Im większe kłamstwo, tym ludzie łatwiej w nie uwierzą” mawiał Joseph Goebbels. Te słowa muszą być bliskie Joannie Kluzik-Rostkowskiej. Szefowa MEN wpadła z gospodarską wizytą do Koszalina. Ogłosiła tam przy okazji, że temat sześciolatków jest już zamknięty. A mówiąc o debacie nad reformą edukacji kłamała jak z nut. Jej kłamstwo było na prawdę pokaźnych rozmiarów.

Joanna Kluzik-Rostkowska zapytana czy brane jest pod uwagę wycofanie się z obowiązkowej nauki sześciolatków i danie rodzicom w tej kwestii możliwości wyboru odpowiedziała:

W tej kwestii był czas debaty i czas podejmowania decyzji. Decyzja została podjęta i sprawa jest zamknięta.

Mówiąc „debata” musi mieć pani minister na myśli nieustanne próby zamykania rodzicom ust w tej sprawie, zwody i uniki, jakie czyniły i czynią kolejne szefowe MEN, by nie spotkać się w licznych studiach telewizyjnych z przedstawicielami rodziców, choćby ze Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. Być może słowem „debata” określa Joanna Kluzik-Rostkowska próbę dialogu jaką podjął poseł Stefan Niesiołowski, gdy w Sejmie pojawili się rodzice sprzeciwiający się posłaniu sześciolatków do szkół:

GŁOŚNIEJ SIĘ DRZYJ!

— wycharczał wtedy „obywatelski” działacz z PO, nie bacząc na obecność małych dzieci. Ale traf chciał, że jego „obywatelską” postawę zarejestrowała kamera „Wiadomości”.

Być może, mówiąc debata pani minister myśli o spotkaniu swoim i premiera Donalda Tuska z przedstawicielami rodziców. Wtedy to ówczesny szef rządu nie był w stanie odpowiedzieć na proste pytanie: „dlaczego sześciolatki mają iść do szkół?”

W istocie „debata” władzy z rodzicami wyglądała tak, że mimo zebrania 1 200 000 podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie reformy edukacji, politycy postanowili nie oddawać w tej sprawie głosu Polakom i wniosek trafił do kosza. O żadnych wątpliwościach rodziców PO nie chciała słyszeć. Czyli wszystko według standardów partii zwanej „Obywatelską”.

W kwestii sześciolatków zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by ułatwić im przejście z przedszkola do szkoły

— mówiła w Koszalinie szefowa MEN.

Wszystko, to brzmi dumnie, ale wszystko czyli co? Bo wiele sześciolatków siedzi w nieprzygotowanych do tego klasach, czasem w blaszanych kontenerach, w przepełnionych klasach i szkołach, walcząc z wszawicą (tak, tak, to już problem ogólnopolski) nauka przez zabawę jest mitem, a zwykłe skorzystanie z toalety bywa nieraz niedoścignionym marzeniem (w wielu szkołach maluchy chodzą do toalet grupowo, gdy zbierze się odpowiednia grupa).

Fot. demotywatory.pl
Fot. demotywatory.pl

Łza się w oku kręci, na wspomnienie czasów, gdy obecna szefowa MEN kłamała rzadziej. Zdecydowanie więcej prawdy było w słowach wypowiadanych przez Joannę Kluzik-Rostkowską, gdy w Sejmie występowała przeciwko reformie rozpoczętej wówczas przez minister Katarzynę Hall.

Reforma, którą proponuje Hall jest niczym innym, jak tylko zmianą nazwy. To co dotychczas było zerówką teraz będzie się nazywało pierwszą klasą, a zajęcia będą przeniesione do szkoły. (…) A z przeniesieniem zajęć do szkół wiąże się kilka kłopotów. po pierwsze szkoły nie są gotowe na przyjęcie sześciolatków. I raczej nie będą i mówią to otwarcie samorządy, które w budżetach na przyszły rok nie uwzględniły przystosowania szkół.

Może dochodzić do takich sytuacji, że w jednym oddziale znajdzie się dziecko siedmioletnie, po przygotowaniu zerówkowym, bo będzie szło starym trybem a także sześciolatek bez takiego przygotowania. Co w tej sytuacji ma zrobić nauczyciel? Może skupić się na siedmiolatku i do niego dostosować program. Ale to zapewne zniechęci młodsze dziecko do szkoły, bo nie będzie wiedziało, czego się od niego chce. W efekcie znienawidzi szkołę i nie będzie chciało do niej chodzić. Nauczyciel może też dostosować program do sześciolatka. Jednak wtedy starsze dziecko będzie się nudzić w klasie

— mówiła kilka lat temu w Sejmie Joanna Kluzik-Rostkowska.

Niestety nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, a minister Kluzik-Rostkowskiej w fotelu szefowej MEN musi się siedzieć wyjątkowo wygodnie. I nic to, że sześciolatkom jest bardzo niewygodnie. Przecież własne dzieci szefowa MEN wysłała do szkół niepublicznych, negatywnymi skutkami reformy więc się martwić nie musi.

I jeszcze niespodzianka. Okazuje się, że to nie koniec reformatorskich zapędów szefowej MEN. Pani minister zasygnalizowała w Gorzowie Wielkopolskim, który po Koszalinie był kolejnym punktem w jej tournee dalszy kierunek zmian w edukacji:

Gdy tak jeżdżę po Polsce, to w jednych przedszkolach mówią: „weźcie nam sześciolatki, bo mało miejsca”, a w innych „skoro zabraliście nam sześciolatki, to dajcie nam dwulatki

— opowiadała Kluzik-Rostkowska.

Czyżby to była już ta jaskółka, która wiosnę uczyni? Kto wie, może niebawem do przedszkoli będą chodziły dwulatki. Strach pomyśleć co jeszcze wymyśli resort edukacji pod światłym panowaniem minister Joanny w niezahamowanym propagandowym pędzie za wyidealizowaną Europą. Może by tak odbierać dzieci matkom od razu po urodzeniu? W ten sposób na pewno uda się uniknąć szkodliwych rodzicielskich wpływów.