Z trafnym określeniem jest trochę podobnie jak z dobrym winem – nabiera szlachetnej mocy w miarę starzenia, upływ czasu działa korzystnie. Wtedy, w Stoczni Gdańskiej, stojąc wśród masy rozentuzjazmowanych ludzi, nie od razu miałem świadomość wagi słów Jarosława Kaczyńskiego. Trzeba było kilka dni odczekać, odczuć wściekłą reakcję michnikowszczyzny, żeby poczuć ich dobitną uniwersalność.

A potem potrzebowaliśmy kilku lat, aby się przekonać, że ta fraza nie wietrzeje, nie traci na aktualności; wręcz przeciwnie, zyskuje coraz to nowe potwierdzenie w coraz to innych obszarach polityki i życia społecznego.

My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO

—ta wypowiedź ówczesnego premiera Kaczyńskiego jest dzisiaj wręcz kultowa w sensie politycznym, gdyż najcelniej oddaje, a raczej obnaża wstydliwą (a może haniebną?) woltę pewnej części elit solidarnościowych. Dowodem celności jest oczywiście reakcja tych, których dotyczy, a mamy do czynienia z nieustającym wypominaniem tych słów Kaczyńskiemu, jako nieomal zbrodni stanu. Nic bowiem tak nie boli poprawiaczy historii jak prawda, która wychodzi na światło dzienne.

Czytam właśnie, że i Jerzy Stuhr próbuje w swoim najnowszym filmie zdeprecjonować tę wypowiedź Kaczyńskiego, umieszczając ją w kompletnie fałszywym kontekście antysemityzmu, co jest rutynowym zabiegiem zakrzykiwania istoty rzeczy przez środowiska salonów III RP, gdy już wszystkie inne sposoby zawiodą. Jest to zresztą kolejne świadectwo prawdziwości tego stwierdzenia. Nigdy w dziejach III RP, żadna wypowiedź ani żaden bon mot, nie był tak dotkliwie trafny, a przez to tak bolesny dla adresatów.

Bo też nie dość, że Kaczyński uderzył wówczas w samo sedno fałszu, to jeszcze trafił w punkt sam symbol michnikowszczyzny, ikonę antylustracji i antydekomunizacji, herolda zblatowania się z postkomuną i zrównania donosicieli z ofiarami donosów. Kaczyński bowiem powiedział to, co powiedział w 2006 roku, już po tym, jak dokonano pasowania Kiszczaka na człowieka honoru; Jaruzelskiego na patriotę, a Urbana zaliczono do serdecznych przyjaciół.

Natomiast źródło nieustającego i narastającego cierpienia całego, dotkniętego do żywego środowiska, tkwi w świadomości, że wszyscy Polacy doskonale wiedzą, kto uhonorował Kiszczaka; kto wszedł z Urbanem w przyjazną komitywę i kto ogłosił sowieckiego namiestnika Jaruzelskiego polskim patriotą. ZOMO zaś, jako zbrojne ramię podporządkowane bolszewickiej władzy, musi każdemu skojarzyć się z wyżej wymienionymi delikwentami. Chyba, że ktoś jest Stefanem Niesiołowskim, któremu wszystko kojarzy się z PiS, ale to są patologiczne wyjątki, więc nie bierzemy pod uwagę.

I tu dochodzimy do tytułowej kwestii, gdzie właściwie to ZOMO stało?! Bo często powtarzamy bezmyślnie pyszną frazę, nie zastanawiając się nad jej głębszym sensem. Owszem mamy świadomość, że to było zło, a po latach stało się synonimem opresyjnej, totalitarnej władzy. Ale dlaczego pewnych ludzi tak bardzo boli przypisanie ich do miejsca, w którym to nieszczęsne ZOMO stało? Przecież nie chodzi o miejsce w sensie fizycznym ani dosłownym.

Otóż ZOMO stało tam, gdzie sobie życzyli Jaruzelski, Kiszczak, Urban i im podobni; tam, gdzie ich posłali i rozkazali stać, lecz zawsze przeciwko wolności narodu i niepodległości państwa. I ten, który dzisiaj honoruje i wysławia jako patriotów wyżej wymienionych, stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. A wraz z nim całe środowisko, któremu przewodzi. Doprawdy, trudno o bardziej logiczny wniosek. Zatem równie dobrze każdy może się o własnych siłach i bez podpowiedzi domyślić, kto za kim i gdzie stoi. Tu nie może być mowy o żadnym qui pro quo. Dlatego ta wypowiedź Kaczyńskiego zrobiła zawrotną karierę i tak potwornie boli tych, których dotyczy.

Stanisław Januszewski