Artykuł pochodzi z tygodnika „wSieci” z września 2013 roku.

12 września 2004 r. To właśnie wtedy w szpitalu MSW przy ul. Wołoskiej w Warszawie zmarł Marek Karp, twórca i wieloletni dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. Od jego śmierci minęło dziesięć lat i nadal niewiele o niej wiemy, ale nawet nieskory do spiskowego myślenia były minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski zdążył przed swoją śmiercią powiedzieć, że wypadek samochodowy, po którym Marek Karp nie wrócił już do zdrowia, nie był zwyczajnym wypadkiem.

Dlaczego musiał umrzeć?Rozczaruję was, nie znam pewnej odpowiedzi na to pytanie, jednak trochę czasu poświęciłem na chodzenie po jego śladach i teraz przedstawię wam kilka szczegółów, o których wcześniej nie słyszeliście.

Pomysł założenia Ośrodka Studiów Wschodnich, placówki eksperckiej, która będzie dostarczała polskim władzom rzetelnej wiedzy o tym, co dzieje się na Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Litwy, Białorusi i Ukrainy, narodził się w głowie Marka Karpia jeszcze w czasach, gdy tuż po studiach pracował w Wielkiej Brytanii i spotkał tam wybitnego sowietologa Stanisława Swianiewicza. Karp inspirował się także doświadczeniami przedwojennego Instytutu Zachodniego. W 1990 r. dzięki uporowi Karpia oficjalnie powstał Ośrodek Studiów Wschodnich, który finansowany był przez resort gospodarki. W latach 1990–2004, kiedy OSW kierował Karp, była to jedyna instytucja, która zatrudniła młodych, nieskażonych komunizmem ekspertów i usilnie starała się zabezpieczyć swoje działania przed inwigilacją z zewnątrz. Trudno przecenić rolę OSW, który przygotowywał rzetelne i niezależne ekspertyzy dotyczące polskiej polityki wschodniej, energetyki, ewolucji politycznej państw byłego ZSRR, w czasach gdy kolejni ministrowie spraw zagranicznych nie byli zupełnie przygotowani do prowadzenia niepodległej polityki wobec Rosji, a w MSZ przeważała postkomunistyczna kadra, gdy w MSW pracowali często przypadkowi ludzie, a za fachowców uchodzili funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, gdy ważne dla gospodarki i polskiego eksportu Ministerstwo Rolnictwa stawało się zwykle łupem postzeteselowskiej nomenklatury, a MON było bezrefleksyjnie zapatrzone w NATO i naszpikowane agentami komunistycznych służb wojskowych.

W takich warunkach działał niezależny OSW, pracowali tam młodzi, starannie wyselekcjonowani przez Karpia ludzie, którzy nie byli umaczani w peerelowskie zależności. Siłą rzeczy zatem to właśnie wobec zarządzanego przez Karpia Ośrodka kierowane były operacje rosyjskiego i białoruskiego wywiadu w Polsce. Ludzie OSW, wzorując się na swoim szefie, działali w sposób niestandardowy. Do legendy przeszła już akcja z początku lat 90., kiedy młodzi ludzie z Ośrodka udali się jako turyści do Władywostoku i symulując wycieczki krajoznawcze, liczyli statki wpływające do tamtejszego portu wojennego, tworzyli przy tym całkiem przyzwoitą dokumentację foto- graficzną, która potem posłużyła polskiemu (i nie tylko) wywiadowi. Sam Karp często jeździł na Wschód z plecakiem jak zwykły turysta i np. na granicy Turcji liczył przejeżdżające przez nią cysterny z paliwem. Jego wiedza i kontakty rosły, co najważniejsze, nie pochodziły one jedynie z teoretycznych studiów, ale wielokrotnie poparte były własnymi sprawdzeniami i dokumentacją. Rósł też krąg wpływowych znajomych na Wschodzie, rosła jednak także liczba wrogów Karpia.

