Front rosyjsko-ukraiński przebiega dziś także w Polsce. I nazywa się "kampania wyborcza"

PAP/EPA
PAP/EPA

Cel Moskwy jest jasny: zaszczuć niepodległe państwo ukraińskie. Zamęczyć, zadręczyć, w końcu dobić. Najpierw wojną, zaborem kilku województw, a teraz - bombami na ulicach miast.

Ukraińcy są dzielni. Walczą, bronią się. Popełnili jednak błąd fundamentalny: zaufali Niemcom. Najpierw zniechęcano ich do oporu (Krym padł bez jednego wystrzału), później namawiano do ustępstw, obiecując mediację na wysokim poziomie i wsparcie. W końcu zmuszono do podpisania porozumienia, z którego wychodzą tak obici, że ledwo żywi. I niestety, wciąż bez nowoczesnej broni. O wsparciu finansowym też nie słychać, za to nasilają się żądania, by Kijów ciął brutalnie i tak nędzne świadczenia socjalne - w czasie wojny!

To lekcja dla Polski: opieranie się na potędze Berlina nie tylko nie hamuje rosyjskiej agresji, ale wręcz ją przyspiesza. Niemcy - dyskretnie i elegancko, ale wyraźnie - dążą do „uporządkowania” Europy Środkowo-Wschodniej w duchu Mitteleuropy. Część ma wpaść w ręce Moskwy, część ma chodzić na pasku Berlina, a w finale - nikt ma już nie przeszkadzać fantastycznemu niemieckiemu przemysłowi w korzystaniu z imponujących rosyjskich złóż surowców.

Tu każdy owoc jest zatruty. Wypromowanie Tuska na szefa Rady Europejskiej skutkuje jeszcze większą biernością instytucji unijnych niż widzieliśmy to za kadencji von Rompuya. A mówimy przecież o polityku, który będąc polskim premierem, machał skrwawioną flagą Majdanu tak zamaszyście, jak się tylko dało.

Reszta zachodu ma w tradycyjnej pogardzie środkowoeuropejskie „nacjonalizmy”. „Nacjonalizmy”, które są po prostu wołaniem o wolność, własne państwo, prawo do rozwoju i do życia. Dobre instynkty mają tylko Amerykanie, ale i oni pod tym prezydentem mocniej nie wejdą do gry.

Wkraczamy w okres (dekadę?), która rozstrzygnie o przyszłości naszego regionu. Dziś nie możemy pomóc Ukraińcom militarnie; ta władza boi się nawet myśleć o konkretnym przeciwstawieniu się Rosji. Ale możemy zrobić coś długoterminowo dużo ważniejszego: możemy zmienić i rząd, i prezydenta. Tu, w Polsce. To klucz do przyszłości. I Polaków, i Ukraińców, i Bałtów, i Gruzinów, i Mołdawian.

Zmiana władzy w Polsce przywróci regionowi podmiotowość. Nie da żadnej gwarancji, ale stworzy szansę. A w naszej sytuacji to już dużo. Bo skoro zachód zaakceptował otwartą, jawną agresję na Ukrainę, to zaakceptuje wszystko. Członkostwo w NATO może okazać się równie bezwartościowe jak Memorandum Budapesztańskie, które gwarantowało ukraińskie granice w zamian za rezygnację z broni jądrowej.

Front rosyjsko-ukraiński przebiega dziś w Polsce. I nazywa się „kampania wyborcza”.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych