wPolityce.pl: Prezydent Komorowski wyszedł z propozycją, by 8 maja zorganizować w Polsce duże obchody zakończenia II wojny światowej. Czy to dobry pomysł na polski akcent w kontekście tak ważnej dla nas rocznicy?

Witold Waszczykowski, PiS: Ten pomysł należy oceniać łącznie z ostatnimi wypowiedziami szefa MSZ Grzegorza Schetyny. On mówił o świętowaniu zakończenia II wojny światowej w Berlinie czy Londynie, wcześniej o rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Obie te wypowiedzi rozdrażniły Rosjan. Zastanawiam się, w jakim celu to się robi właśnie teraz? Relacje polsko-rosyjske są od około roku bardzo napięte, z oczywistych względów. Protokół rozbieżności między Warszawą i Moskwą jest długi, dzieli nas historia, polityka historyczna oraz współczesna polityka. Bez sukcesów działa grupa ds. trudnych, lista spornych i rozbieżnych kwestii jest długa. Dzielą nas sprawy bezpieczeństwa, gospodarki, wojna na Wschodzie. W tej sytuacji zakładałem, że Polska będzie prowadziła działania na rzecz wygaszenia wojny na Ukrainie, a nie działania w kierunku separowania się od takich wysiłków.

Słowa dotyczące polityki zagranicznej będą skutkowały separowaniem się w tej sprawie?

Te wypowiedzi nie zachęcają Rosjan, by doproszono nas do jakiegokolwiek formatu rozmów o Ukrainie. To raczej zaognia stosunki między Polską i Rosją. Jeśli pojawiają się już w Rosji karykatury szefa MSZ, jako psa na amerykańskiej smyczy, to trudno sobie wyobrazić kontynuowanie dialogu i rozmów Rosji i Polski.

Jednak czy Polska nie powinna zabierać głosu w sprawach rocznicowo-historycznych zgodnie z własnymi interesami? Może nie warto się oglądać na reakcje rosyjskie, ale prowadzić swoją politykę historyczną?

Zgoda, myśmy do tego namawiali od lat. Stawialiśmy poważne postulaty dotyczące kształtowania polityki historycznej. Stawiał je śp. Lech Kaczyński i cały ośrodek prezydencki działał w tym kierunku. Pamiętajmy inicjatywy śp. Władysława Stasiaka, który patronował grupom rekonstrukcyjnym. To dzięki inicjatywie Lecha Kaczyńskiego zaczęto obchodzić Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych. To jednak zostało zarzucone przez ten rząd. Gdy żył Lech Kaczyński, zwalczano jego politykę, tłumacząc, że historia to balast, a bez polityki historycznej będzie nam lepiej. Po 2010 roku, po śmierci prezydenta, zmieniono całkowicie politykę zagraniczną, próbowano nas namówić do sojuszu z Rosją, tłumaczono, że mamy do czynienia z rosyjską empatią, wzywano do honorowania żołnierzy Armii Czerwonej, czy bolszewickich najeźdźców z 1920 roku, zaś do dziś broni się obecności pomnika „Czterech Śpiących” na warszawskiej Pradze.

Jaki to ma związek z obecnymi wypowiedziami szefa MSZ i prezydenta?

Wolta po tylu latach opisanej przeze mnie polityki, dokonana w momencie tak napiętych relacji między Polską i Rosją, jest zastanawiająca. I ma pan rację, suwerenną politykę historyczną należy prowadzić, ale konsekwentnie. A nie dziś, w bardzo napiętej i nerwowej atmosferze, przy silnym napięciu na linii Warszawa-Moskwa, gdy dodatkowo Polskę czekają wybory.

Oczywiście polityka historyczna powinna być długofalowa i konsekwentna, jednak z drugiej strony rocznica Auschwitz i zakończenia II wojny jest teraz. Może zatem słowa Schetyny i inicjatywa Komorowskiego są uprawnione?

Pamiętajmy, co jest głównym zadaniem szefa MSZ. On ma utrzymywać i prowadzić dialog międzynarodowy, trzymać kanały komunikacji. Czy zachowując się tak, jak Schetyna, MSZ utrzymuje drożne kanały komunikacji? Czy tworzy nowe pola porozumienia? Czy przyczynia się raczej do zaognienia sytuacji i zamykania się możliwości dialogu? Odpowiedzi na te pytania zdają się oczywiste.

Jak działalność i słowa Schetyny wpływają na postrzeganie Polski przez zachodnich partnerów? Czy stajemy się bardziej atrakcyjnym partnerem do prowadzenia politycznej gry np. na kierunku wschodnim?

Te słowa działają wręcz odwrotnie. One będą utrwalały stereotyp o polskiej rusofobii, napastliwości. Do tego dokładają się wypowiedzi takie, jak słowa byłego ministra Sienkiewicza, który tłumaczył, że tworzenie formatów rozmów nt. Ukrainy, normandzkiego i mińskiego, w których nie ma Polski, to świetne rozwiązanie, czy wręcz celowe działanie Polski, że to nasz sukces. Tłumaczył, że to tworzy wrażenie, że kraje zachodnie stają się odpowiedzialne za bezpieczeństwo tego regionu, za rozwiązanie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. To jest błędna interpretacja i kpina z naszej inteligencji. Taką drogę rozmów i rozwiązywania problemów chciałby prowadzić Putin.

Dlaczego?

On nie chce rozmawiać z całymi instytucjami, jak NATO czy UE, ale z wybranymi krajami, w wąskiej grupie. Od 2008 roku Rosjanie zmierzają do powrotu do idei koncertu mocarstw, jak w XIX wieku. Widać obecnie, że Putin wygrał, jeśli dostał na tacy formułę rozmów dot. Ukrainy, zgodną z jego planem. On chciał rozmawiać bez „Polaczków”, którzy chodzą na pasku Zachodu i USA. Przegraliśmy również w ramach UE, ponieważ Unia przecież tworzyła od lat struktury związane z dyplomacją, zaś w imieniu Unii głos zabiera jedynie Francja i Niemcy. Na jakiej podstawie te kraje mają decydować o losach naszego regionu? Również od strony Unii zostaliśmy wypchnięci z grupy tworzącej politykę europejską. A od lat dobijamy się i walczymy o to, by tworzyć politykę wschodnią Unii. Tego nie można uznać za polski sukces. Po ostatnich wystąpieniach szefa MSZ wątpię, by Polska miała szanse wrócić do stołu rozmów ws. Ukrainy.

Rozmawiał Stanisław Żaryn