Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają” - mówi stare powiedzenie. Jednak w przypadku nowej funkcji Donalda Tuska o pieniądzach wspomnieć wypada, bo wymaga tego interes publiczny. Niebotyczne wynagrodzenie, które otrzymują unijni urzędnicy, w tym przewodniczący Rady Europejskiej, jest bowiem po prostu formą korumpowania polityków, szczególnie z mniej zamożnych państw członkowskich.

Roczna pensja Tuska - około 300 tys. euro, w dodatku wolne od opodatkowania - jest porównywalna z wynagrodzeniem prezydenta Stanów Zjednoczonych, wynoszącym 400 tys. dolarów, w czym mieści się fundusz reprezentacyjny, wynoszący 50 tys. dolarów. Do 2001 r. pensja amerykańskiego prezydenta wynosiła połowę obecnej - 200 tys. dolarów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może mieć chyba wątpliwości, że odpowiedzialność, liczba zobowiązań i zajęć oraz realna władze są nieporównanie większe w przypadku lokatora Białego Domu niż w przypadku szefa Rady Europejskiej.

W samej Unii trudno znaleźć szefa rządu, który zarabiałby podobne pieniądze co przewodniczący Rady Europejskiej. Premier Cameron (w przeliczeniu na dolary, za stroną paywizard.org) zarabia miesięcznie niecałe 20 tys., kanclerz Merkel niespełna 33 tys., prezydent Hollande ledwie niecałe 15 tys. miesięcznie. Nie są to jednak różnice tak porażające jak pomiędzy wynagrodzeniem przewodniczącego Rady Europejskiej a pensją polskiego premiera, wynoszącą trochę ponad 15 tys. złotych, czyli zaledwie około 3,5 tys. euro albo 4,6 tys. dolarów.

Co może oznaczać tak ogromne wynagrodzenie, jakie przysługuje przewodniczącemu RE? Po pierwsze - jest ono zwyczajnie niemoralne. Tusk nie pracuje w prywatnej korporacji. Jego pensja pochodzi z podatków wszystkich Europejczyków, w związku z czym powinna być dostosowana do faktycznego obciążenia obowiązkami i faktycznej odpowiedzialności. Gdyby wziąć pod uwagę te dwa czynniki, nie byłoby najmniejszego uzasadnienia dla tak wysokich dochodów. Być może dobrym i sprawiedliwym rozwiązaniem byłoby określenie ich wysokości na podstawie średniej wysokości wynagrodzenia europejskich premierów. Musiałyby wówczas być wyraźnie niższe.

Po drugie - co jest zastrzeżeniem bardziej praktycznym - wynagrodzenie tego rzędu może pełnić rolę po prostu korupcjogenną. Dla polityków z państw starej UE dochody przewodniczącego RE są atrakcyjne, ale nie oznaczają przeniesienia w sensie materialnym na całkiem inny pułap. Tam realna wartość wynagrodzeń jest znacznie wyższa niż w państwach Europy Środkowej, zaś odchodzący z polityki minister, premier czy prezydent ma szansę zarabiać naprawdę przyzwoite pieniądze w sektorze prywatnym.

Całkiem inaczej ma się sprawa w krajach Europy Środkowej. Dla polityka pochodzącego z jednego z tych państw pensja sięgająca 300 tys. euro rocznie oznacza trudny do wyobrażenia awans materialny. W kraju mogłaby być porównana jedynie z wynagrodzeniami prezesów dużych banków (to jednak firmy prywatne). Do tego trzeba dodać wszystkie bardzo liczne dodatki (mieszkaniowy, na przeprowadzkę, za mieszkanie poza krajem, reprezentacyjny) oraz fakt, że wynagrodzenie nie podlega opodatkowaniu, a przewodniczący RE jest właściwie przez cały czas obsługiwany. W sensie finansowym i życia codziennego jest całkowicie odizolowany od realiów. To wszystko razem stanowi gigantyczną pokusę.

Tu wkraczamy w niebezpieczne rejony psychologii polityków. Nie da się jednak tego problemu rozpatrywać w oderwaniu od niej. Politycy są tylko ludźmi. Im większe wynagrodzenie, związane ze sprawowaniem danej funkcji, tym trudniej nie uwzględnić go jako czynnika decydującego nie tylko o tym, czy daną posadę przyjąć lub nie, ale także o tym, jak się zachowywać już po jej objęciu oraz przedtem, na etapie starań o nią. Aby uznać, że ogromne pieniądze, które wiążą się ze sprawowaniem unijnej funkcji, nie mają wpływu na postępowanie polityka ją obejmującego, musielibyśmy założyć, że politycy są bez wyjątku aniołami. Jest to oczywiście założenie fałszywe i naiwne. A skoro tak, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że pieniądze staną się dla nich istotnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji. Trzeba tu przypomnieć, że w przypadku Tuska wchodzi w grę staranie o przedłużenie kadencji przewodniczącego RE o kolejne dwa i pół roku. Za cały ten czas dochody byłego polskiego premiera wyniosłyby półtora miliona euro, czyli prawie sześć i pół miliona złotych (prawie dwa miliony dolarów).

