Arogancja władzy ws. sześciolatków

PAP/Jacek Turczyk
PAP/Jacek Turczyk

Już po raz trzeci koalicja PO-PSL w pierwszym czytaniu odrzuciła obywatelski wniosek w sprawie sześciolatków, przedkładany Sejmowi każdorazowo przez ruch społeczny zorganizowany przez Karolinę i Tomasza Elbanowskich. Pod projektem ustawy znoszącym obowiązek szkolny dla sześciolatków tym razem podpisało się około 300 tys. Polaków. Podobnie było w 2011 r., kiedy to analogiczny projekt poparło ponad 350 tys. obywateli naszego kraju, nie mówiąc już o obywatelskim wniosku o przeprowadzenie referendum w tej sprawie, pod którym w 2013 r. podpisało się prawie milion osób.

Władza po raz trzeci odrzuca wnioski tak ogromnych grup obywateli. Rządzący nie tylko nie chcą przestrzegać konstytucyjnych praw rodziców, ale nawet nie są zdolni do podjęcia dyskusji z Polakami podpisanymi pod wnioskiem. Rzesza ludzi trzykrotnie organizowała zbiórki podpisów w tej sprawie, zaś Platforma Obywatelska i PSL trzykrotnie nie dopuściły tego projektu dalej niż do pierwszego czytania.

Do symbolu urasta już postawa trzech kolejnych ministrów edukacji, urzędujących odpowiednio w okresach złożenia każdego z wniosków. Gdy w 2011 r. prezentowano wniosek poparty przez ponad 350 tys. Polaków, na sali sejmowej brakowało ówczesnej minister Katarzyny Hall. Podobnie było w 2013 r., kiedy minister Krystyna Szumilas miała widocznie ważniejsze sprawy na głowie. Podobnie zachowała się wczoraj minister Joanna Kluzik-Rostkowska.

Takie podejście osób odpowiedzialnych za politykę rządu w obszarze edukacji, połączone z odrzuceniem przez prezydenta Komorowskiego prośby Elbanowskich o spotkanie, obnaża arogancję tej władzy. W ciągu minionych ośmiu lat posłowie koalicji PO-PSL tak dalece oddalili się od rzeczywistości, że doszli do przekonania, iż lepiej od rodziców wiedzą co jest dobre dla ich dzieci.

Skutkiem tego będą przepełnione klasy, w których mają się razem uczyć sześciolatki z siedmiolatkami, mimo że na tym etapie rozwoju różnica jednego roku to bardzo dużo. Już za kilka miesięcy do pierwszych klas pójdzie aż 650 tys. dzieci z dwóch najliczniejszych roczników lat dwutysięcznych. Całą Polskę czeka los warszawskiej Białołęki, gdzie w szkołach podstawowych funkcjonują klasy aż do literki „p”.

Taki stan rzeczy sprawia, że szkoły niejednokrotnie zmuszone są do umieszczania w jednym kompleksie uczniów pierwszych klas z gimnazjalistami. Prawdziwy dramat zacznie się jednak dopiero za kilka lat, kiedy tegoroczne pierwszaki pójdą do klas czwartych, gdzie materiał do nauki jest dużo większy. Dziesięciolatek w takiej klasie będzie miał dużo łatwiej niż jego rok młodszy kolega.

Oprócz arogancji władzy, rodziców do aktywności zmuszają także urzędnicy, dyrektorzy szkół oraz samorządowcy, którzy utrudniają sześciolatkom skorzystanie z prawa do odroczenia obowiązku szkolnego. „Nasz Dziennik” opisuje, że w wielu miejscach Polski rodzice są błędnie informowani, jakoby dzieci urodzone w 2009 r. nie miały prawa do odroczenia, chyba że są niepełnosprawne.

W ten sposób samorządy kontrolowane przez PO wykorzystują okazję do odciążenia swoich budżetów kosztem dzieci. Wynika to stąd, że dopóki dziecko uczęszcza do zerówki, to za jego edukację płaci samorząd gminny, zaś od szkoły podstawowej odpowiedzialność przejmuje budżet państwa za pomocą subwencji oświatowej. Takie podchodzenie do zadań z zakresu edukacji publicznej jest niedopuszczalne.

Nie można również wykluczyć, że wroga postawa urzędników ma także inne źródła. Wiele rodzin pod ich presją ostatecznie posyła swoje sześcioletnie dzieci do szkoły, co poprawia statystyki ministerstwu edukacji. Dzięki temu resort może wbrew faktom uprawiać swoją propagandę sukcesu kosztem sześciolatków.

lw, PAP

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...