Największe szanse na zostanie nowym szefem rządu ma minister obrony Tomasz Siemoniak, zaś Ewa Kopacz miałaby wrócić na stanowisko marszałka Sejmu

Po zaledwie trzech miesiącach urzędowania premier Ewa Kopacz rozczarowała wszystkich swoich promotorów i niemal wszystkich zwolenników. W różnych frakcjach PO trwają zaawansowane, potajemne rozmowy na temat scenariusza zastapienia Kopacz kimś innym. Podobne plany snuje ośrodek prezydencki. Głównym argumentem jest to, że z Ewą Kopacz PO osiągnie słaby wynik wyborczy. Jej bierny, miałki i infantylny sposób sprawowania władzy jest też zagrożeniem dla reelekcji Bronisława Komorowskiego. Nie tylko dlatego, że wciąż jest on kojarzony z PO, ale też z tego powodu, że wpadki Kopacz zwracają uwagę na potknięcia, niezręczności i błędy samego prezydenta. Oraz zwracają uwagę na płytkość tej prezydentury.

W Platformie dominuje pogląd, że jeśli Ewę Kopacz dałoby się zastąpić kimś innym, powinno się to zrobić najpóźniej do połowy marca 2015 r. Żeby przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi był czas na zatarcie złego wrażenia z jej rządów. Taka zmiana nie jest oczywiście prosta, bo oznacza przyznanie się do porażki. To powoduje, że nawet zdecydowani przeciwnicy Kopacz zastanawiają się, czy jej dymisja przyniesie więcej korzyści czy strat. Argumentem za jest to, że nominacją Kopacz dałoby sie obarczyć Donalda Tuska, który jest już poza polską polityką. Można by wytłumaczyć, że Tusk działał pod presją czasu i nie bardzo miał wybór. I można by przekonywać, że Ewa Kopacz wypełniła swoją funkcję, bo zapobiegła rozłamom w partii, zapraszając do rządu liderów najważniejszych frakcji w PO.

Problemem jest tylko to, że właściwie nie wiadomo, co z Kopacz zrobić po dymisji. Dominuje pogląd, że mogłaby wrócić na stanowisko marszałka Sejmu, co rozwiązałoby kłopot, jaki PO ma ze skompromitowanym Radosławem Sikorskim. Powrót Kopacz na fotel marszałka Sejmu nie byłby dla niej upokarzający, a jednocześnie byłoby to świetne uzasadnienie dla pozbycia się Sikorskiego. Powszechne jest w PO przekonanie, że powrót Kopacz na fotel marszałka bez trudu dałoby się uzasadnić przy pomocy prorządowych mediów, bo nawet one są poirytowane tym, jak rzadzi Ewa Kopacz, czemu wyraz dał niedawno np. Jacek Żakowski. Ten powrót przedstawiono by jako konieczność przywrócenia zaufania do marszałka, czyli drugiej osoby w państwie. Szczególnie w perspektywie czekających nas w 2015 r. wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Część przeciwników Ewy Kopacz jako premiera opowiada się za pozostawieniem jej na stanowisku przewodniczącej partii, choć równie duża część uważa, że to jednak nowy premier powinien pokierować PO.

Bronisław Komorowski już ponad trzy miesiące temu uważał, że premierem po Donaldzie Tusku powinien zostać Tomasz Siemoniak. I prezydent w nim widzi nastepcę Ewy Kopacz, i tę kandydaturę ma forsować. Problemem Siemoniaka jest właściwie słabe zakorzenienie w partii, natomiast zaletą to, że żadna frakcja jednoznacznie go nie odrzuca. Prezydent mógłby też wesprzeć Grzegorza Schetynę jako kandydata na premiera, ale obecny szef MSZ mógłby mieć problem ze zdobyciem wiekszości w partii. A poza tym ta kandydatura prawie na pewno wznowiłaby wyciszone wojny frakcyjne w PO, bo nie zaakceprowałaby jej spółdzielnia Cezarego Grabarczyka. Sam Schetyna oczywiście byłby zainteresowany stanowiskiem premiera i przewodniczącego partii. Schetyna uważa jednak, że obecnie jego szanse są niewielkie, więc popiera pozostanie Ewy Kopacz na stanowisku premiera i szefowej partii. Czas pracuje bowiem na jego korzyść. Im gorzej radzi sobie Ewa Kopacz, tym łatwiej będzie Schetynie przejąć partię, a potem, w okolicach wyborów do parlamentu jesienią 2015 r., zostać premierem.

Aspiracje do stanowisk premiera i przewodniczacego partii zgłasza szef nasilniejszej spółdzielni w PO, czyli obecny minister sprawiedliwości Cezary Grabarczyk. Jemu wystarczyłoby sprawowanie tych funkcji nawet przez kilka miesięcy. Ale on ma obecnie jeszcze mniejsze szanse niż Grzegorz Schetyna. Wymarzonym kandydatem wszystkich frakcji byłby Jerzy Buzek, ale on stanowczo nie chce się podjąć tej roli. Z kolei bardzo małym poparciem cieszy się w PO kandydatura byłego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, rezygnującego właśnie z przewodniczenia Radzie Gospodarczej przy premierze. Pretensje i ambicje, by zostać szefem rządu ma jeszcze były wicepremier i minister finansówe Jan Vincent Rostowski, ale jego szanse są równie małe jak Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Praktycznie wszyscy ważni działacze PO nawet nie chcą słyszeć, by premierem został szef koalicyjnego PSL Janusz Piechociński, a to oznacza, że największe szanse na sukcesję po Kopacz ma wicepremier i minister obrony Tomasz Siemoniak, popierany przez Bronisława Komorowskiego. Można by go przedstawiać jako szefa rządu fachowców. Taka etykieta ułatwiłaby wytłumaczenie zwolennikom i wyborcom PO, dlaczego zmieniono Ewę Kopacz, gdyby to takiej zmiany doszło. A na to większa część działaczy PO jest już zdecydowana. Problemem są tylko ewentualne koszty takiego posunięcia. Bo z mediami mainstreamu nie będzie żadnego problemu.