Czy rząd Ewy Kopacz publicznie łajał Viktora Orbana, bo suflował to Jacek Żakowski? Czy to jeszcze polski rząd, czy już jakiś "żakowski"?

Fot. wPolityce.pl/TVN24
Fot. wPolityce.pl/TVN24

Przedstawiciele polskich władz spotykając się z Viktorem Orbanem pokazały czym są na europejskiej mapie politycznej. To chuderlawy ratlerek, który obszczekuje i ciągnie za nogawkę „intruza”, aby przypodobać się i pokazać swą „siłę” patrzącemu na to z pobłażaniem rottweilerowi.

Ten „rottweiler” to oczywiście nasz zachodni sąsiad, który robi świetne interesy z Węgrami. Dla naszych węgierskich bratanków Niemcy w obrocie handlowym i gospodarczym są na pierwszym miejscu. Interesy kwitną i dlatego Berlin nie będzie łajał Budapesztu za zbytnie spoufalanie się z Putinem, zwłaszcza że… można by wówczas łatwo zarzucić Niemcom skrajną hipokryzję, bo jeśli ktoś rozwala tę mityczną „jedność unijną” poprzez bilateralne kontakty z Moskwą, to robią to głównie nasi zachodni sąsiedzi.

Z punktu widzenia Berlina dobrze mieć takiego polskiego „ratlerka”, takiego kabotyna – jak nazwał Jana Vincenta Rostowskiego Leszek Miller, dla którego przecież Viktor Orban to polityk z odległej planety. Lider postkomunistów nazwał tak Rostowskiego, gdy były minister finansów, a dziś doradca premier Kopacz powiedział publicznie, że Orban przyjeżdżając do Warszawy

Nie otrzymał żadnego rozgrzeszenia, został przywołany do porządku.

Politycy rządzącej koalicji, którzy karierę w Europie chcą robić przymilając się Berlinowi, nie tylko wystawiają się na pośmiewisko czyniąc publiczne wstręty Orbanowi. Oni szkodzą Polsce, bo Viktor Orban reprezentuje nie tylko siebie, ale Węgrów. Może się tak zdarzyć, że kiedyś już nie będzie tej słynnej „jedności unijnej”, ale Węgrzy – dzięki Bogu – pozostaną. Można się nie zgadzać z polityką wobec Rosji rządu Orbana. Można nawet mu to wygarnąć – ale do jasnej cholery – nie publicznie! To nawet nie podręcznik dyplomacji, to kwestia smaku i dobrego wychowania.

Żeby było ciekawiej taką publiczną połajankę względem węgierskiego gościa zasugerował w dniu wizyty premiera Orbana Jacek Żakowski, jakieś feministki i red. Jolanta Pieńkowska, z którymi rozmawiał w poranku TOK FM. Kluczowy fragment rozmowy brzmiał tak:

Bardzo bym chciała w czasie konferencji usłyszeć słowa polskiej pani premier, że tak nie może być, że tak się nie postępuje. Że albo tworzymy wspólnotę europejską, albo bawimy się niebezpiecznymi zabawkami. Takich słów oczekuję. Czy padną? Mam nadzieję, że tak

— powiedziała red. Jolanta Pieńkowska.

Na to red. Żakowski:

Ja też bardzo bym chciał te słowa usłyszeć.

Czyżby Żakowski to kolejny tajny „wicepremier” obok „Leniny” Paradowskiej?

Żakowski, Paradowska czy inni mainstreamowi publicyści mogą faktycznie podpowiadać rządowi PO-PSL typowe dla swego środowiska rozwiązania, a ten rząd niekierujący się interesem Polski chętnie z tych rad będzie korzystać. Ale dlaczego do afrontów wobec Orbana przyłącza się największa partia opozycyjna mająca ambicje rządzić? Tu już chyba zahaczamy o jakieś kwestie słabości charakteru, bojaźni, chęci „bycia w stadzie” itp.

PiS powinien wiedzieć, że nie ma szans przypodobać się obecnej „elycie”, nawet postponując Orbana sugestią, że premier Węgier „prosił o audiencję, ale jej nie dostał”.

Tak obcesowo traktuje się wroga. Czy walczący o jak najlepszą pozycję dla swojego kraju premier Węgier stał się nim dla PiS?

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych