Skandal Watergate doprowadził do jedynej w dziejach dymisji prezydenta Stanów Zjednoczonych i do systemowych zmian w Ameryce. Wzrosła niezależność i potęga IV władzy – mediów – mimo że ich walka z próbami cenzury różnego rodzaju nie zakończyła się i nie zakończy się nigdy, a od wybuchu „wojny z terrorem” 11 września 2001 roku media stały się – i do dziś są – przedmiotem nacisków mocniejszych, niż kiedykolwiek wcześniej. Wynikiem Watergate jest także wprowadzenie systemu ścisłego cywilnego nadzoru nad służbami specjalnymi, który z czasem stał się standardem w państwach NATO i wielu innych demokratycznych. Lecz najpierw Amerykanie i obserwatorzy z reszty świata poznali trzy lekcje rzeczywistości: dwie przerażające i jedną budującą.

Lekcja pierwsza: psucie państwa przez polityków potrafi przekracza wszelkie granice – włącznie z granicami ludzkiej wyobraźni – nawet w krajach o nieprzerwanym od wielu pokoleń dziedzictwie demokracji. Czy wybrany demokratycznie prezydent państwa może popełniać przestępstwa tak ciężkie, jak wykorzystywanie służb specjalnych do walki z opozycją polityczną i mediami? Richard Nixon udowodnił, że może. Polecenia łamanie prawa i etyki wydawał wysokim urzędnikom państwowym w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Przestępcze narady nagrywał z poczuciem pełnej i trwałej bezkarności. Czy jednym z głównych uczestników zmowy przestępczej może być minister sprawiedliwości – prokurator generalny? Może, jak wykazał John Mitchell, zatwierdzony na to podwójne stanowisko przez demokratycznie wybrany Senat USA. Później spędził 19 miesięcy w więzieniu. W tym świetle mniej dziwi, że do grupy przestępczej należeli również szef kancelarii prezydenta Harry Haldeman – potem 18 miesięcy w celi – i przewodniczący komitetu wyborczego do reelekcji prezydenta Jeb Magruder – tylko 7 miesięcy więzienia dzięki współpracy z prokuraturą. Oraz wielu innych polityków i urzędników.

Druga lekcja: politycy potrafią walczyć o utrzymanie się na szczycie władzy tak długo, aż zderzają się z betonem zbrojonym na końcu ślepego tunelu. Nixon złożył dymisję nie dla interesu narodowego, ani wskutek poczucia winy, ani nawet ze strachu przed karą. Zrezygnował dopiero, gdy w Kongresie USA powstała bardzo wysoka większość na rzecz usunięcia prezydenta z urzędu poprzez uznanie go winnym przestępstw. Kary innej, niż utrata władzy, uniknął. Ponieważ amerykański system dopuszcza ułaskawienie przed skazaniem, a nawet przed postawieniem zarzutów, Nixon rozważał ułaskawienie samego siebie – uznając to za zgodne z literą prawa, nawet jeżeli sprzeczne z jego duchem. Ostatecznie zwarł umowę z wiceprezydentem Geraldem Fordem: przejmiesz prezydenturę, ale wtedy ułaskawisz mnie ze wszystkiego. Tak się stało. Nixon nigdy nie przeprosił narodu.

Trzecia lekcja: nie ma wolności bez wolnych mediów. Nixon z Mitchellem i całą szeroką grupą przestępczą na szczytach władzy był bliski zwycięstwa – cichego zamachu stanu. II władza – władza wykonawcza – potrafiła skutecznie manipulować I władzą – prawodawczą. Sądy – III władza – były jak dziecko we mgle. Dopiero gazeta „The Washington Post” i stopniowo dołączające inne media uświadomiły Kongres i Sąd Najwyższy o zagrożeniu demokracji i spowodowały ich wejście do gry. Nic nie zastąpiło – i nigdy ani nigdzie nie zastąpi – profesjonalizmu, odwagi, wytrwałości i solidarności IV władzy – dziennikarzy, redaktorów naczelnych, wydawców i właścicieli. Oraz poparcia czytelników, widzów i słuchaczy. To szansa, wyzwanie i zobowiązanie. Kto zlekceważy te proste do znudzenia zależności, może obudzić się w także prostym do znudzenia reżimie, z nowym zwycięsko uśmiechniętym Nixonem na wszystkich okładkach i ekranach.