Sytuacja wyraźnie zmierza ku przesileniu. Sfałszowanie wyborów (w najlepszym wypadku: zaakceptowanie fałszerstw oddolnych), pozwoliło rządzącym utrzymać niemal pełną kontrolę nad sejmikami, a tym samym nad setkami tysięcy posad i grubymi setkami miliardów złotych. Nie ma jednak nic za darmo. Podeptanie ostatnich już fundamentów demokracji zmusza władzę do dokręcania śruby. Po czymś takim trudno się cofnąć. Złodzieje nie lubią pracować, uzależniają się szybko od łatwego zarobku. W polityce tak samo. Nieuchronnie zbliżamy się więc do przesilenia: albo coś się zmieni, zaczniemy od początku, albo system pójdzie dalej, sięgnie po jeszcze bardziej brutalne metody.

Już dziś żyjemy w świecie zarządzanym przemocą. Zwróćmy uwagę na traktowanie Marszu 13 grudnia, który przecież ma już kilkuletnią tradycję i nigdy nie towarzyszyły mu żadne incydenty: władza mówi o „egzekwowaniu prawa”, stawia w stan gotowości sądy, a jutro zapewne zobaczymy wokół trasy setki policyjnych furgonetek. Sam kontekst ma spychać uczestników na pozycje niemalże przestępcze.

Przemocą pachnie zmuszenie biskupów do wycofania się z Komitetu Honorowego. Pytanie jest jedno: czy przedstawiciele władz, najwyższych władz, interweniowali w Watykanie? Albo raczej: w jaki sposób interweniowali? Samo to nie nastąpiło, zwalanie na nuncjusza mało kogo przekona.

Coraz mniej wstydu. CBOS przekracza kolejne granice upadku, i tuż przed wydarzeniem groźnym dla władzy wypuszcza sondaż dający PO 43 proc. poparcia, a opozycji - 15 punktów mniej. Reżyseria rzeczywistości społecznej, której nie osiągnęli nawet komuniści.

Sondażami się nie przejmujmy. W sytuacji de facto autorytarnej rzadko będą niosły nadzieję, będą jedynie refleksem przemocy. Zresztą stawka boju jest już inna: w perspektywie krótkoterminowej nie chodzi już o przekonanie do swoich racji większości. Bez jakiegoś naprawdę wyraźnego przełomu (pęknięcia w obozie władzy?) jest to po prostu fizycznie nieosiągalne, i trzeba dużej ślepoty, by tego nie widzieć, by sądzić, że szczegóły grają tu rolę choćby odrobinę istotną. Dziś chodzi o zabezpieczenie samego istnienia opozycji i obronę podstawowych praw obywatelskich. Patrząc w przyszłość, tak musimy widzieć nasze cele. Cele, o które walczyć może, z natury rzeczy, jedynie mniejszość (relatywna, bo większość jest zastraszona, a nie przekonana).

Nadchodzi czas, w którym kluczowego znaczenia nabierze determinacja. Inaczej: gotowość do trzymania wysoko sztandaru demokracji. Gotowość do wytrzymania narastającej presji, i wyczuwalnej groźby brutalności.

Dlatego tak ważny, wręcz arcyważny, jest ten sobotni marsz. On pokaże i nam, i władzy, ilu Polaków jest naprawdę zdeterminowanych. Bo przecież, powtarzam, nie ma złudzeń, że lada chwila przyjdą sytuacje, w których tylko ofiarą będzie można coś ocalić.

13 grudnia 2014 roku, w sobotę o godz. 13, Plac Trzech Krzyży.