Działania kierowanego przez niego Ośrodka często były lekceważone przez polskich polityków, nie uchodziły jednak uwadze rosyjskich służb i polityków. OSW nie był jednak placówką wywiadowczą, ciągle zachowywał swój ekspercki charakter. Fachowe i oszczędne w słowach analizy OSW szły na czterdzieści najważniejszych w kraju biurek. Dostawali je najważniejsi ludzie w państwie. Tu kończyła się rola Ośrodka, a zaczynała polityka.

Bliski przyjaciel Karpia wspomina:

W 2000 r. na Koszykowej (warszawska siedziba OSW) odbywała się otwarta konferencja na temat energetyki. W pewnej chwili zauważyłem przystojnego mężczyznę w dobrym ubraniu, który usiadł w jednym z ostatnich rzędów i pilnie wpatrywał się w przemawiającego Marka. Gdy Karp go zobaczył, spostrzegłem, jak lekko zbladł. Potem w gabinecie Marka spotkaliśmy się z tym człowiekiem. To był prof. Siergiej Karaganow, dziś jeden z najważniejszych doradców Putina, twórca koncepcji współdziałania Europy i Rosji przeciwko Chinom, bardzo wpływowy facet. Wtedy przyszedł do OSW, aby po prostu osobiście przyjrzeć się Markowi. W czasie ich rozmowy, której byłem świadkiem, traktował Marka z szacunkiem, jaki

Rosjanie okazują tylko ludziom, których naprawdę szanują albo się obawiają. Karp brał udział w powstawaniu Tymczasowego Rządu Litwy na emigracji i współdziałał z jej późniejszym prezydentem Vytautasem Landsbergisem. Uczestniczył też w najważniejszych wydarzeniach dla niepodległości tego kraju. Uznanie dla fachowości i wiedzy Karpia wielokrotnie wyrażali Amerykanie. Szef OSW był gościem w Pentagonie i w siedzibie CIA w Langley wygłosił świetnie przyjęty odczyt na temat Rosji. OSW coraz mocniej uwierał nie tylko Rosjan, ale i polskich postkomunistów. Z chwilą objęcia rządów w Polsce przez SLD rozpoczęło się prawdziwe polowanie na założyciela Ośrodka.

Karp, obok realizowania swojej życiowej pasji, czyli nieustannego budowania OSW, poświęcił się również idei odtworzenia szlacheckiego dworku w samym sercu Podlasia. Z czasem założył tam także dużą – liczącą niemal 500 krów – hodowlę bydła mlecznego. Starał się też pomagać w rozwoju polskiego handlu ze Wschodem. I ta właśnie działalność posłużyła za pretekst do wplątania go w prokuratorskie śledztwo.

Kiedy jego dobry znajomy biznesmen Mirosław Ciełuszecki w Plancie na Podlasiu kupił dużą bocznicę kolejową, do której dochodziły szerokie tory z Rosji, Karp zgodził się tej firmie doradzać. Przez wiele miesięcy wykony- wał różne zadania i ekspertyzy dla Farm Agro Planta Ciełuszeckiego. Brał udział w stworzeniu bardzo zyskownego planu handlu sprowadzanymi z Białorusi naturalnymi nawozami mineralnymi. Znalazł po białoruskiej stronie partnera dla firmy Ciełuszeckiego. W całej tej, prowadzonej z wielkim zapałem, działalności zapomniał jednak, że w Polsce u władzy znaj- dowali się już postkomuniści.

Marek opowiadał mi, jak wezwał go mini- ster gospodarki Jacek Piechota i wprost poinformował, że trwają zakusy, aby wyrzucić go z Ośrodka Studiów Wschodnich

— wspomina Anna Karp, żona szefa OSW.

W kwietniu 2002 r. nagle w prywatnej posiadłości aresztowano Mirosława Ciełuszeckiego. Prokuratura postawiła mu zarzut działania na niekorzyść własnej firmy. Chwilę później za- rzuty prokuratorskie dotknęły także Karpia. Zarzucono mu nieuczciwość, brak uprawnień do bycia doradcą biznesowym i de facto wyłudzenie 166 tys. zł od firmy Ciełuszeckiego. Takiego zarzutu nigdy nie podniósł wobec niego sam Ciełuszecki, który do dziś broni dobrego imienia Karpia.

