Sikorski wtrącił Platformę w poważny kryzys uderzający w główny przekaz partii - bezpieczeństwo Polski

PAP/Jakub Kamiński
PAP/Jakub Kamiński

Gdy zaczęło być głośno o możliwości powołania Sikorskiego na marszałka Sejmu, kilkakrotnie w różnych miejscach twierdziłem, że do tej nominacji nie dojdzie. Jako jeden z powodów podawałem nieobliczalność Sikorskiego, jego dążenie do rozgłosu i skłonność do pławienia się w pochwałach.

Przewidywałem, że w którymś momencie dojdzie do wydarzenia typowego dla byłego szefa MSZ: powie gdzieś o kilka słów za dużo, stawiając swoją partię w trudnej sytuacji. Nie sądziłem tylko, że stanie się to tak szybko.

Kluczowy fragment, który wywołał zamieszanie, znalazł się w artykule Bena Judah w internetowym magazynie Politico i brzmi:

He wanted us to become participants in this partition of Ukraine,” says Sikorski. “Putin wants Poland to commit troops to Ukraine. These were the signals they sent us. … We have known how they think for years. We have known this is what they think for years. This was one of the first things that Putin said to my prime minister, Donald Tusk, [soon to be President of the European Council] when he visited Moscow. He went on to say Ukraine is an artificial country and that Lwow is a Polish city and why don’t we just sort it out together. Luckily Tusk didn’t answer. He knew he was being recorded.”

Wyjaśnień tej wypowiedzi Sikorskiego może być kilka, przy czym mogą one zachodzić jednocześnie. Pierwsze – że pan marszałek rozmawiając z dziennikarzem amerykańskiego portalu stracił czujność i postanowił się popisać zakulisową wiedzą oraz sprzedać mocnego niusa. To bardzo prawdopodobne, na ile znam próżność Sikorskiego. Niemyślenie w takiej sytuacji o konsekwencjach jest dla niego typowe. Drugie – że Sikorski podkoloryzował zasłyszaną relację, co także byłoby do niego podobne, znów nie myśląc o konsekwencjach. Trzecie – że słowa Sikorskiego są częścią jakiejś gry. Jeśli miałaby to być gra, to zapewne wymyślona jednoosobowo przez Sikorskiego. Może sądził, że jego opowieść narobi problemów Tuskowi, jednak to nie Tusk, ale on sam stał się główną ofiarą. Może przeciwnie – spodziewał się, że mówiąc o domniemanym planie rozbioru Ukrainy i polskiej reakcji na niego, przypomni o swoich zasługach w tej dziedzinie. Skutek jest jednak zgoła odwrotny i nie może przynieść korzyści ani samemu byłemu ministrowi spraw zagranicznych, ani jego formacji, ani jego byłemu szefowi. Temu ostatniemu nie przyniesie jednak również szkody, o ile taki był zamiar Sikorskiego.

Podstawowa kwestia, jaka pojawiła się po opublikowaniu tekstu na Politico.com nie brzmi: oto dzielni Polacy nie zechcieli się przyłączyć do planu Putina, a następnie robili wszystko, aby promować Ukrainę. Brzmi ona: jak to możliwe, że po takiej – choćby żartobliwej – propozycji rosyjskiego prezydenta – nie zostały sporządzone żadne notatki, nie zostały powiadomione odpowiednie komisje polskiego parlamentu, a Platforma Obywatelska prowadziła politykę ostentacyjnego zbliżenia z Moskwą?

Odrzucam natomiast wyjaśnienie Sikorskiego, że Judah nie zrozumiał lub „nadinterpretował” jego słowa. Sam Judah na Twitterze ze zdziwieniem odniósł się do koncepcji autoryzacji – faktycznie nieznanej w anglosaskim dziennikarstwie ani w ogóle w większości cywilizowanych krajów. W Polsce autoryzacja ma się dobrze i żadna z sił politycznych nie chce z niej zrezygnować, bo daje ogromne możliwości manipulowania tekstem. Jest tymczasem zwykłym zezwoleniem na brak odpowiedzialności za własne słowa i powinna czym prędzej zniknąć z polskiego prawa prasowego.

