W 2009 r. w Wielkiej Brytanii wybuchła wielka afera wokół funduszy dla posłów. Dziennik The Daily Telegraph opublikował listę wydatków z publicznych pieniędzy, które posłowie zgodnie z prawem mogli przeznaczać m.in. na sfinansowanie mieszkania w Londynie, jeśli było im potrzebne do wypełniania obowiązków poselskich. Okazało się, że ogromna część wydatków była nieuzasadniona. Posłowie - ze wszystkich ugrupowań - finansowali swoje „drugie domy”, choć mieszkali w obrębie Wielkiego Londynu albo też wydawali pieniądze na remonty czy wyposażenie mieszkań, niemających nic wspólnego z wypełnianą funkcją.
Dla Brytyjczyków, przywykłych do szacunku dla publicznego grosza wręcz niemal do przesady oraz pilnujących drobiazgowo rozdzielania funkcji publicznych od partyjnych (np. nie wolno wykorzystywać sprzętu, w który wyposażone są biura w Westminsterze do spraw, związanych z kampanią wyborczą) sprawa była szokująca. Jej konsekwencje także były bardzo daleko idące. Część osób została oskarżona o sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy i dostała wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności. Przykładowo Elliot Morley, były laburzystowski minister środowiska, został oskarżony o przywłaszczenie 32 tys. funtów i otrzymał wyrok 16 miesięcy pozbawienia wolności. Pierwszy czarny mianowany konserwawtywny członek Izby Lordów Lord Taylor z Warwick został oskarżony o przywłaszczenie 11 tys. funtów i dostał wyrok 12 miesięcy pozbawienia wolności. Jim Devine, członek Izby Gmin z Livingston, przywłaszczył sobie 8385 funtów i został skazany na 16 miesięcy pozbawienia wolności. Inna sprawa, że większość skazanych wyszła znacznie przed upływem ostatecznego terminu wyroku.
Ważne jest jednak to, że równie surowo zostali potraktowani wszyscy członkowie parlamentu, obojętnie, czy byli członkami Izby Gmin czy Izby Lordów, czarni czy biali, konserwatywni, laburzystowscy czy z Partii Demokratyczno-Liberalnej. Sądy nie miały dla nich litości.
Media stawiały dość oczywiste w tej sytuacji pytanie, podobnie jak w Polsce: czy partyjni koledzy winnych nie zdawali sobie sprawy z praktyki nieuprawnionego korzystania z publicznych pieniędzy?
Skandal ma swoje echa do dziś - choć system został uszczelniony, a wybrany w 2005 roku parlament nazywany jest rotten Parliament, czyli „zgniłym parlamentem”, nie udało się całkowicie odbudować zaufania do członków obu izb.
Jakie zatem są różnice pomiędzy brytyjskim skandalem sprzed paru lat a obecnym skandalem w Polsce? Wbrew pozorom, jest ich sporo.
Po pierwsze, stosunek do publicznych pieniędzy jest inny w Wielkiej Brytanii i w Polsce. W znacznie biedniejszej Polsce publiczne pieniądze są wykorzystywane bez żenady do celów co najmniej na pograniczu prywatnego i publicznego. Ministrowie całkiem otwarcie bronią np. praktyki odwożenia służbowymi samochodami swoich dzieci do szkoły, co w Zjednoczonym Królestwie byłoby nie do pomyślenia. Niezależnie od praktycznych względów. Nie mówiąc już o tym, że park służbowych aut jest w Wielkiej Brytanii znacznie skromniejszy. Sytuacje takie jak dowożenie ministrowi pizzy przez finansowanych z publicznego grosza ochroniarzy w warunkach brytyjskich byłyby przyczyną poważnego zamieszania. Z tego powodu skandal z wydatkami parlamentarzystów brytyjskich był dla obywateli na Wyspach wstrząsem poważniejszym niż dla Polaków skandal z wyjazdami posłów.
