To się nam premier nawojował! Wisi nad nami - jak dziś ogłosił - już nie rosyjska agresja, ale „groźba odłączenia się od Ukrainy południa i wschodu”. Za chwilę powie: „samoodłączenia”. W sumie mamy więc na wschodzie „ukraiński dramat”. To tak, jak gdyby ktoś we wrześniu 1939 roku głosił tezę, że obserwujemy „polski dramat”.

Coś jednak premier zrozumiał. Jak bowiem stwierdził w odniesieniu do Rosji, „nowoczesna wojna w tej części świata może polegać na półśrodkach, używaniu propagandy, a efekty może przynosić równie skuteczne co najazd czołgów”. Może jeszcze wyciągnie wnioski, uznając, że takim zagrożeniom trzeba przeciwdziałać? Może nie tylko w odniesieniu do sąsiada wschodniego, ale i zachodniego? Może kiedyś. Dziś nie może, bo jest przecież produktem takich właśnie działań wobec Polski.

Ale to na marginesie. Ważniejsze jest bowiem co innego, a więc polityczne konsekwencje kryzysu na Ukrainie z dzisiejszego punktu widzenia.

Można już postawić tezę, że Platforma wyczerpała możliwości wzrostu. Zyskiwała głównie kosztem SLD, zbierała również swoich zdemobilizowanych wyborców. Znaczenie miała też naturalna tendencja Polaków (i nie tylko Polaków) do jednoczenia się wokół władzy w obliczu zagrożenia.

Paradoksalnie, Platformie sprzyjała relatywna bierność Prawa i Sprawiedliwości. Bierność tym razem słuszna. PiS nie mógł bowiem być bardziej wojowniczy (potwierdziłby wizerunek „partii wojny”), nie mógł też zagrożenia rosyjskiego, z oczywistych względów, bagatelizować. Opozycja zachowała się niezwykle propaństwowo. Tym razem, sądzę, szlachetność może też zostać nagrodzona punktami poparcia.

PiS wychodzi z kryzysu (z tej jego fazy) w niezłej kondycji. Utrzymało prowadzenie, nie dało się ani razu sprowokować. Co jednak ważniejsze, pojawia się wyjątkowa szansa na przebicie kolejnego szklanego sufitu, zawieszonego dziś na poziomie 35-40 proc. Bo „wojenna” opowieść Tuska i jego mediów nie pozostanie bez długoterminowych konsekwencji.

Tusk pozwolił, by w świadomości społecznej pojawiło się, i zakorzeniło, słuszne przekonanie o poważnym zagrożeniu dla Polski. Zagrożeniu tym razem niezwykle konkretnym, już nieteoretycznym. W pierwszym etapie zyskiwał, jako aktualnie rządzący (chyba jednak liczył, że zyska więcej, przynajmniej tyle, by wyraźnie prowadzić). Dalej, w miarę oswajania się z sytuacją, jednak już tak nie będzie. Po prostu to PiS jest partią o niebo bardziej wiarygodną jako gwarant polskiego bezpieczeństwa. A jednoznaczne potwierdzenie zagrożenia rosyjskiego, co PiS głosi od dawna, wrażenie to jeszcze wzmacnia. Nawet w oczach najbardziej naiwnych. Nawet jeśli dziś tego nie przyznają.

Tę szansę opozycja może wykorzystać, choć oczywiście może ją także zmarnować. Kluczowy jest język. Powinien być jednoznaczny, odważny, ale spokojny. Na pewno nie powinien być rytualny, a to niestety liderom PiS powoli wchodzi w krew. Poza Kaczyńskim mówią tak, że można zgadywać kolejne słowa (zwłaszcza w telewizji). A przecież tylko wiarygodna powaga może dać naprawdę dużą premię. Grepsy i miny wyborców przyciągną, bo obóz III RP zawsze będzie miał na tym polu przewagę (choćby za sprawą siły interpretacyjnej mediów).

Premier chyba się zorientował, że uwolnił z butelki niebezpiecznego dla siebie dżina. Dlatego wyraźnie zmienia front. Już nie straszy wojną, już oswaja Polaków z rosyjską agresją, już nuci „Hej Jude”.

Ale już chyba za późno.

Jacek Karnowski