy, że mityng wyborczy delikwenta pod hasłem „Adamowicz i Przyjaciele” zaszczycili Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Janusz Lewandowski. Poparli go także Wajda, Buzek, Olbrychski, Figura. Śmietanka polityczno-celebrycka III RP stanęła murem za Adamowiczem, który dzisiaj wije się pod pręgierzem prokuratorskich oskarżeń. To musi być czerwony alarm dla tej władzy.

I tu dochodzimy do znamiennego epilogu tych mechanicznych pomyłek Pawła Adamowicza. Dziwnym trafem, gdy prokuratura ogłosiła zarzuty przeciwko Adamowiczowi, media „przy-rządowe” nagłośniły groteskowy list szefa KNF w sprawie kas SKOK. Bierecki stanął na cenzurowanym, a Adamowicz spadł na poślednie miejsce. I potem spadał już tylko niżej, podczas gdy SKOK-i tkwią na czołówkach. List był groteskowy, bo urzędnik państwowy, który twierdzi, że wykrył wielką aferę z groszem publicznym, powinien w te pędy polecieć do prokuratury. To truizm i skrzecząca oczywistość. Tymczasem urzędnik pisze durny list, nie posiadający żadnej formalnej mocy sprawczej. Posiadający wyłącznie moc propagandową na użytek władzy. Jest to dobitne i ostateczne świadectwo, że cała sprawa jest dęta.

Zbieżność czasu zaś świadczy, że system chce przykryć Adamowicza. A ponieważ grunt pali się pod stopami – gorączka wyborcza – więc przykrycie sporządzono na gwałt, stąd poświęcono urzędnika, który wyszedł na głupka. Ale to wliczono w straty planowane. Podobnie wyciągnięto z lamusa dziennikarkę-cyngla, która na chybcika wysmażyła szybki paszkwil oskarżający Biereckiego, z którego za nic nie można się dowiedzieć, jakie to nikczemności popełnił na publicznym groszu. W pośpiechu pogodzono się nawet z faktem, że dziennikarka jest skrajnie niewiarygodna - w przeszłości pisała teksty pod dyktando służb specjalnych, podając je za własne, co ją raz na zawsze dyskwalifikuje w tym zawodzie. Ale tę niedogodność też pominięto, bo nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Tym bardziej, że ta róża bynajmniej nie pachnie wiosną. Adamowicza trzeba przykryć za wszelką cenę, bo po nim jak po sznurku wyborca może dojść do istoty systemu III RP.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...