Lokalne media alarmują, że szkoły są przepełnione, a przecież za rok będzie jeszcze gorzej. Do tego w szkołach wyląduje jeszcze więcej pięciolatków. Tymczasem program „Bezpieczna szkoła” zakończył się klapą. Kto weźmie odpowiedzialność za bezpieczeństwo tych dzieci? Bo przecież nie MEN.

Dziennikbaltycki.pl alarmuje, że uczniów w szkołach jest coraz więcej, a gros z nich chce też korzystać z opieki świetlicy.

A w świetlicy bywa tłoczno - pracujący rodzice przywożą dzieci, zanim sami zaczną pracę, a do tego nie zawsze są w stanie odebrać maluchy zaraz po tym, kiedy one skończą swoje lekcje. Świetlice zazwyczaj zaczynają swoją pracę przed godz. 7, kończą około godz. 17. Grupa świetlicowa może liczyć maksymalnie 25 osób, ale bywa tak, że w jednej sali znajduje się jednocześnie nawet jeszcze raz tyle uczniów

— martwi się dziennikbaltycki.

Szkoły z przepełnieniem radzą sobie różnie, niektóre ograniczają korzystanie ze świetlicy tylko dla dzieci z młodszych klas, inne zatrudniają dodatkowych wychowawców, albo po prostu odsyłają nauczycieli w ramach realizacji tzw. „godzin karcianych”

— czytamy.

Ten problem dotyczy oczywiście całej Polski. Wszystkie szkoły odczuwają bowiem skutki „wielkiej kumulacji” spowodowanej reformą edukacji. Jednak to na razie wierzchołek góry lodowej. Jeszcze gorsza sytuacja czeka na dzieci w 2015 roku. Wówczas w szeregi uczniów wstąpią: druga połowa rocznika 2008, cały rocznik 2009. Te dzieci trafią do klasy pierwszej, natomiast niemalże cały rocznik 2010 - trafi do oddziału potocznie zwanego zerówką. Rzecz jasna pięciolatki powinny móc zostać w przedszkolu, tyle, że to tylko teoria. W praktyce dyrekcja będzie zmuszona się ich, delikatnie mówiąc, pozbyć. Czemu? Na skutek innej świetnej ustawy MEN-u, która obliguje gminy do obowiązkowego przyjęcia wszystkich czterolatków do przedszkola właśnie od 1 września 2015 roku. Cierpiące na chroniczny brak funduszy samorządy nie wybudują nowych przedszkoli, skoro dziś nie stać ich na opłacanie rytmiki czy logopedy, nie rozbudują też placówek szkolnych. W konsekwencji pięciolatki będą musiały zluzować przedszkola i odstąpić miejsca młodszym kolegom, tym samym zostaną wtłoczone do szkół.

Co spotka te maleńkie dzieci w szkołach? Próbkę dostaliśmy kilka dni temu w Goworowie.

Na jednej z przerw kilku uczniów piątej klasy zamknęło w łazience trzech 5-latków – powiedziała nam zbulwersowana mieszkanka gminy Goworowo. – I kazali im się rozebrać. Jeden z tych małych chłopców następnego dnia nie chciał iść z tego powodu do szkoły, po prostu bał się. Dzień później sytuacja się powtórzyła, tyle że ofiarami były 6-latki. A teraz małe dzieci boją się iść do łazienki za potrzebą

— informował na początku listopada lokalny portal http://www.to.com.pl/

To tylko próbka tego, co czeka maluszki w polskich „bezpiecznych” i „przygotowanych” szkołach. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że w Polsce co trzecia podstawówka połączona jest z gimnazjum, to sytuacja naprawdę nie jest wesoła. Tym bardziej, że program „Bezpieczna i przyjazna szkoła” realizowany przez MEN w latach 2008-2011 to zupełna fikcja. Cztery miesiące temu NIK stwierdziła, że działania prowadzone przez szkoły nie doprowadziły do spadku liczby zachowań patologicznych. Co więcej MEN zmarnowało 63 mln zł, które w latach 2008–2011 resort (dziś) Joanny Kluzik-Rostkowskiej wydał na poprawę bezpieczeństwa. Okazało się bowiem, że pieniądze wydano na program, który nie odpowiadał zidentyfikowanym problemom i realnym potrzebom szkół.

Według NIK 74 proc. uczniów i 43 proc. nauczycieli na terenie szkoły doświadczyło agresji słownej, ofiarą agresji fizycznej padło 58 proc. uczniów oraz 15 proc. nauczycieli. Z raportu NIK wynika też, że 31 proc. uczniów było świadkami używania narkotyków na terenie ich szkoły, a 17 proc. przyznaje, że można je kupić w okolicach jej placówki.

Kilka dni temu Minister Edukacji Narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska zapowiedziała, że od 2015 roku szkoły będą mogły starać się o certyfikaty „Bezpieczna szkoła”. Do końca tego roku mają zostać opracowane warunki, jakie będą musiały spełnić placówki, by otrzymać certyfikat. Pytanie tylko czy otrzymanie takiego certyfikatu będzie gwarancją bezpieczeństwa? Na przykład w ubiegłym roku w jednym z gimnazjów (połączonym ze szkołą podstawową właśnie) w Nowym Sączu, zaraz po odebraniu certyfikatu „Bezpiecznej i przyjaznej szkoły” doszło do pierwszego w mieście przypadku porażenia ucznia paralizatorem!

Ponawiam pytanie: kto weźmie odpowiedzialność za bezpieczeństwo naszych dzieci? Zwłaszcza tych najmniejszych - pięcio i sześcioletnich?