Istnienie tej fatalnej finansowej pokusy to w jakimś stopniu również nasza wina. Politycy sprawujący w Polsce najważniejsze funkcje w administracji centralnej zarabiają zdecydowanie zbyt mało w stosunku do swojej odpowiedzialności i do - jak się okazuje - pensji oferowanych w strukturach Unii. Z drugiej strony dodatkowe profity, jakie łączą się ze stanowiskami (możliwość korzystania z infrastruktury, służbowe samochody, karty, sprzęt komputerowy itd.) nie są poddane niemal żadnej kontroli, co z kolei rodzi pokusę, aby korzystać z nich w sposób nieumiarkowany. W dodatku z pominięciem reguł, które obowiązywałyby normalnego obywatela (vide przykład ministra Szczurka, który wozi dzieci do szkoły służbowym autem, czyli wykorzystuje je do celów prywatnych, a za to powinien odprowadzić podatek, zgodnie z wytycznymi jego własnego resortu). Od dawna twierdzę, że cały system powinien zostać gruntownie zreformowany. Po pierwsze - same wynagrodzenia powinny zostać znacząco podniesione (w tym również wynagrodzenia posłów, dziś śmiesznie małe, co jednak powinno iść w parze z redukcją ich liczby przynajmniej o połowę); po drugie - wydatki z wszelkich funduszy reprezentacyjnych oraz korzystanie z dodatkowych profitów powinno zostać bardzo ograniczone i poddane surowej kontroli, przede wszystkim zaś powinno być na bieżąco monitorowane i podawane do publicznej wiadomości. Wbrew głosom, które zaczęły się rozlegać po ujawnieniu przez „Wprost” nagrań z luksusowych restauracji - nie oznacza to żadnego biedowania, ale normalną i uzasadnioną kontrolę nad publicznymi pieniędzmi. A trzeba też pamiętać, że polska hierarchia wynagrodzeń w administracji jest w wielu przypadkach postawiona na głowie. Najwyżsi urzędnicy polskiego państwa, z prezydentem RP włącznie, zarabiają mniej niż niektórzy urzędnicy samorządowi, ponoszący nieporównanie mniejszą odpowiedzialność, jako że w ich przypadku o wynagrodzeniu decyduje rada gminy.

W pierwszej kadencji Parlamentu Europejskiego, w której polscy europosłowie zasiadali z wyboru, ich wynagrodzenia były powiązane z wynagrodzeniami posłów w Polsce. Jako że polskie wynagrodzenia poselskie są bardzo niskie na tle krajów Europy Zachodniej, polscy deputowani znaleźli się w sytuacji pariasów choćby wobec kolegów z Włoch czy Francji. To spowodowało, że w kolejnej kadencji wynagrodzenia zostały zrównane. Z polskiego punktu widzenia mogą się wydawać bardzo wysokie, ale dla europosła, który serio traktuje swoją rolę (a więc - po pierwsze - nie oszukuje na podróżach czy zakwaterowaniu oraz - po drugie - bywa, spotyka się, podróżuje często na własny koszt) i faktycznie przebywa więcej poza krajem niż w nim, są zaledwie odpowiednie.

Decyzja PE o zrównaniu wynagrodzeń poselskich wywołała kontrowersje, a w Polsce spowodowała wiadomy efekt: miejsce w PE stało się sposobem nagradzania zasłużonych partyjnych towarzyszy (w każdym ugrupowaniu), w wielu przypadkach odsuwając na dalszy plan kwestię kompetencji. To poważny materiał do przemyśleń.

Być może jednak - choć to oczywiście propozycja czysto teoretyczna, na której realizację nie można liczyć - warto byłoby wrócić do pierwotnej zasady dotyczącej europosłów w przypadku polityków, pełniących funkcje w ramach struktur UE (być może z uwzględnieniem odpowiednich dodatków)? Czy Donald Tusk postępowałby w ciągu ostatnich miesięcy, a może nawet lat, tak, jak postępował, gdyby w perspektywie miał zarobki rzędu, powiedzmy, 20 lub 30, a nie 120 tys. złotych miesięcznie? To otwarte pytanie.