Rozumiem trudność w dyskutowaniu o sprawie profesora Witolda Kieżuna językiem polskiej prawicy. W Internecie od razu ujawniły się jak w każdej innej sprawie dwa skrajne podejścia. Jedni wrzeszczą, że wara od wspaniałego człowieka, należało lustrować kogoś innego, ale przecież nie jego. Drudzy z kolei reagują wrzaskiem: to agent, należało mu się.

Pierwsze podejście jest mi obce. Prawdy nie powinno się dzielić na tę wygodną dla nas, i niewygodną. Jeśli wywiesza się badanie prawdy na sztandary, warto prześwietlać CAŁA PRAWDĘ. W tym i tylko w tym ma rację Dorota Kania, kiedy pisze dziś w „Gazecie Polskiej Codziennie” o niebezpieczeństwie podziału agentów na naszych i nie naszych.

Ja tę pokusę już zresztą widziałem zastosowaną w praktyce, choćby w uporczywej obronie przez część prawicy arcybiskupa Wielgusa. Skoro rzecz dotyczy ważnego i konserwatywnego duchownego, naszego potencjalnego sojusznika, trzeba go natychmiast zwolnić od wszelkiej odpowiedzialności, ba jeszcze nagrodzić. Za to za co też często przesadnie piętnujemy innych.

Rozumiem obawę przed podziałem agentów na swoich i nie swoich także i dlatego, że obóz rozliczania przeszłości borykał się od początku ze specyficzną strategią przeciwnika. Lustracja była w teorii może i dopuszczalna, ale ta którą zastosowano w praktyce zawsze okazywała się nie taka jak trzeba.

Powstały całe techniki wybraniania ludzi w oczywisty sposób winnych. Od krzyku: ja w to nie wierzę, to wspaniały człowiek. Po sugestie, że SB 30 czy 50 lat temu zajmowała się przede wszystkim fałszowaniem własnych materiałów. Rozumiem, że w proroczym przeczuciu, iż kiedyś sięgną po nie ludzie z IPN. Takie tony pojawiły się niestety zresztą i w ustach obrońców profesora, i w wypowiedziach jego samego.

Profesora, którego naturalnie szanowałem za powstańczą przeszłość, ale oceniałem w mieszany sposób za to co pisał o naszej obecnej rzeczywistości. Choć np. w sprawie powiatów miał rację. Tyle że jakikolwiek mój pogląd na jego osobę nie powinien mi przesłaniać oceny tego jednego fragmentu jego życia.

Dlaczego więc zacząwszy od tych argumentów, metodę, jaką zastosował tygodnik „Do rzeczy” nazwałem już w tytule egzekucją? Z paru powodów.

Rzeczniczka poglądu, że profesor ma się czego wstydzić, Joanna Lichocka, w dzisiejszej dyskusji w radio Warszawa, stwierdziła, że o związkach Kieżuna z peerelowskimi służbami wiedziano od paru dobrych lat. Miała to być tajemnica Poliszynela.

Ja akurat nie wiedziałem, choć zerkając na przebieg jego życiowej drogi, sam się zastanawiałem, czy ten typ kariery z zagranicznymi wyjazdami byłby dostępny dla kogoś, kto nie zawarł z tamtą, dyktatorską nawet w Gierkowskiej wersji władzą, dwuznacznych kompromisów.

Ale jeśli wiedziano od lat, szczególnie mocno muszę zadać pytanie, które i tak bym zadał: Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego nie w roku 2005 chociażby, kiedy prof. Kieżun wchodził w skład komitetu wyborczego Lecha Kaczyńskiego? Czy nie dlatego, że dla Sławomira Cenckiewicza był to wówczas człowiek stojący w szerokim tego słowa znaczeniu po jednej stronie?

A dziś? Dziś poważył się mocno krytykować poglądy wielu autorów „Do rzeczy”, w tej liczbie Cenckiewicza, na temat Powstania Warszawskiego. Doczekał się kontry bardzo szybkiej i bardzo bolesnej. Gdyby się w tej sprawie nie wychylił, prawdopodobnie żyłby sobie fetowany za swoje, dla mnie czasem słuszne, a czasem dyskusyjne, poglądy na transformację III RP.

Lustracja nie miała być przecież narzędziem tak małostkowego odwetu. Dodajmy, że jest to odwet za poglądy wyznawane przez większość Polaków i wyrażane skądinąd przez sędziwego weterana tonem nie przekraczającym granic uczciwej dyskusji. Poglądy, które ja uważam za kwintesencję polskości.

Wątek zemsty wiąże się także z wątkiem humanitarnym. Nie nadużywam argumentu o „starych ludziach”, bo jeśli przeszłość można rozliczyć dopiero po kilkudziesięciu latach, proces tego rozliczania nie będzie dotyczyć młodych. Ale są chyba jakieś granice? Zapewne trudne do skodyfikowania, ale dla przyzwoitej osoby wyczuwalne.

Uderzenie w człowieka prawie 93-letniego budzi zasadnicze pytania. Przeprowadzałem z profesorem wywiad i mogę zaświadczyć, że jego zdolności do obrony, co wymaga pamięci, koncentracji i żelaznej kondycji, są bardzo ograniczone.

