Cywiński dla wPolityce: Kije samobije. Cóż to za premier, który straszy własny naród wojną?

Koniec marzeń! Radosław Sikorski może zapomnieć o biurku w gabinecie w brukselskiej siedziby NATO: nowym sekretarzem generalnym sojuszu zostanie były premier Norwegii Jens Stoltenberg. Nasz minister swoim zwyczajem zaćwierkał na twitterze, że „dziękuje za uznanie”, znaczy, że w ogóle brał ktoś pod uwagę jego kandydaturę na następcę Andersa Fogha Rasmussena, i łaskawie przyznał: „Stoltenberg będzie naprawdę dobrym sekretarzem”…

Bo będzie, a w każdym razie lepszym od Sikorskiego. Każdy, kto choć otarł się o politykę międzynarodową zdaje sobie sprawę, że na kluczowe stanowiska ponadnarodowych organizacji nie wybiera się narwańców, których język jest szybszy niż głowa. Dość wspomnieć dwie wypowiedzi Sikorskiego, te, gdy służąc „watasze” w ornacie ministra obrony narodowej porównał budowę rosyjsko-niemieckiego gazociągu bałtyckiego do paktu Ribbentropa-Mołotowa, oraz tę, gdy już w roli ministra spraw zagranicznych RP oznajmił ukraińskim opozycjonistom na Majdanie, że jeśli nie podpiszą porozumienia z prezydentem Wiktorem Janukowyczem, „wszyscy będą martwi”…

Dla przypomnienia, pierwsze porównanie padło w 2006 r., w hotelu Conrad, podczas szczytu amerykańsko-europejskiego w Brukseli. A dokładnie brzmiało tak:

To była tradycja Locarno, to jest tradycja paktu Ribbentrop - Mołotow. Nie chcemy powtórki.

Sikorski dodał również, że Polska „prosiła kanclerz Angelę Merkel o wstrzymanie tej inwestycji”. Bałtycka pępowina łącząca Niemców z Rosją była złym pomysłem, co widać dziś szczególnie jaskrawo i, co zdaje się dostrzegła także Merkel, która w niedawnej rozmowie z premierem Kanady Stephenem Harperem zapowiedziała „weryfikację całej polityki energetycznej Niemiec” i podjęcie starań o uniezależnienie się od rosyjskiego gazu.

Nie zmienia to faktu, że przywołanie osiem lat temu paktu Ribbentropa-Mołotowa przez polskiego ministra obrony było wówczas dowodem bezsilności oraz rozhisteryzowanym, spanikowanym, niegodnym wołaniem na puszczy. Merkel jeszcze jako liderka chadeckiej opozycji była entuzjastką inicjatywy porozumienia Gerharda Schrödera i Władimira Putina ,które określiła jako „najwspanialszy dzień w najnowszej historii Rosji i Niemiec”. Zatem prośby składane do niej, gdy została szefową rządu RFN i skargi na forum międzynarodowym można było od razu kierować na Berdyczów.

Jesteśmy świadomi istniejących w Polsce obaw co do tego gazociągu,  ale użyty język (przyp. red.: Sikorskiego) - nie jest ani pomocny, ani adekwatny

— skwitował wówczas rzecznik Komisji Europejskiej Johannes Laitenberger. Ba, od Sikorskiego odciął się nawet rzecznik łotewskiego (sic!) komisarza UE ds. polityki energetycznej Andris Piebalgs, którego biuro zakomunikowało, iż uważa rosyjsko-niemiecką inwestycję za „słuszną”. Oczywiście najbardziej urażeni poczuli się Niemcy - w jednej z naszych rozmów przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu (pełnił tę funkcję do 2013 r.) Ruprecht Polenz z partii Merkel nazwał skojarzenia Sikorskiego „absurdalnymi” i „wielce szkodliwymi dla stosunków polsko-niemieckich”.