Paradoksalnie Marek padł ofiarą własnej uczciwości. Chciał formalnie rozliczać się z Ciełuszeckim i ten zbiorczo, za wszystkie ekspertyzy i działania na rzecz jego firmy, zapłacił mu 166 tys. zł, a Marek wystawił na to fakturę i opłacił podatek. Zawsze wszystko tak załatwiał, skrupulatnie i porządnie. Ta faktura stała się dla prokuratora Krzysztofa Luksa z Białegostoku podstawą do oskarżenia męża

— opowiada Anna Karp.

Karp był pewny swojej niewinności, jednak coraz częściej słyszał ostrzeżenia, aby uważał na siebie. Kilkakrotnie ostrzegał go sam Krzysztof Kozłowski.

Mówił, że kręcą się koło niego służby specjalne, sam też spotykał się z Maciejem Hunią, który wtedy był szefem kontrwywiadu ABW, oraz z byłym oficerem UOP Piotrem Niemczykiem, obaj bardzo długo znali się z Markiem. Opowiadał mi też o spotkaniach ze Zbigniewem Wassermannem, który w czasie, gdy się widywali, był wiceprzewodniczącym sejmowej komisji śledczej do spraw PKN Orlen, coś ustalali. Niestety, nie chciał mnie tym obciążać, więc nie wiem dokładnie, co. Pewnego dnia odwiedził nas były korespondent PAP w Moskwie Zdzisław Raczyński. W pewnej chwili usłyszałam strzęp ich rozmowy. Raczyński mówił: „Jak zrezygnujesz z kierowania OSW, to nie będziesz miał sprawy”. To nie był przychylny nam człowiek. Marek kilkakrotnie go pytał: „Kto cię przysłał?!”. Odpowiedź nie padła

— relacjonuje Anna Karp.

W pewnym momencie Marek stwierdził też, że powinien posiadać broń. Gen. Gromosław Czempiński doradził mu, aby kupił sobie hiszpański rewolwer Astra

— przypomina sobie.

W 2004 r. Karp został wezwany do ministra gospodarki, w tym czasie obowiązki te pełnił Jerzy Hausner. Minister stwierdził, że w obliczu prokuratorskich zarzutów, jakie ciążą na Karpiu, nie może on już dłużej pełnić funkcji szefa OSW. Hausner poprosił Karpia o wskazanie swojego następcy, ten wskazał Jacka Cichockiego, a sam został szeregowym pracownikiem OSW. W czasie gdy de facto odbierano Karpiowi jego dziecko – OSW – interesy jego gospodarstwa rolnego na Podlasiu szły coraz lepiej. Farma mleczna Karpiów liczyła już prawie 500 krów i 200 ha upraw. Na początku 2004 r. mał-eństwo nawiązało kontakt z podlaskimi biznesmenami Pawłem i Piotrem Skerczyńskimi, miejscowymi potentatami, właścicielami za- kładów tłuszczowych i gazety „Słowo Podlasia”. Karpiowie weszli z nimi w spółkę.

Marek podpisał z nimi nawet wstępną umowę, ale szybko się z tego wycofał, Skerczyńscy zabili młodą jałówkę na ognisko i Markowi się to nie spodobało

— wspomina żona szefa OSW.

13 sierpnia 2004 r. Marek Karp miał się stawić w Urzędzie Celnym w Białej Podlaskiej.

Miał tego dnia jechać na Litwę, ale urzędnicy uparli się, że rano musi dowieźć do urzędu celnego dokumenty dotyczące zakupu trzech holenderskich krów dla naszej farmy. Zostawił w Ludwinowie samochód terenowy i wziął osobowego opla. Miał wrócić za kilka godzin

— wspomina Anna Karp.