W swoim tekście Judah przytoczył dosłownie wypowiedź Sikorskiego – jej sens i znaczenie są jasne i bezsprzeczne. Nie ma tu miejsca na żadną „nadinterpretację”.* Tymczasem w późniejszym wywiadzie dla „GW” (którego publikacja w tych okolicznościach jest, nawiasem mówiąc, czymś zadziwiającym), powiada:

Samo sformułowanie przez panią pytania wskazuje, że jednak polski system autoryzacji okazuje się przydatny, bo w autoryzacji można wychwycić pewne nieporozumienia. Nie mówiłem na przykład, że Tusk mógł być nagrywany na Kremlu, bo nie mam takiej wiedzy.

Oznacza to, że albo Judah bezczelnie skłamał, albo równie bezczelnie kłamie Sikorski. Albo pan marszałek miał chwilową utratę świadomości i nie miał pojęcia, co wygaduje, ale w takim wypadku powinien zostać czym prędzej odsunięty od pełnienia funkcji. Ja zakładam, że to jednak amerykański dziennikarz – niezaangażowany w polskie spory – rzetelnie przytoczył słowa Sikorskiego. Sikorski powiada w rozmowie z „Wyborczą”: „Wtedy – w 2008 roku – ta relacja [z rozmowy Putina z Tuskiem] brzmiała surrealistycznie”. Hm. Takie oceny mogą dotyczyć rozmów towarzyskich. Jeśli tego typu stwierdzenie pada podczas spotkania dwóch przywódców w takiej sytuacji geopolitycznej, w jakiej są i wówczas były Rosja, Polska i Ukraina, należy je traktować śmiertelnie poważnie. Jeżeli Sikorski i jego pryncypał zrobili inaczej, wykazali się rażącym brakiem wyobraźni i profesjonalizmu. Jeśli nie wyciągnęli wniosków celowo – to jeszcze gorzej. Świadczyłoby to, że z pełną świadomością pominęli całkiem realną groźbę naruszenia granic sąsiedniego państwa, ważnego dla nas strategicznie. Tłumaczenia Sikorskiego, zawarte w służalczej rozmowie z „GW” warto przeczytać, bo brzmią one wyjątkowo mało przekonująco.

Przyznaję, że odczuwam schadenfreude, obserwując, jak PO usiłuje zgasić kryzys, w który wtrącił ją Sikorski. Kryzys o tyle groźny, że uderzający w jeden z najważniejszych wątków narracji partii rządzącej – ten mówiący o Platformie, zapewniającej nam wszystkim bezpieczeństwo i kontrolującej w pełni sytuację. Nie ma przy tym znaczenia, że Sikorski opowiada o wydarzeniach sprzed sześciu lat. Jakby mało było afery z samym wywiadem, Sikorski zachował się po raz kolejny w typowy dla siebie sposób, odmawiając odpowiedzi na pytania dziennikarzy i odsyłając ich do cytowanego wyżej wywiadu, udzielonego „Gazecie Wyborczej”. Nazwanie tego niezręcznością to mało. Otoczenie premier Kopacz najwyraźniej zdało sobie sprawę z tego, jak ten gest może zostać odebrany, skoro marszałka spotkała ze strony szefowej rządu bezprecedensowa reprymenda. Udzielona zresztą – jak to u Ewy Kopacz – w dość groteskowej formie. (Co zresztą jest ciekawe samo w sobie, bo przecież w formalnej hierarchii marszałek Sejmu stoi wyżej niż szef rządu.) Możliwe również, że Sikorski dał pretekst do usunięcia go ze świeżo uzyskanej funkcji, a przynajmniej poważnego osłabienia swojej pozycji wewnątrz partii, która zresztą nigdy nie była szczególnie mocna. Podtrzymuję opinię, że żadna z grup wewnątrz PO nie miała i nie ma powodu, aby szczególnie obecnego marszałka bronić.

Inna sprawa, że odwołanie Sikorskiego jest o tyle mało prawdopodobne, że PO zawsze bardzo pilnuje, aby nie odwoływać żadnego ze swoich polityków z funkcji wówczas, gdy domaga się tego opozycja. A ta już taki wniosek zapowiedziała. Z drugiej strony – otoczenie Kopacz może uznać, że najlepszą metodą, pozwalającą upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i wytrącającą oręż z ręki PiS będzie właśnie odwołanie marszałka, nawet gdyby miało to oznaczać pośrednio przyznanie się, że jego nominacja była błędem.

A swoją drogą – ciekawe, czy Ben Judah ma świadomość, że swoim tekstem doprowadził właśnie do kryzysu w polskiej polityce?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...