Po drugie - za powszechnym oburzeniem w Wielkiej Brytanii poszły śledztwa i całkiem realne wyroki. Nawet jeśli skazani ostatecznie odsiedzieli tylko po kilka miesięcy, faktem jednak jest że na ten czas trafili po prostu za kratki. Zostali napiętnowani jako zwyczajni przestępcy. Którymi się okazali. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić, że na podobnych zasadach równości do prokuratury i przed sąd trafią sprawy wszystkich polskich posłów i senatorów, którzy będą mogli być oskarżeni o wykorzystanie publicznej kasy? Albo że w tych przypadkach, gdzie jakimś cudem akt oskarżenia zostanie stworzony i sprawa przed sąd trafi, skończy się na czymś więcej niż na symbolicznym wyroku w zawieszeniu? A przecież za oszustwo (w ujęciu kodeksu karnego - niekorzystne rozporządzenie swoim majątkiem) przepisy przewidują od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. Czy polscy posłowie, którym uda się udowodnić, że wprowadzali w błąd Kancelarię Sejmu w imię osiągnięcia korzyści majątkowej, powinni pójść siedzieć? Tak, uważam, że powinni. Dla przykładu. I dla udowodnienia, że polskie państwo ma szacunek dla publicznego grosza.
Po trzecie - nie wierzę w to, żeby w Polsce powstał efektywny system zapobiegania podobnym sytuacjom w przyszłości. Opublikowanie teraz wykazu służbowych podróży, z których mnóstwo budzi wątpliwości (co jeszcze nie znaczy, że te wątpliwości są materiałem dla prokuratury), nie rozwiązuje sprawy, podobnie jak dość absurdalne ograniczenia w długości podróży samochodowych, nałożone przez Sikorskiego. (Ten polityk w roli strażnika moralności i etyki poselskiej budzi zresztą mój nieustanny śmiech.) Przecież oszukiwać można też na wyjazdach krótszych niż 1200 km. Nie jest też rozwiązaniem skądinąd słuszny wymóg przedstawiania rachunku ze stacji benzynowej. Widać od razu, że Sikorski nie czytał książki Marka Migalskiego „Parlament antyeuropejski”, w której autor pokazał, jak już dawno z tym problemem poradzili sobie europosłowie.
Rozwiązaniem mógłby być tylko system, o którym piszę i którego powstanie postuluję od dawna, zawierający publikowane w realnym czasie (lub z bardzo niewielkim opóźnieniem) informacje o wszystkich wydatkach czynionych z publicznych pieniędzy. Zasięg tego systemu powinien być zresztą znacznie większy niż tylko Sejm. Powinien on objąć wszystkie urzędy państwowe z ministerstwami na czele, a także wydatki partii politycznych. Do tego należałoby - choć jest to postulat bardzo niepopularny - podnieść wyraźnie poselskie uposażenia. Zasadnicza poselska pensja, wynosząca dzisiaj ok. 10 tys. zł, choć dla wielu Polaków szokująco wysoka, nie jest w mojej opinii wystarczająca, aby przedstawiciel narodu mógł efektywnie wykonywać swoją pracę bez dyskomfortu i ciągłej pokusy zdobycia dodatkowych przychodów przy wykorzystaniu dostępnych mechanizmów. Od dawna jestem zwolennikiem wyraźnego podniesienia uposażeń wszystkich urzędników, od prezydenta RP poczynając, a także właśnie parlamentarzystów przy jednoczesnym radykalnym zaostrzeniu kryteriów przyznawania różnego rodzaju przywilejów i korzyści.
Obawiam się jednak, że skończy się na partyjnej nawalance, której świadkami właśnie jesteśmy. Tak bowiem kończy się w Polsce większość afer, które mogłyby być podglebiem dla systemowych zmian.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/222046-miejsce-oszustow-jest-w-wiezieniu-afera-wyjazdowa-pokazuje-jaki-mamy-szacunek-dla-publicznego-grosza
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.