Nazwisko Jeffreya Sachsa jest w Polsce symbolem terapii szokowej, która po 1989 r. zakładała radykalną liberalizację, szybką prywatyzację i zaciśnięcie pasa przez obywateli. W wywiadzie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” amerykański ekonomista mówi, że żałuje, że pomoc dla naszego kraju nie była bardziej hojna. Za skutki terapii szokowej nie czuje się odpowiedzialny. Zaprzecza także, by był gospodarczym Liberałem.

Taka była wola waszyngtońskich instytucji

—przekonuje. Znany ekonomista przyznaje, że nie do końca zdaje sobie sprawę, jaką rolę odgrywa w Polsce jego osoba.

Wiem tylko, że odegrałem pewną rolę w procesie waszej transformacji. Jestem z tej roli dumny

—utrzymuje. Na stwierdzenie dziennikarza, że terapia szokowa jego autorstwa byłą ucieleśnieniem konsensusu waszyngtońskiego, eksperymentem na odległość, przeprowadzonym bez względu na koszt, reaguje nerwowo.

To absurdalne. Każdy, kto zna mnie i moje prace, wie, że przez większą część kariery spierałem się z założeniami konsensusu waszyngtońskiego, które potrafią być bardzo krótkowzroczne i okrutne

—twierdzi ekonomista. Za skutki reform w Polsce w latach 90, Sachs nie czuje się odpowiedzialny.

Byłem tylko autorem ogólnej koncepcji terapii szokowej. Jej sednem było to, że gdy podjęto decyzję o pójściu w stronę rynku, trzeba było to zrobić błyskawicznie

—wspomina Sachs.

Przede wszystkim szybko musiała zostać przywrócona wymienialność waluty. I to była moja rekomendacja przekazana liderom Solidarności po ich wyborczym sukcesie z czerwca 1989 r.

—dodaje. Sachs przypomina też historię swojej terapii szokowej. Została ona przygotowana w kilka godzin, w nocy po rozmowie z Jackiem Kuroniem.

Nasze spotkanie odbyło się w mieszkaniu Jacka Kuronia. On palił jak smok, a ja mu o tym opowiadałem. Kuroń co jakiś czas walił pięścią w stół i powtarzał „racja” lub „rozumiem”. Potem poprosił mnie o spisanie tego, co mówiłem. Odpowiedziałem, że nie ma problemu i że wyślę mu to za dwa tygodnie, po powrocie do Stanów. Ale on wtedy powiedział, że to musi być gotowe na już. Więc usiadłem i spisałem. Nad ranem dokument był gotowy

—opowiada. Sachs zaznacza, że nie spodziewał się tego, jak wielkim sukcesem będzie polska transformacja.

Na całym świecie jest trudno o podobny pozytywny przykład. A już na pewno nie ma go w regionie. Polska wychodziła z gospodarczego chaosu, a stała się normalnym krajem

—chwali polski przełom. Oraz przekonuje, że dziś przeprowadziłby te same reformy.

W zasadzie tak, bo okazały się skuteczne

—mówi. Jednocześnie przestrzega nas przed pesymizmem.

Powinniście być z tego dumni, a nie narzekać. Koszt nie był wcale taki duży

—podkreśla. Dobrze - według Sachsa - wypadamy również w porównaniu z Ukrainą i innymi krajami regionu.

Polska poradziła sobie z transformacją najlepiej w regionie. I dziś jesteście liderem

—mówi. Jednocześnie odpiera zarzuty o potajemne sterowanie Polską z tylnego siedzenia.

Zostałem poproszony przez „Solidarność” o radę, więc dałem ją rządowi Mazowieckiego. Wiem, że wielu moich wskazówek posłuchali. Ale nie rządziłem tym krajem. Nigdy

—stanowczo zaznacza. Według niego, wbrew temu co mówią polscy ekonomiści, z prof. Witoldem Kieżunem na czele, nie było alternatywy dla terapii szokowej.

Nie było cudownego rozwiązania

—utrzymuje Sachs. Według niego to Balcerowicz zrealizował jego pomysły i dobrze wiedział co robi.

Zwłaszcza latem 1989 r. wiele z moich pomysłów zostało wprowadzonych w życie, choćby szybkie przywrócenie wymienialności złotego, starania o pomoc zagraniczną, liberalizacja handlu zagranicznego. Ale co do szczegółów decyzje należały do niego (Balcerowicza – red.)

—dodał. Sachs wyznaje również, że nie podobało mu się to, ze pomoc waszyngtońskich instytucji była tak mała.

Żałuję, że pomoc dla was nie była bardziej hojna. Zwłaszcza w dziedzinie osłon socjalnych. Ale taka była wola waszyngtońskich instytucji

—przypomina w wywiadzie. Jednocześnie twierdzi, że był niezależnym doradcą, reprezentującym tylko siebie, a nie interesy Zachodu i rynków finansowych. Odcina się także od amerykańskiego miliardera i inwestora George’a Soros’a.

Płacił za moje podróże do Polski. Nigdy nie wziąłem od niego za swoją pracę ani centa wynagrodzenia

—twierdzi Sachs. Oraz podkreśla, że nie jest gospodarczym Liberałem, w przeciwieństwie od Balcerowicza.

Zdefiniował bym się jako socjaldemokratę. Pisząc rekomendacje dla Polski chciałem, by stała się krajem o gospodarce mieszanej. Ani nie socjalistycznej, ani nie radyklanie wolnorynkowej. Z silną rolą państwa, z mechanizmami redystrybucji, sprawnym rynkiem pracy. Socjaldemokracja to tradycja, do której zawsze było mi najbliżej

—podkreśla.

Ryb, DGP