PiS przegrywa tam, gdzie rządzą największe media i ich resortowi cenzorzy

Fot. PAP/A.Warżawa
Fot. PAP/A.Warżawa

Jakże trzeba być naiwnym, by uwierzyć, że mieszkańcy największych polskich miast, zapatrzeni w swoje telewizory, laptopy, smartfony niemal jak w ołtarze, chłonący każde słowo medialnego przekazu niczym nową liturgię, zdecydują się zagłosować w II turze wyborów na tych, których w owych liturgiach przedstawia się jako ich wrogów, a nie na tych, którym stawia się tam pomniki.

PiS duże miasta nadal przegrywa, to jasne, i zapewniam swoich kolegów także z tego portalu, że jasne jak słońce Peru. Więc powtórzę – tak, PiS w metropoliach wciąż przegrywa. Ale i dodam to, o czym tak wygodnie dziś zapomnieć wszystkim, którzy przewidują upadek PiS od roku 2007: PiS, mimo ewidentnych fałszerstw, wybory samorządowe wygrało. A że nie będzie rządzić w sejmikach? Nikt chyba nie ma złudzeń, że pajęczyna pętająca Polskę da się dziś zerwać bez spektakularnego upadku jaśnie państwa pająków.

Ten z kolei powinien nastąpić już dawno, ale jakoś nie następuje, choć wiemy już, jak się za tych rządów przygotowuje ustawy (hazardowa), jak się urządza przetargi (informatyczna), jak się łamie demokrację (taśmowa i wyborcza). I wiemy również, że o każdej z wymienionych afer dowiedzieliśmy się tylko dlatego, że się ich za dużo zebrało pod dywanem, a nie dlatego, że ktoś wyśledził nagle „ten jeden, jedyny wyjątek” potwierdzający regułę, iż praworządność, uczciwość, transparentność to są cechy koalicji PO-PSL. Wiemy, że tak nie jest.

A jednak wciąż obok nas, w tramwajach, korkach, autobusach, pociągach, sklepach, zakładach pracy, na ulicy – wciąż masę jest ludzi, do których ten najprostszy przekaz nie dociera. Tzn. – dociera, ale odmieniony. Już go medialni politrucy oszlifowali, poddali obróbce cieplnej, rozspawali, co trzeba i odkroili, co źle wygląda. Pakują to w kolorowy kartonik, zawijają różową wstążeczką i podają przez ekran telewizora. Była megaafera, jest gra planszowa „Aferka”, był zamach na demokrację, jest Zamachowski i dekoracje, był skok na kasę, są skoki i Kasina Wielka itd. itp.

Wszystko to sprawia, że wygrać z owym Frontem Jedności Przekazu jest szalenie trudno. Warto jednak pamiętać, co było jednym z najważniejszych postulatów Solidarności, za którym poszły jak w dym miliony Polaków. Wolność słowa! Bez niej – wiedzieliśmy to już wtedy – nie da się skruszyć betonu nie tylko w komitetach wojewódzkich, ale przede wszystkich w głowach tych rodaków, dla których PRL to był „kraj, jak każdy inny”, a Związek Radziecki oddawał mu wszystko, co miał najlepszego. Beton dało się skruszyć tylko prawdą! A czy dziś wiodące media mówią prawdę? Czy wiodący dziennikarze mainstreamu, pokroju Olejnik, Żakowskiego czy Lisa, mówią prawdę? Czy pozostają obiektywni, czy raczej przypominają Urbana w PRL, a może nawet komunistycznych cenzorów? Czy wycinanie niewygodnych dla władzy newsów i opinii nie jest cenzurą? Czy nie jest nią stała kontrola tego, co trafi do odbiorców?

Czas przejść do sedna: skąd ludzie idący na wybory czerpią informacje o polityce? Niemal wyłącznie z wielkich mediów. Bo nawet, jeśli od czasu do czasu, w codziennej bieganinie za chlebem otworzą oczy nieco szerzej i dostrzegą np. ten prosty, oczywisty fakt, że korki w Warszawie nie luzują się ani trochę, że mosty, które miały powstać, nie powstały, a na drugą linię metra czekamy już całą wieczność – wtedy zaprzyjaźnieni z władzą dziennikarze natychmiast pośpieszą z wyjaśnieniami: korki są, bo muszą być, mosty kiedyś w końcu powstaną, budowa metra musi potrwać itp. itd. Czy to nie jest nowa cenzura?

W skali kraju obserwujemy to stale, po każdej aferze: hazardowej, informatycznej czy taśmowej czołowi dziennikarze największych telewizji i gazet pędzili na ratunek koalicji rządzącej. Czy dlatego, że tak bardzo lękają się zmiany władzy, bo boją się, że PiS nie będzie bało się ich, a z koalicją rządową mają już ścisłe powiązania poprzez setki wzajemnych haków i haczyków? Czy chodzi także o ten „drobny” fakt sponsorowania zaprzyjaźnionych z władzą mediów przez tę władzę, co czyni z dzisiejszej Polski autentyczną republikę bananową, nie demokrację?

Powodów na pewno jest więcej. Ale fakt pozostaje faktem: statystyczny uczestnik wyborów czerpie wiedzę o polskiej polityce, o największych jej potknięciach i sukcesach, wreszcie o poglądach jej głównych graczy – z zarażonych kłamstwem mediów. Był już taki czas, kiedy ludzie pokroju Urbana opowiadali Polakom o tym, co ci widzą za oknem, a ci w to wierzyli lub nie. Kiedy przyszła wielka bieda, 10 milionów rodaków ocknęło się i stworzyło Solidarność wbrew intencjom komunistów, za to pod ich niemałą, przynajmniej na początku, kontrolą. Ale odwrotu od drogi do wolności już nie było.

Dziś wielkiej biedy nie ma. Jest za to wielkie upokorzenie, brak odpowiedzialności władzy za jej porażki, złodziejstwa i całkowite bezhołowie, w którym najbogatsi kręcą lody na wszystkim, a najbiedniejsi żyją za grosze, a i to w strachu, że i te grosze ktoś im odbierze. Ci pierwsi głosują na władzę, drudzy na wybory nie idą, bo często nie mają nawet w czym. Tłumaczenie zwycięstw Platformy wyłącznie słabością PiS to zajęcie naprawdę jałowe. Czy ktoś komuś broni stworzyć mądrzejszą i sprawniejszą opozycję? Warto przypomnieć, że mainstream już próbował. Niestety, Misiek Kamiński na razie tłumów nie porywa.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...