Zawierucha wokół wyborów samorządowych i Państwowej Komisji Wyborczej działa na rzecz wzmocnienia prezydenta Bronisława Komorowskiego. To kolejne jego wzmocnienie po odejściu Donalda Tuska do Brukseli i zastąpieniu go przez Ewę Kopacz. Pod osłoną wizerunku dobrego, nieszkodliwego wujcia, który ma 80-proc. akceptację w badaniach opinii publicznej dokonuje się bardzo ważne i niebezpieczne przesunięcie w obrębie władzy w Polsce.

Po podaniu się do dymisji członków Państwowej Komisji Wyborczej obecny jej skład został powołany przez Bronisława Komorowskiego. Formalnie nie ma to większego znaczenia, ale psychologicznie i faktycznie ogromne. Bo to ci członkowie PKW będą odpowiadać za przygotowanie i przebieg wyborów prezydenckich, do których zostało zaledwie kilka miesięcy. Z puntu widzenia psychologii istnieje taki czynnik jak pewnego rodzaju lojalność i milczące zobowiązanie wobec tego, kto powołuje. Ma to znaczenie nie tylko podczas samych wyborów i liczenia głosów, ale także w kampanii. Bo to PKW zajmuje stanowisko wobec różnych form prowadzenia wyborczej agitacji, które może uznać za dopuszczalne lub nie. A to może mieć wpływ na skuteczność i zasięg kampanii.

Faktycznie Bronisław Komorowski staje się najważniejszym ośrodkiem władzy. A ponieważ poszerza swój stan posiadania sprytnie i dyskretnie, mało kto zwraca uwagę na to, jak ten proces może być niebezpieczny dla polskiej demokracji. Niebezpieczny ze względu na mocno tkwiące w PRL i jej tajnych służbach zaplecze obecnego prezydenta. Oraz z powodu innej części tego zaplecza, odpowiedzialnej za tzw. transformację ustrojową w początkach III RP. Niebezpieczny z powodu dobrze zamaskowanych i nieczytelnych dla opinii publicznej grup interesów, które Komorowskiego kreują i wspierają. Wreszcie niebezpieczny ze względu na jego wizję polityki zagranicznej, która tuż po 10 kwietnia 2010 r. okazała się niezwykle otwarta na Rosję i jej interesy.

Silniejsza pozycja Komorowskiego wsparta wysokimi rankingami popularności pozwala mu naciskać w wielu sprawach na rząd i osiągać założone cele. I to poza świadomością ogromnej większości opinii publicznej, bo przecież prezydent nie będzie się z tym afiszował, a rząd i pani premier nie będą się do tego przyznawali, żeby nie obnażać własnej słabości i podatności na zewnętrzne sterowanie. Taki sposób funkcjonowania Komorowskiego jest możliwy za rządów Ewy Kopacz, a nie był możliwy za czasów Donalda Tuska, który po prostu nie zamierzał prezydentowi ulegać. Ma to znaczenie szczególnie przy przetargach związanych z modernizacją armii, bo chodzi o ogromne pieniądze (około 90 mld zł). Chodzi też o bardzo ważne interesy oraz wyjątkowo potężne i wpływowe lobby. Uzyskanie kontroli tylko nad przetargami dla wojska daje prezydentowi niebywałe atuty i wsparcie oraz wdzięczność ludzi, którzy mogą bardzo dużo. Mogą bardzo pomóc w reelekcji czy potem w sprawowaniu funkcji. | Silniejsza pozycja prezydenta pozwala mu też wpływać na inicjatywy ustawodawcze rządu, co jest atutem nie tylko podczas trwania kadencji, ale także długo po jej zakończeniu. I znowu bardzo silne grupy interesów mogą się odwdzięczać za taki, a nie inny kształt niektórych ustaw czy rozwiązań. Wzmocniony prezydent staje się też najważniejszym graczem dla mainstreamowych mediów. Już widać orientowanie się na Komorowskiego zarówno mediów publicznych, jak i największych stacji i gazet komercyjnych. A mając przychylność mediów mnożna się jeszcze wzmacniać, bo przecież nie będą one krytykować swego strategicznego partnera i opiekuna. Wzmocniony prezydent, mający za sobą największe media, staje się osobą i urzędem poza kontrolą. I to jest dopiero niebezpieczne, bo nawet jeśli niezależne media będą mu patrzeć na ręce, nie przebije się to do większości opinii publicznej. Prezydent będzie mógł zatem działać tak, jakby nie był kontrolowany.

Jeśli obecna opozycja chce cokolwiek znaczyć w przyszłości, powinna się skupić na bardzo bliskich już wyborach prezydenckich. A jej najważniejszym celem powinno być niedopuszczenie do reelekcji Bronisława Komorowskiego. Bo jego ewentualne zwycięstwo bardzo utrudni, o ile nie uniemożliwi wygranie wyborów parlamentarnych. A nawet gdyby opozycja je wygrała, wzmocniony prezydent może nie dopuścić do przejęcia przez nią władzy. A jeśli opozycja rząd sformułuje, może on być nieustannie atakowany i destabilizowany przez ośrodek prezydencki, żeby nie dotrwał do końca kadencji albo wskutek weta nie mógł przeforsować niczego, co by zmieniało dotychczasowy system. To wszystko oznacza, że wybory prezydenckie są ważniejsze niż późniejsze o kilka miesięcy wybory do parlamentu. Nie ma co liczyć na to, że potem ewentualnie coś się nadrobi, bo po prostu może nie być takiej okazji.

Lekceważenie Bronisława Komorowskiego, który bardzo sprytnie skrywa się za wizerunkiem jowialnego, trochę staroświeckiego jegomościa, byłoby katastrofalnym błędem. Prawdziwy Komorowski nie jest ani jowialny, ani nieszkodliwy, ani gapowaty. To bardzo twardy, zdeterminowany, konsekwentny i niebezpieczny gracz. I nawet jeśli jemu samemu brakuje jakichś cech potrzebnych do osiągania założonych celów, ma on wystarczające wsparcie (przede wszystkim to zakulisowe), żeby takie cele zrealizować. A wtedy jakiekolwiek szanse na zmianę w Polsce będą zerowe.