Mieliśmy takiego małego kundelka. Wybiegł za nim na drogę i przez trzy dni nie chciał się stamtąd ruszyć

— dodaje ze smutnym uśmiechem.

Z dworu Karpiów do Białej Podlaskiej jest niedaleko, Karp miał zamiar załatwić szybko sprawy celne, wrócić do dworku i terenowym samochodem pojechać na Litwę. Już nie wrócił. Jadący prawym pasem szosy tir z białoruską rejestracją nagle zjechał na lewy pas i uderzył w stojącego na poboczu opla. Ten popchnięty przez tir wpadł pod nadjeżdżający z przeciwnej strony polski paszowóz. Samochód został zmiażdżony. Marek Karp wypadek przeżył, został przewieziony do szpitala w Białej Podlaskiej, a następnie, dzięki interwencji Krzysztofa Kozłowskiego oraz pomocy Konstantego Miodowicza i Bartłomieja Sienkiewicza, udało się go prze- transportować do kliniki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mieszczącej się przy ul. Wołoskiej w Warszawie. Tam powoli zaczął wracać do zdrowia. Po kilku dniach zaczęli go odwiedzać przyjaciele.

Był połamany, lecz umysł miał czysty. Czegoś się bał, nakazał mi spisywać skład wszystkich kroplówek, które mu podawano. Raz nawet zwróciłam uwagę pielęgniarce, że podpisane „Marek Karp” kroplówki stoją niezabezpieczone na szpitalnym korytarzu i każdy może dodać do nich to, co chce. Marek obawiał się czegoś i powtarzał, że jego wypadek nie był naturalną katastrofą, sugerował, że został sfingowany. Bał się, że to nie ostatnia próba zamachu na jego życie

— wspomina Anna Karp.

Obawiał się o swoje życie i chciał jak najszybciej wyjść ze szpitala

— dodaje Andrzej Komorowski, długoletni przyjaciel Karpia, który rozmawiał z nim w czasie jego pobytu w szpitalu.

Pewnego dnia odwiedził go Krzysztof Kozłowski, po tej wizycie był tak zdenerwowany, że bardzo źle się poczuł i trzeba mu było udzielić w szpitalu natychmiastowej pomocy

— przypomina sobie żona Marka Karpia.

12 września 2004 r. poczuł się gorzej, kilka godzin później niespodziewanie zmarł. Oficjalną przyczyną zgonu był zator tętnicy płucnej. Sekcję zwłok wykonano dopiero prawie dwa tygodnie po śmierci szefa OSW, dzień przed zaplanowanym pogrzebem.

Szukanie przyczyn wypadku samochodowego Marka Karpia sugeruje, że trudno dać wiarę w przypadkowość tego zdarzenia. Dlaczego? Oto kilka przyczyn, dla których należy powątpiewać w zwyczajność tego zdarzenia:

Śledztwo w sprawie wypadku policja przeprowadziła wyjątkowo niechlujnie. Już po trwającym niespełna godzinę wstępnym przesłuchaniu zwolniony został białoruski kierowca Siergiej Zhuk – sprawca tego wypadku. Natychmiast zniknął, ksero jego dokumentów sporządzone przez policję okazało się mało czytelne. Kiedy pod białoruski adres kierowcy dotarli polscy śledczy, okazało się, że już tam nie mieszka. Nie ustalono późniejszego miejsca jego pobytu. W białoruskiej firmie Rising, dla której pracował, poinformowano, że został zwolniony tuż po wypadku. Białoruskiego kierowcy nigdy więcej nie udało się przesłuchać.

Tajne akcje Marka Karpia? Z wielu przesłanek oraz relacji informatorów z wewnątrz UOP i ABW wynika, że Karp w czasie swojego dyrektorowania w OSW pracował także na niejawnym etacie w Urzędzie Ochrony Państwa. Kilku informatorów sugeruje nawet, że miał tam rangę wicedyrektora departamentu.

