Mam kłopot z napaścią  na Michała Boniego ze strony Janusza Korwin-Mikkego. Przemoc fizyczna nie może regulować sporów w życiu demokratycznego państwa.

Bo choć Korwin nie nazywa tego przemocą, a jedynie zachowaniem honorowym (honorową odpowiedzią na znieważenie go przez Boniego przed laty), jest to przecież zachowanie podpadające pod paragrafy kodeksu karnego. I jeśli Boni lub MSZ (lub razem) wytoczą mu sprawę karną, Korwin przegra. Nie przegrałby może za cesarza Wilhelma II, ale dziś przegra. I dobrze, inaczej mielibyśmy plagę samosądów.

Z drugiej jednak strony mam kłopot z jednoznacznym stanięciem po stronie Michała Boniego. Nie co do formy postępku Korwin-Mikkego. Nie dlatego, że bronię racji Korwin-Mikkego, który czuł się obrażony. To są racje z poziomu praw osobistych, a właściwie indywidualnego postrzegania tych praw przez polityka KNP – nic mi do tego. Chodzi mi to publiczną postawę Michała Boniego w sprawie, która przed laty poróżniła obu panów.

Jak wiadomo, Michał Boni znalazł się na tzw. liście Macierewicza i nie znalazł się tam przez pomyłkę. Bo Boni rzeczywiście podpisał zobowiązanie do współpracy i to był powód, dla którego został zaliczony do grona tajnych współpracowników SB.

Z drugiej strony, o ile wiadomo z jego relacji, podpisanie tego dokumentu nastąpiło w dość trudnych dla niego okolicznościach, a potem - znowu wedle jego słów - spotykając się z oficerem prowadzącym starał się kluczyć i nie mówić nic istotnego. Nie znam dokumentów tej sprawy, trudno mi więc ustosunkować się do wersji Boniego. Ale wiem, że Michał Boni co najmniej dwukrotnie skłamał na swój temat, a to wiele zmienia.

Po pierwsze, w 1992 r. kiedy awanturował się, że znalazł się na „liście Macierewicza” niesłusznie. Znalazł się tam – otóż - słusznie, bo ówczesny szef MSW miał sporządzić jedynie wykaz osób, które SB uważała za swoich współpracowników. A Boniego niewątpliwie SB uważała za tajnego współpracownika. Co nie znaczy, że realnie szkodził ludziom – to są dwie różne sprawy. Niemniej jego poza skrzywdzonej niewinności była fałszywa – i tu Korwin-Mikke ma rację.

Drugi raz Michał Boni skłamał wiosną tego roku, w kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. W jednej z audycji TOK FM opowiadał historię swojego werbunku i nie powiedział jasno, jakiego rodzaju dokument wówczas podpisał. Dziennikarz prowadzący rozmowę zasugerował wtedy (nie wiem, czy z niewiedzy, czy ze stronniczości), że to była deklaracja lojalności. Michał Boni to potwierdził dodając coś w rodzaju:

Ale mam satysfakcję, że to z siebie wyrzuciłem, niewielu byłoby na to stać.

No cóż, tu kłamał już zupełnie bezwstydnie. Bo różnica między podpisaniem deklaracji lojalności wobec PRL, a podpisaniem zobowiązania do współpracy z SB jest fundamentalna. Pierwsze jest rodzajem zhołdowania przez komunistyczne władze, ale z niego nic nie wynika, a już na pewno na tej podstawie SB nie rejestrowała delikwenta jako swojego tajnego współpracownika. Drugie jest zgodą na donoszenie.

Przez lata w całej tej historii zawsze było mi trochę żal Michała Boniego, bo wplątał się w to uwikłanie nieco przypadkiem i zdaje się, że wiele nie zaszkodził ludziom z podziemia (nie wiem, może nie zaszkodził wcale). Ale z biegiem lat, w miarę jak Boni z mozołem czyści swoją przeszłość, brnąc z kłamstwa w kłamstwo, jest mi go żal coraz mniej.