Gorsi są „swoi” w roli użytecznych idiotów, niż nawet najbardziej chamscy przeciwnicy

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

Przeciwnikom władzy wmawia się, że jeśli nie są psycholami czy podpalaczami, to są obywatelami drugiej kategorii i nieudacznikami. Mają mieć poczucie winy, a nie się buntować.

Nie ma wielkiego problemu z wyborami w Polsce - wyrokują liczni komentatorzy, w tym ci kojarzeni z prawicowymi poglądami. A jeśli nawet jest, to jeszcze większym problemem są ci, którzy widzą nieprawidłowości czy oszustwa podważające legitymację całego procesu wyborczego. Po prostu powinni tak zrobić, żeby do oszustw nie doszło. A jeśli nawet już do nich doszło, powinni zamknąć dziób, złożyć do sądów protesty i czekać na ich rozpatrzenie. I powinni czym prędzej zacząć się rozliczać. Z sobą. Oczywiście krytyczna analiza jest standardem, choćby po to, by w przyszłości nie popełniać tych samych błędów. Ale tu nie chodzi o standardową analizę błędów, lecz o samobiczowanie. Im spektakularniejsze i boleśniejsze, tym lepiej.

Zamień bunt na poczucie winy. Jednostki muszą uwierzyć, że są winne swoich niepowodzeń. Przez niedostatek inteligencji, zdolności czy starań. To streszczenie dziewiątego z dziesięciu sposobów oszukiwania społeczeństwa przez media. Opisał je prof. Noam Chomsky, amerykański lingwista, filozof, logik oraz zdeklarowany anarcho-syndykalista. Jego opis manipulowania rzeczywistością i opinią publiczną wydaje się nad wyraz trafny. W Polsce te sposoby oszukiwania nie dotyczą zresztą tylko mediów, ale także sporej części naukowców, liderów opinii czy ludzi kultury. Nie oszuści są winni, tylko ci, którzy dali sie oszukać. Albo ci, którym nie udało się złapać oszustów za rękę, choćby skutki oszustwa widać było gołym okiem. Czyli nie oszuści są winni kantów, lecz ich ofiary zasługują na pogardę, kpiny i napaści, a co najmniej na to, żeby nazywać ich niedojdami i nieudacznikami.

Oszustwo, a tym bardziej oszustwo ordynarne wywołuje bunt, irytację i społeczne wzburzenie. Bo kłóci się z poczuciem ładu moralnego i zwykłym poczuciem sprawiedliwości oraz przyzwoitości. Bunt jest naturalną reakcją na złamanie umowy społecznej, jaką są na przykład uczciwe, demokratyczne wybory. I bunt jest swego rodzaju biczem na złą władzę czy patologiczne praktyki. Dlatego słusznie rzadzący i podczepieni do nich klienci (najczęściej pasożyty) bardzo się boją społecznego buntu. Bo on po prostu zagraża ich materialnemu statusowi, pozycji społecznej i licznym korzyściom odnoszonym dzięki funkcjonowaniu w roli klakierów, pomocników czy kamerdynerów władzy.

To, co opisał Noam Chomsky, czyli zamiana buntu w poczucie winy jest klasycznym mechanizmem zabezpieczenia się establishmentu przed jakąkolwiek zmianą. I w wydaniu establishmentu jest to zrozumiałe, gdyż chroni on w ten sposób swoją uprzywilejowaną pozycję przy korycie. Media władzy oraz będący na jej usługach komentatorzy, naukowcy czy ludzie kultury działają we własnym interesie i w obronie swoich chlebodawców. A jeśli mają, tak jak w Polsce, ogromną przewagę w docieraniu do opinii publicznej, korzystają z niej, nie tylko robiąc przeciętnym ludziom wodę z mózgu, ale poddając ich intensywnemu praniu mózgów. Ma ono na celu wdrukowanie poczucia winy każdemu, kto występuje przeciwko władzy lub jest wobec niej tylko krytyczny.

Przeciwnikom władzy oraz ludziom podważającym jej legitymację do rządzenia wmawia się, że jeśli nawet nie są psycholami czy podpalaczami demokracji, to są obywatelami drugiej kategorii, nieudacznikami, wiecznymi malkontentami, którzy powinni przejść jakiś rodzaj resocjalizacji, przystosowujący ich do życia w roli oportunistów i konformistów. Tacy ludzie są w wielu miejscach i różnymi sposobami dyskryminowani, napiętnowani i ośmieszani, więc konsekwentne wmawianie im, że powinni mieć wielkie poczucie winy, a nie się buntować, może u części trafić na podatny grunt. Dla świętego spokoju mogą oni uznać, że wpędzenie się w poczucie winy jest koniec końców bezpieczniejsze i opłacalniejsze niż buntowanie się.

Zdumiewające w tym, jak się przerabia bunt w poczucie winy jest nie to, że uczestniczy w tym procederze establishment i jego klientela. Zdumiewające jest to, że uczestniczą w tym całkiem licznie także ci, którzy deklarują się jako przeciwnicy czy krytycy obecnej władzy.Tylko jakoś tak się zwykle składa, że gdy trzeba zająć stanowisko w istotnej kwestii ich krytyka skupia się przede wszystkim na tych, którym podobno sprzyjają. I ma to wynikać z ich intelektualnej uczciwości. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi ludziom wolnym i naprawdę krytycznym poddawania wiwiseksji każdego, kogo tylko chcą. Od takich osób można jednak wymagać, by nie dawały się wciągać, najczęściej w roli użytecznych idiotów,  w akcje władzy i jej mediów, które mają kompletnie zdemobilizować krytyczną część społeczeństwa.

Takie akcje mają wdrukować opinii publicznej poczucie winy i wykorzenić jakiekolwiek elementy buntu i sprzeciwu. A niezadowlenie mają skierować ku tym, z którymi ta część opinii publicznej się identyfikuje czy na nich głosuje. W ten sposób bowiem relatywizuje się wszelkie grzechy i przekręty władzy, natomiast nawet bardzo drobne zaniechania i błędy przeciwnków władzy czyni się strasznymi zbrodniami. A przynajmniej czymś, co tych kontestatorów władzy kompromituje i ośmiesza. Efekt jest taki, że użyteczni idioci są dla władzy wymarzonymi sojusznikami. Bo mają jakąś wiarygodność wśród przeciwników władzy, a robią to, co w wykonaniu sługusów rządzących jest często odrzucane jako nachalne, bezwstydne i bezczelne. To oczywiście nie znaczy, że powinny być jakieś chronione święte krowy. To znaczy tylko tyle, że występowanie w roli użytecznych idiotów świadczy jednak o małej przenikliwości i jakichś intelektualnych i moralnych mankamentach.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...