Podczas jednej z konferencji do Marka podszedł nieznany mi Rosjanin, musieli się wcześniej znać. Zapytał, czy Marek jest już pułkownikiem. Widziałem, jak Marek wyraź- nie uciekał od tego tematu

— wspomina przyjaciel Karpia.

Nie wiem na pewno, czy Karp pracował dla polskich służb, gdyby jednak tak było, to w kontekście jego niespodziewanej śmierci pojawia się pytanie, czy nie była ona spowodowana jedną z jego wywiadowczych misji na Wschodzie.

W czasie podróży na Wschód Karp przeżył dwie niecodzienne sytuacje, które mogłyby być rozpatrywane również jako próby zamachu na jego życie. Za pierwszym razem na białoruskiej szosie naraz wystrzeliły dwie opony w jego samochodzie. Na szczęście jechał ostrożnie. Innym razem, także gdy wracał z Białorusi, na granicy nagle wysiadł cały system elektroniczny samochodu. Ekspertyza wykonana już w Polsce stwierdziła, że zwykle takie awarie powoduje… uderzenie w samochód pioruna. Gdyby jechał wtedy z większą szybkością, skończyłoby się to tragicznie. Według relacji najbliższych i przyjaciół Karp znany był z zachowywania zimnej krwi, nigdy nie panikował i potrafił zabezpieczać się przed inwigilacją, w tych jednak wypadkach wyraźnie sugerował, że mogły to być próby zamachu.

W przeddzień tragicznego wypadku, 12 sierpnia 2004 r., Karp wracał stałą trasą z Warszawy do Ludwinowa. Przed Mińskiem zatrzymali go autostopowicze, była to młoda para Rosjan z Petersburga.

Marek wszedł do domu i stwierdził, że pewnie będę niezadowolona, ale przywiózł ze sobą parę Rosjan, którzy zjedzą z nami kolację i przenocują u nas w dworku. Rano zjedli śniadanie i wyjechali z Markiem do Białej Podlaskiej, tam mieli się przesiąść i podróżować dalej. Sympatyczni, młodzi, chłopak i dziewczyna

— wspomina Anna Karp.

W tym miejscu pojawia się nieznana dotąd relacja kogoś, kto wtedy podróżował wspólnie z Karpiem i parą Rosjan.

W pewnym momencie, tuż przed wjazdem do Białej Podlaskiej, młodzi Rosjanie gwałtownie zażądali, aby ich wysadzić. Marek chciał ich podwieźć dalej, ale oni się uparli – wspomina towarzysz ostatniej podróży Karpia. – Ja później wysiadłem już w Białej i poszedłem kupić sobie koszulę, za chwilę mieliśmy się spotkać i razem wrócić do Ludwinowa. Kiedy szedłem do centrum miasta, usłyszałem, że wydarzył się jakiś wypadek, coś mnie tknęło i pobiegłem w tamtą stronę, zobaczyłem rozbity samochód Marka

— dodaje.

Człowiek ten zastrzegł sobie anonimowość i na samo wspomnienie zdarzenia z 2004 r. robi się bardzo nerwowy…

Według pozyskanej przeze mnie relacji sprawą śmierci Karpia usiłował się zająć produkujący program dla TVP1 Tomasz Sekielski. W tym celu młoda współpracowniczka dziennikarza nagrała kilka wywiadów z przyjaciółmi Karpia. Wtedy też ostatniego wywiadu przed śmiercią udzielił jej w szpitalu Krzysztof Kozłowski. Powstał wywiad, który nigdy się nie ukazał. W trakcie tej rozmowy Kozłowski miał, według relacji świadka, kilkakrotnie powtórzyć:

To nie był zwykły wypadek!.

Program Sekielskiego nigdy nie powstał.

