Rachunek za II wojnę światową jest bronią, z którą Niemcy będą się liczyć

Zniewolenie najłatwiej dostrzec po tym, że ludzie nie ośmielają się myśleć i debatować o sprawach, które przez kogoś możnego mogłyby zostać uznane za prowokacyjne czy niepoprawne.

Ogromna część debaty o stosunkach polsko-niemieckich jest dotknięta takim właśnie zniewoleniem. Nie możemy się przecież narazić najsilniejszemu państwu w UE, bo nas za to ukarze. Na przykład ukarze nas za podejmowanie tematu nigdy nie spłaconych odszkodowań za zniszczenie Polski podczas II wojny światowej. Przypomnijmy, że w najnowszym wydaniu „wSieci” wartość tych odszkodowań Grzegorz Kostrzewa-Zorbas wyliczył na 845 mld dolarów, i to bez uwzględnienia strat ludzkich.

Wydawałoby się, że warto przynajmniej wiedzieć, co się nam należy, ale tzw. mainstream uważa to za niepotrzebne drażnienie najważniejszego partnera gospodarczego i politycznego Polski w Europie. Bo może on się obrazić albo mścić. W stosunkach między państwami nie ma sentymentów i nie powinno być naiwności. To, że się posiada jakąś broń (a rachunek za straty wojenne taką bronią jest), nie znaczy, że trzeba jej koniecznie użyć. Ale wszyscy zainteresowani powinni wiedzieć, że taka broń istnieje i ma odpowiednią siłę rażenia bądź odstraszania. Tylko idiota albo ktoś skrajnie naiwny wyzbywa się atutów wtedy, kiedy wydaje się, że nie są one potrzebne. Przekonaliśmy się o tym choćby po kompletnie nieodpowiedzialnym resecie stosunków Zachodu z Rosją. Ten reset polegał na tym, że durnie i naiwniacy z Zachodu nałożyli na siebie różne ograniczenia i powiedzieli jeszcze Putinowi, czego na pewno nie zrobią. A Putin nadal robił swoje, czyli się zbroił, a gdy już Rosja odzyskała siłę, otwarcie powiedział przywódcom Zachodu, że zrobił ich w durnia, a właściwie sami się zrobili.

Posiadanie atutu w postaci rachunku wystawionego Niemcom za II wojnę światową nie jest drażnieniem Berlina, lecz sygnałem, że w razie jakichś niemieckich wyskoków, nie będziemy bierni i bezbronni. A takie wyskoki już się zdarzają, choćby w postaci prorosyjskiego kursu Berlina po agresji Putina na Ukrainę. Kilka dni temu „Der Spiegel” opisał kolejny, tym razem skrajnie niebezpieczny wyskok, czyli wskazał na to, że Berlin nie wypełni zobowiązań sojuszniczych wynikających z artykułu 5. traktatu waszyngtońskiego. Nie wypełni, bo sprzęt wojskowy jest w zasadzie w rozsypce i mimo najszczerszych chęci się nie da. Takie tłumaczenie jest oczywiście wersją dla idiotów, bo nikt poważny nie traktuje serio stwierdzeń, że jedna z największych i najnowocześniejszych gospodarek na świecie nie jest w stanie wyprodukować dobrego sprzętu wojskowego, a jedno z najlepiej zorganizowanych państw pozwala sobie mieć atrapę armii. Tekst „Spiegla” po prostu przyzwyczaja opinię publiczną, np. w Polsce czy krajach nadbałtyckich, do tego, żeby nie podskakiwać Moskwie, tylko przyjąć jej warunki, bo może być jeszcze gorzej.

W Polsce w wielu kręgach panuje bezdennie głupie przekonanie, że Niemcy robią nam wielką łaskę, iż są dla nas pierwszym partnerem gospodarczym. I że jest to przejaw jakieś dobroczynności czy politycznego prezentu. Tyle że to Niemcy na tym korzystają i zarabiają znacznie więcej niż Polacy. Czyli dla nich to jest wyłącznie interes. A przecież nikt nie jest na tyle nierozgarnięty (chyba że jest politykiem PO, SLD bądź PSL, albo mainstreamowym dziennikarzem), żeby zniszczyć świetnie prosperujący interes. Niemcy nie są nierozgarnięci, dlatego zarabiają na wymianie handlowej i współpracy gospodarczej z Polską. Tym bardziej że ta współpraca oparta jest w ogromnej większości na niemieckich warunkach i zasadach. I nie zrezygnują ze świetnych biznesów, bo ktoś w Polsce odważył się wystawić im rachunek za II wojnę światową i trzyma go na wszelki wypadek.

Niemcy, podobnie jak Rosja, liczą się tylko z silnymi rządami i bardzo asertywnymi narodami. Słabeuszy i rządy o mentalności niewolników bądź, w najlepszym wypadku, kamerdynerów, traktują „z buta”. Nie ma głupszej i bardziej nieskutecznej polityki wobec Moskwy i Berlina niż ustawianie się wobec nich w roli podnóżka bądź kapciowego, żeby nie uciekać się do jeszcze gorszych analogii. Rachunek za II wojnę światową nie jest podskakiwaniem, jak twierdzą kamerdynerzy, lecz dowodem asertywności, stanowczości i bardzo dobrym narzędziem wspierania realnej polityki. Tylko taka broń robi wrażenie i wywołuje realne skutki w postaci docenienia partnera bądź rywala. Dlatego takich atutów powinniśmy mieć znacznie więcej.

CZYTAJ TAKŻE: Polska może żądać od Niemców 850 mld dolarów odszkodowania! Sensacyjne wyniki śledztwa „wSieci”

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...