Ile jeszcze kompromitujących materiałów poznają Polacy — to pytanie przewija się niemal od początku rządowej afery, wywołanej publikacją podsłuchanych rozmów m.in. Bartłomieja Sienkiewicza i Marka Belki. Wydaje się, że losy rządu zależą od tego, ile podobnych skandali zarejestrowała aparatura podsłuchująca zamontowana w miejscach niejawnych spotkań.

Ciekawy głos w debacie dotyczącej liczby materiałów kompromitujących tę władzę zabrał… minister Sienkiewicz. Z jego słów wynika, że premier i rząd rzeczywiście ma się czym martwić…

Jednym z wątków poruszanych w czasie zakrapianej narady Belki i Sienkiewicza była reforma służb specjalnych.

Szef MSW żalił się na sytuację związaną z BORem.

Kurczę, z tym BOR-em. Ach. Kłopot polega na czymś innym. Nie polega na bieżącym zarządzaniu, ale chodzi o instytucję, której się nikt nie dotykał przez lata. Wszyscy, którzy pracują w BOR, mają syndrom sztokholmski. Niech to zostanie między nami, ale odebrałem 15 telefonów od wszystkich najważniejszych ludzi w tym kraju, żebym broń Boże nie robił krzywdy, więc mam wykręcone ręce. I zbieram za ewidentne wpadki formacji. Nikt się nie interesował, jak wygląda szkolenie, jak są finansowani, bo syndrom sztokholmski zapewnia bierność i symbiozę, gdzie fakty się nie liczyły. Gdybym był ministrem spraw wewnętrznych na początku czteroletnich rządów, to by to wyglądało inaczej, ale ja nie bardzo mogę sobie pozwolić na głębokie reformy w służbie, od której dyskrecji zależy wiele, he, he, istotnych decyzji w tym kraju na kwartał przed wyborami, bo to jest samobójstwo, he, he

— mówił Sienkiewicz swojemu rozmówcy.

Szef MSW przyznaje jednoznacznie w swojej wypowiedzi, że źle ocenia działania BOR, że to formacja, która musi przejść reformę, ponieważ działa wadliwie. Jednak nic z tego nie będzie, ponieważ rządząca ekipa, w tym szef MSW, boją się konsekwencji ujawnienia przez funkcjonariuszy BOR tego, czym na co dzień zajmują się ochraniani ludzie w Polsce. Służba, od której zależy życie najważniejszych urzędników w kraju, będzie więc patologiczna, ponieważ władza boi się skutków swoich świństw i kompromitacji.

Nie jest tajemnicą, że BOR jest instytucją znającą najlepiej życie elit rządzących Polską. Wiedza instytucji, w której szeregach służą ludzie ochraniający na co dzień najważniejszych polityków, jest unikatowa. I nie ma co ukrywać, często ociera się o materiały do szantażu.

Ludzie BOR są również świadkami wydarzeń, decyzji, rozmów, których nagłośnienie mogłoby zakończyć nie jedną karierę w życiu. Siła ludzi BORu jest tym większa, im bardziej skorumpowana władza rządzi krajem. Dziś widać, że władza PO-PSL skalą korupcji i innych patologii przeraża nawet ministra Sienkiewicza.

Jak wielkie skandale władzy musi mieć w swoim ręku BOR, skoro człowiek odpowiedzialny za reformę służb wprost przyznaje, że boi się naruszać interesy tej formacji? Jak silne muszą być to materiały, skoro nadzorujący służbę polityk się ich boi? Ile afer ludzie tej władzy mają na sumieniu? Czy treść rozmów z Markiem Belką to swoiste przyznanie się do winy?

W BORze to wszystko wiedzą. Pozycja rządu, w tym szefa MSW, jest coraz słabsza m.in. w starciu z wewnątrzkrajowymi grupami interesu. One też mogą wiedzieć.

Ministrze Sienkiewicz, warto być przyzwoitym! Potem nie trzeba się tyle lękać…