Nie możemy liczyć na sędziów, trybunały, ogromną część mediów, prawników i środowiska uniwersyteckie. Wobec tego musimy sami jakoś się organizować. A nowy Sierpień może pomóc

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Ryszard Legutko, filozof, europoseł PiS.

wPolityce.pl: Jarosław Kaczyński zdecydowanie zdefiniował sytuację po pierwszej turze wyborów samorządowych, stwierdzając wprost, że te wybory zostały sfałszowane. Padły bardzo mocne słowa, ale brakuje jasnej odpowiedzi co dalej, bo protesty nie wywierają na PO żadnego wrażenia…

Prof. Ryszard Legutko: Nie robi to wrażenia na Platformie Obywatelskiej i PSL, a co gorsze – nie robi to specjalnie wrażenia na władzy sądowniczej. Prezesi głównych trybunałów już się wypowiedzieli, a trudno sobie wyobrazić, żeby sędziowie, którzy będą oceniać skargi wyborcze, zaprzeczyli swoim przełożonym, czy najwyższym autorytetom władzy sądowniczej. To są rzeczy bardzo niepokojące. Z jednej strony - pycha i arogancja polityków, którzy doskonale wiedzą, że cała sprawa jest nieczysta, a prezentują postawę „co nam możecie zrobić.” Z drugiej - władza sądownicza, która w systemie demokratycznym powinna temu przeciwdziałać, ale tego nie czyni. A nie ma siły, żeby nie doszło przy tych wyborach do zafałszowań na dużą skalę. Tłumaczenie tego błędami wyborców, niefortunnym tekstem instrukcji, czy niefortunną formą kartki wyborczej, nie daje odpowiedniego wyjaśnienia. Nie może być tak, że różnica pomiędzy sondażem powyborczym, a oficjalnym wynikiem wyborów do sejmików wynosiła aż 7 proc.Tu rzeczywiście jakieś zafałszowania były na sporą skalę. Zwłaszcza, że widać wyraźnie jedną partię, która jest tego beneficjentem.

Co można zrobić?

Jest kilka dróg. Na pewno nie można ustępować, bo widzimy, że z wyborów na wybory sytuacja się pogarsza. W ostatnich wyborach i w przedostatnich zwracałem uwagę na różne dziwne rzeczy, jakie się działy. Trzeba oczywiście wyczerpać drogę sądową. Nie mam wielkiego zaufania do polskich sądów, a szczególnie po wypowiedziach prezesów, którzy zrobili rzecz zupełnie niebywałą – nie zapoznawszy się z jakimkolwiek materiałem, już zawyrokowali jak było. Jest także droga strasburska, czy w ogóle europejska – tzn. uczulanie różnych instytucji międzynarodowych. Tego Platforma się boi, choć ma w tych instytucjach dość mocną pozycję. Nie w tym sensie, że cokolwiek może dla Polski załatwić, ale może zneutralizować krytykę przeciw niej skierowaną. Ale tej drogi też trzeba wypróbować, łącznie z OBWE, czy innymi forami międzynarodowymi. No i pozostaje oczywiście protest obywatelski.

Na wniosek, by przebiegiem wyborów samorządowymi w Polsce zajęły się OBWE i Parlament Europejski, Platforma odpowiedziała oskarżeniem, że to „donoszenie” na Polskę. Objaw strachu?

Myślę, że Platforma się boi. Natomiast można powołać się na autorytet, który dla PO powinien być autorytetem niepodważalnym, czyli na prezydenta RP Bronisława Komorowskiego i wskazać jego wypowiedź z 2007 r., w której apelował o przysłanie na polskie wybory obserwatorów OBWE. Wypowiadał się wtedy kpiąco wobec PiS, mówiąc „jeżeli nie macie sobie niczego do zarzucenia, to czemu się boicie”. Akurat PiS się nie bało, tylko powiedziało: „bardzo proszę, niech obserwatorzy przyjeżdżają”. To pierwsza sprawa. Druga jest taka, że jeżeli jesteśmy członkami Unii, gdzie obowiązują pewne standardy, to nie ma w tym wypadku czegoś takiego jak wewnętrzna sprawa polski. Jeżeli są łamane standardy wyborcze, jeżeli jest podejrzenie co do nieczystej gry, to nie są to wyłącznie sprawy polskie.