Napotkałem wiarygodną relację, w której zawarta została wyraźna sugestia, że interesy Mirosława Ciełuszeckiego i jego firmy Agro Farm Planta stały w sprzeczności z planami jednego z największych obecnie rosyjskich oligarchów Dmitrija Jewgieniewicza Rybowlewa, właściciela m.in. dwóch greckich wysp i klubu piłkarskiego AS Monaco. Potentat olbrzymią fortunę zbił na wspomaganym przez rosyjskie służby handlu nawozami rolniczymi. Jest głównym udziałowcem Uralkali, producenta potażu (głównego składnika wielu mieszanek nawozowych), a jego majątek szacowany jest na 9 mld dol. Już w 1996 r. Rybowlew był aresztowany i oskarżony o zlecenie zabójstwa właściciela konkurencyjnych zakładów. Obecnie jest jednym z najbardziej zaufanych oligarchów Putina i pomaga w organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi. Ze źródeł związanych z polskimi służbami dowiedziałem się, że bocznica kolejowa w Plancie potrzebna była Rybowlewowi do handlu białoruskimi nawozami, a firma Ciełuszeckiego wyraźnie te plany krzyżowała. Na dodatek Ciełuszecki uparcie nie chciał swojej firmy sprzedać rosyjskim kontrahentom. Po rozpętanej przez prokuraturę aferze firma Ciełuszeckiego wraz ze stanowiącą zarzewie konfliktu rampą kolejową została zlicytowana i przejął ją poznański przedsiębiorca przez polskich prokuratorów podejrzewany o związki z mafią paliwową. W tym kontekście pomoc Karpia dla firmy Ciełuszeckiego nabiera zupełnie innego znaczenia. Czy jednak taki kontekst prowadzi do jednoznacznych wniosków? Tego dziś nie wiemy. Warto jednak wspomnieć i taki aspekt śmierci sprzed dziewięciu lat.

Leżąc w szpitalu, Karp planował przeorientowanie swoich zainteresowań na obszar Iranu i Korei Północnej. Był rok 2004, a były szef OSW już wtedy przewidywał, że te kraje staną się kluczowe, także dla polskiej polityki zagranicznej. W rozmowach sugerował nawet, że zamierza wybrać się do Iranu i nawiązać tam wielce interesujące znajomości. Planował rozpocząć pisanie książek raportujących jego nietuzinkową wiedzę o Wschodzie.

Pora na rozwianie kilku powtarzanych z uporem mitów związanych ze śmiercią Karpia. Marek Karp nigdy o własnych siłach nie opuścił kliniki przy ul. Wołoskiej. Dezinformacją jest więc, kolportowana przez niektórych autorów, wersja, jakoby został pobity na parkingu przed kliniką i to pobicie miałoby być przyczyną jego nagłej śmierci. Nie jest także prawdą, że jadąc 13 sierpnia 2004 r. do urzędu celnego, miał ze sobą teczki z tajnymi dokumentami. Według relacji jego żony wiózł ze sobą jedynie papiery celne dotyczące importu krów mlecznych do ich gospodarstwa. Zginęły one z samochodu i nigdy się nie odnalazły, co może sugerować działanie osób trzecich, które być może liczyły na to, że przewozi ze sobą jakieś tajemnicze dokumenty. Czego mogli poszukiwać ewentualni złodzieje? Tego już się nie dowiemy.

Podsumowując przedstawione tu rozważania, możemy jedynie stwierdzić, że poważne zastanowienie budzi zupełnie źle przeprowadzone (czy celowo?) śledztwo dotyczące wypadku Karpia. Spekulacje może budzić również jego nagła śmierć. Zastanowienie rodzi się także, gdy spojrzymy na fakt, iż jego bliscy współpracownicy, którzy potem pełnili i pełnią najważniejsze funkcje w aparacie bezpieczeństwa Polski, właściwie nie zrobili nic, aby nieco rozświetlić okoliczności śmierci swojego mentora.

Z taką oceną nie zgadza się wdowa po Karpiu:

I Jacek Cichocki, i Bartłomiej Sienkiewicz po śmierci Marka byli dla mnie bardzo życzliwi, wiele mi pomogli. Nie mam do nich żadnych pretensji

— podkreśla Anna Karp.