Żądanie aby stary człowiek dokonał pisemnego bilansu swego życiorysu w jeden czy dwa dni było żądaniem zwyczajnie w świecie okrutnym. Rozumiałem pośpiech w sytuacji arcybiskupa Wielgusa, który miał objąć kluczową kościelną funkcję. Ale do czego trzeba było się aż tak spieszyć w tym przypadku? Profesor Kieżun nigdzie nie aspirował. Nigdzie nie mógł uciec, najwyżej, powiem to brutalnie, mógł zakończyć życie.

Ma to tym większe znaczenie, że nie sądzimy człowieka, który torturował czy zabijał innych. To jest bardzo subtelna rozmowa o moralnej odpowiedzialności, w której ogromną rolę odgrywa niuans, szczegół, treść poszczególnych dokumentów, także dowody dodatkowe w postaci rozlicznych kontekstów. Czy można o tym debatować w tonie przesłuchania ze staruszkiem?

Przy wszystkich ujawnionych w publikacji informacjach to powinien być dopiero początek, a nie koniec badań. Profesor pełnił rolę rozmówcy SB, ale niekoniecznie był formalnie tajnym współpracownikiem. Czy był nim faktycznie? Sprawa wymaga rzetelnej oceny tego co mówił, także i zważenia na drugiej szali innych ról, jakich się w tym samym czasie podobno podejmował – zwłaszcza owych raportów dla służb amerykańskich. Może się nimi tylko zasłania, może nie, ale ten tekst w „Do rzeczy” niczego nie wyjaśnił do końca.

Dorota Kania wie bezspornie, że Kieżun odegrał kluczową rolę w rozpracowaniu Wiesława Chrzanowskiego. Skąd? Badała sama te dokumenty? Czytam, że rozmawiała „z kilkoma osobami”, które je czytały (nota bene powraca pytanie, kiedy czytały). Ja bym wolał w tak fundamentalnej kwestii nie wierzyć komuś na słowo, a w tekście Kani odpowiednich, samodzielnie sformułowanych odpowiedzi na nurtujące mnie pytania nie znajduję.

I nawet gdyby moje stanowisko miało być bałamutnie zakwalifikowane jako antylustracyjne, będę na to zwracał uwagę. Wina musi być bezsporna, a jej osąd nie może powstawać na podstawie towarzyskich konwersacji. To miałem na myśli mówiąc w radio Warszawa, że zgadzam się z dawnymi poglądami takich ludzi jak senator Romaszewski: każdy przypadek musi być badany oddzielnie (a nie „samodzielnie”, co mi włożyła w usta osoba streszczająca audycję na portalu).

Warto też przypomnieć, że i sam Chrzanowski został kiedyś uznany za agenta, a potem sądownie oczyszczony. A jak z nim było naprawdę? Sama prawica tego do końca nigdy nie rozstrzygnęła.

Na razie w przypadku Witolda Kieżuna padły pytania. Istotne, ale dopiero otwierające swoisty przewód przed sądem historii.

No tak, ale wyrok już został wydany. W postaci stygmatyzującej okładki, gdzie pada słowo „agent”. Po takim napiętnowaniu dalsze badania są spóźnione, a właściwie niepotrzebne. Najpierw kogoś zabiliśmy, a potem pochylamy się nad jego sprawą?

Kierownictwo tygodnika „Do rzeczy”, tak zawsze podobno ceniące sobie powściągliwość i faktograficzną wiarygodność, patronowało w tym przypadku egzekucji. To nie są czasy wojny, kiedy trzeba strzelać do kogoś na ulicy, bo nie ma czasu i warunków aby zapewnić sposobność godziwej obrony.

Nie twierdzę, że mnie tłumaczenia Witolda Kieżuna całkiem przekonują. Zapewne, sądząc na podstawie jego własnych słów, jego pokusa flirtu z tamtą władzą zaszła za daleko. Skądinąd jego nawet po latach formułowane oceny różnych zjawisk, np. wyolbrzymianie wpływu lewicy na KOR a potem „Solidarność” są typowe dla ludzi, którzy trzymali się z dala od wszelkiej opozycji. A można w niej było być mając prawicowe poglądy (nawet w KOR – casus Macierewicz). Tyle że niektórzy wybierali inne drogi. Mieli prawo? Mieli. Ale to przyczynek do tezy, że były to drogi zdradliwe.

Radziłbym młodym ludziom pewną powściągliwość w ferowaniu wyroków, co powinien robić a czego nie, obywatel tamtego państwa. Na przykład uwaga, że zwłaszcza przed 1976 rokiem trudno było odmawiać SB samego stawiennictwa, ma sens, choć nie zwalnia od odpowiedzialności za to co się mówiło na komendzie. Zarazem nie odmawiam nowym pokoleniom prawa do moralnych ocen poprzedników. Gdybym odmawiał, podważałbym sens uprawiania historii.

Ale lustracja dziś to jest już pisanie historii. Pisanie z całym spokojem, próbą konfrontowania różnych źródeł i racji, bez prokuratorskiego zacietrzewienia. Nie zasługuje na nie zwłaszcza człowiek, który w paru momentach życia może pobłądził, ale który nie należy do kasty właścicieli III RP. To go nie zwalnia od odpowiedzialności. Ale jest także jednym z argumentów w procesie przed trybunałem historii.

Tylko że temu człowiekowi uczciwego procesu odmówiono….