Wskazując na kilka dróg, po których należy kroczyć, żeby wyjść z obecnej sytuacji, wymienił pan protesty obywatelskie. 13 grudnia ma dojść w Warszawie do marszu, który będzie protestem przeciwko fałszerstwom wyborczym. Pojawiają się krytyczne komentarze o tym marszu i to nie tylko ze strony przeciwników PiS. Pomysł skrytykowała, w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl, prof. Jadwiga Staniszkis. Za błąd polityczny uznała również wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o sfałszowaniu wyborów. Uważa, że należało położyć akcent na zwycięstwie PiS i deklarować „wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy”, bo byłoby to trampoliną do zwycięstwa  w następnych wyborach. Co pan sądzi o stanowisku prof. Staniszkis?

W polityce jest tak, że która decyzja jest słuszna, to się dopiero okaże się w przyszłości. Myślę, że oburzenie społeczne, nie tylko wśród działaczy PiS, ale też w innych środowiskach i w dużej części mediów, było tak duże, że tego typu deklaracja mogła wywołać negatywne konsekwencje. Problem jest taki, że te wybory nie są jedyną rzeczą, która prowokuje protesty obywatelskie. To się dzieje już od paru dobrych lat. Mamy liczne przykłady ataków na media, na Kościół. Proszę zwrócić uwagę, że rząd PO odrzuca praktycznie każdą inicjatywę obywatelską, choćby referendum o sześciolatkach. Mnóstwo było takich inicjatyw, które miały za sobą setki tysięcy podpisów, a zostały wrzucone do kosza. Ten gniew narasta. Jarosław Kaczyński wyszedł z założenia, że ta fala wzmaga się i nie można uważać, iż nic się nie dzieje i mamy do czynienia jedynie z wyizolowanymi faktami. Trzeba liczyć się z dalszym ciągiem obecnej sytuacji. Platforma znowu zrobi coś takiego, co wywoła następne protesty i kolejną falę gniewu.

Marek Migalski twierdzi, że Jarosław Kaczyński dąży do „polskiego Majdanu”, bo tylko gniew, jakaś forma masowych protestów, przesilenie społeczne, mogą doprowadzić do zmiany rządów w Polsce. Czy zgada się pan z taką teorią?

Wiele osób tak mówi i wspomina o tym „Majdanie”. Nie za bardzo lubię to określenie, bo majdan kojarzy mi się raczej z tym, co czytałem w „Ogniem i mieczem”. Raczej można by to kojarzyć z naszą „Solidarnością”, z Sierpniem’80. Tu mamy nasze wzorce. Czy do tego dojdzie? Nie wiem. Takiego nowego Sierpnia nie da się wyreżyserować, poprzez jakąś stymulację doprowadzić do wybuchu. To wymaga pewnego przesilenia w materii społecznej.

Czy nasze społeczeństwo jest do takiego przesilenia gotowe?

Tego też nie wiem. Ale wiem, że Platforma robi wiele, żeby coś takiego nastąpiło. Proszę zwrócić uwagę, że społeczeństwo polskie za sprawą PO, a Donalda Tuska w szczególności, bo on był głównym architektem tej strategii, jest tak podzielone, jak nie było może właśnie od sierpnia 1980 r., albo trzeba szukać jeszcze wcześniejszych analogii. Jest mnóstwo gniewu, goryczy, rozżalenia, frustracji i poczucia sponiewierania, będącego efektem polityki rządu PO-PSL. To rząd, który w ogóle nie reaguje na jakiekolwiek bodźce drugiej strony. Rząd, który podzielił Polskę na dwie części. Ta druga część to nie są tylko politycy. To są te „mohery”, „pseudoprofesorowie”, „dziennikarskie szczujnie”, „frustraci”, „populiści”, „nacjonaliści” itd., itd. To wielka część Polski, nie wiem czy połowa, wszystkie warstwy społeczne, które zostały opatrzone odpowiednią inwektywą, czy zestawem inwektyw. Od babć na emeryturze, po profesorów.

Czy bez wybuchy gniewu, bez tego umownego nowego Sierpnia, może dojść do zmiany układu władzy w Polsce?

Jeśli sprawa wyborów zostanie przyklepana, wtedy rzeczywiście ów nowy Sierpień będzie wydawał się najbardziej realistyczną drogą. Ale żyjemy w takim systemie, że powinniśmy przede wszystkim działać poprzez instytucje wyborów. Trzeba tak organizować się, żeby być lepiej do nich przygotowanym, również od strony kontroli. Bo wiemy, że nie możemy liczyć na instytucje państwa. Nie możemy liczyć na sędziów, trybunały, ogromną część mediów, prawników i środowiska uniwersyteckie. Wobec tego musimy sami jakoś się organizować. A nowy Sierpień może pomóc. To nie jest „albo, albo”.

Śledź NASZ RAPORT z przebiegu wyborów! Kliknij i bądź na bieżąco!

Rozmawiał Jerzy Kubrak