Przypomnijmy jednak, że wychowanek Karpia Jacek Cichocki był zarówno ministrem spraw wewnętrznych, jak i koordynatorem służb specjalnych, a drugi z jego wychowanków Bartłomiej Sienkiewicz przez całe swoje zawodowe życie jest powiązany ze służbami, a obecnie pełni funkcję ministra spraw wewnętrznych. Obaj, nagabywani przez przyjaciół Karpia, solennie obiecywali wyjaśnienie wątpliwości, jakie narosły wokół jego śmierci. Nie zrobili tego do dziś. Wśród bliskich znajomych Karpia byli również Konstanty Miodowicz i były rzecznik obecnego rządu Paweł Graś, do grona jego przyjaciół należał późniejszy ambasador Polski w Moskwie Jerzy Bahr, który przyjaźni się z Anną Karp do dziś.

W tej sytuacji możemy jedynie powtórzyć pytanie: dlaczego w sprawie tej dziwnej śmierci wszyscy ci ludzie praktycznie nabrali wody w usta?! Karp miał wielu wrogów, choćby takich jak ludzie z tzw. zespołu Lesiaka, z którymi otwarcie się ścierał. Bliskim znajomym opowiadał nawet o tym, że kilka razy wykrył wóz podsłuchowy zaparkowany na ul. Koszykowej, w bez- pośrednim sąsiedztwie siedziby OSW.

Nieustannym źródłem zainteresowania Karpia była działalność rosyjskiej agentury na terenie Polski. Miał na ten temat olbrzymią, unikalną wiedzę. Gdzie mogła czaić się śmiertelna sprężyna? Czego dotknął, co mogło stać się bezpośrednią przyczyną wyroku na jego życie? A może jednak był to zwykły wypadek drogowy, może zabił go nieszczęśliwy splot okoliczności? Jeśli tak, to dlaczego tak mocno ten racjonalny i twardo stąpający po ziemi człowiek obawiał się o życie w czasie swego pobytu w szpitalu? Nie potrafię na te pytania jednoznacznie odpowiedzieć.

We wrześniu 2004 r. Marek Karp miał wygłosić cykl odczytów o Rosji i Wschodzie na amerykańskim Uniwersytecie Columbia. Nie dojechał…

Podlaska posiadłość Karpiów, odbudowany od fundamentów wedle starych planów i rycin ziemiański dwór i 17-hektarowy otaczający go park, dziś są własnością wdowy po szefie OSW. Do zagubionego wśród pól dworu wiedzie piękna lipowa aleja.

Po śmierci męża było mi trudno, bank, w którym mieliśmy kredyty, zażądał spłaty, mleczarnia nagle obniżyła zamówienia. Ktoś usiłował doprowadzić mnie do bankructwa i licytacji. Przetrwałam, ale musiałam sprzedać 200 ha ziemi i wszystkie krowy, całą naszą piękną i nowoczesną farmę. Dziś zmienił się OSW, zmienili się ludzie, mało kto już przejmuje się ideami Marka

— Anna Karp uśmiecha się, jednak gdzieś w jej spojrzeniu czai się smutek.

Wielu ludzi oddawało jej mężowi hołdy, przekonała się jednak, jak trudna jest dola wdowy po człowieku, który romantycznie usiłował wprowadzać w czyn swoje idee.

Nie mam do nikogo pretensji, nie prowadzę prywatnego śledztwa. To już nie przywróci Markowi życia. Chcę spokojnie żyć i cieszyć się wspomnieniami o nim

— deklaruje Anna Karp.

Tajemnica śmierci Marka Karpia pozostaje dla dzisiejszych elit wielkim wyrzutem sumienia, pokazuje także, że nikt kto z poświęceniem działa dla Polski, nie może liczyć na pełną satysfakcję. Jego los to również memento dla tych, którzy w imię idei budowy niepodległej Polski gotowi są do ponoszenia ryzyka i działania z narażeniem własnego życia.

Nad grobem Marka Karpia ciągle unosi się nieme zobowiązanie: powiedzcie Polsce, dlaczego umarłem…