Przypominam o tym nie bez powodu: krzykliwy eksminister obrony z nadania PiS już na służbie PO w roli szefa dyplomacji jakoś nie alarmował o przeciąganiu przez rząd Donalda Tuska budowy priorytetowego, bo o strategicznym znaczeniu świnoujskiego gazoportu, że pominę „wynegocjowane” przez wicepremiera Waldemara Pawlaka warunki dostawy rosyjskiego gazu, zakwestionowane przez Brukselę…

Oburzenia i protestów ministra Sikorskiego nie było, był za to dyskredytujący dyplomatę popis braku opanowania w Kijowie: jego warknięcie do opozycyjnych negocjatorów obiegło wszystkie co ważniejsze agencje prasowe na świecie. Był to notabene dowód uprawiania przez niego aroganckiej polityki życzeniowej, błędnej oceny sytuacji i skrajnej naiwności, skoro liczył na to, że protestujący na Majdanie przystaną na podtrzymujący rosyjskie wpływy na Ukrainie dyktat Janukowycza. Jeśli w ogóle istniały choć minimalne szanse na objęcie przez Sikorskiego funkcji sekretarza generalnego NATO, co osobiście uważałem za fantasmagorię, pogrzebał je nikt inny, tylko on sam. Twitterowy pogromca „watahy” pozostanie sekretarzem generalnym dworku w Chobielinie.

Dobrego pilota można rozpoznać po pewnej ręce, a nie po najgłośniejszym głosie…

— mawia Hans-Dietrich Genscher, najwybitniejszy dyplomata w historii RFN, rzeczywisty „ojciec zjednoczenia” Niemiec, błędnie przypisywanego kanclerzowi Helmutowi Kohlowi, który pogodził się z istnieniem NRD i w 1987 r. gościł szefa SED Ericha Honeckera w Bonn z honorami wojskowymi, przy dźwiękach hymnów obu niemieckich państw…

Pominięcie Sikorskiego w personalnych rachubach NATO jest też pośrednią, prestiżową porażką Tuska. Premier zapewne wolałby, aby jego człowiek był na poważnie brany pod uwagę przy obsadzaniu stanowisk na arenie międzynarodowej. Ale Tusk ma dziś ważniejsze sprawy na głowie: jak wyciągnąć PO z dołka sondażowego i nie dopuścić do wygranej PiS. Skutecznej kilka lat temu taktyki straszenia „pisowcami” i ośmieszania partii Jarosława Kaczyńskiego nijak nie da się już zastosować.

Okazało się bowiem, że to wyszydzany przez PO śp. prezydent Lech Kaczyński miał rację, że jego ostrzeżenia z Tbilisi stały się samorealizującą przepowiednią, zaś uprawiana przez Tuska polityka „ciepłej wody w kranie” stosunków z Rosją - fiaskiem na całej linii. Na marginesie, zachęcam do przeczytania wywiadu z polskim aktorem (na portalu Stefczyk.info) holenderskiego pochodzenia Redbadem Klijnstrą, który zwrócił uwagę na związek katastrofy smoleńskiej z obecną sytuacją Ukrainy:

Moskwa mogła uznać, że skoro Polska w takiej sprawie nie zachowała się po męsku, to nic nie zrobi, gdy Moskwa zajmie część Ukrainy. (…) Zapewne Rosjanie mogli po tragedii smoleńskiej wyliczyć i oszacować ryzyko, że napotkają na większy opór ze strony Polski.

Klijnstra nie wierzy w dzisiejszą metamorfozę Tuska.

Żeby nabrać zaufania potrzeba czasu, a póki co zbyt krótko premier prezentuje poglądy, które wyglądają na zgodne z interesem państwa. Szczególnie, że nie odcina się od swych poprzednich poglądów”

— komentuje.

W rozpoczynającej się właśnie kampanii wyborczej do PE, Tusk nie tylko wszedł w buty śp. prezydenta, lecz idzie jeszcze dalej niż Lech Kaczyński, który de facto uratował Gruzję przed zajęciem przez Rosjan, czemu w kontekście aneksji Krymu nikt dziś nie zaprzeczy. Dla przypomnienia, w chwili przybycia prezydenta RP do Tbilisi (i z jego inicjatywy przedstawicieli najwyższych władz Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy), rosyjskie wojska oddalone były tylko 50 kilometrów od gruzińskiej stolicy. Dzisiejszy Tusk nie straszy już „szkodliwą rusofobią” PiS, a wręcz roznieca wśród Polaków wręcz psychozę wojny.

Ktoś powiedział, że te wybory nie są o tym, czy nasze szkoły są dobrze przygotowane na 1 września dla sześciolatków. Te wybory być może są o tym, czy dzieci 1 września w ogóle pójdą do szkoły**

— złowieszczy szef polskiego rządu i PO. Co tam problemy w kraju, co tam jacyś koczujący w sejmie rodzice kalek, nie czas na pretensje i waśnie, wróg kolbami karabinów do drzwi kołacze, ojczyznę trzeba ratować…! Jednoczyć się trzeba, pod sztandarami PO, która jako jedyna zapewni nam zbiorowe bezpieczeństwo i życie w dobrobycie… - tego ostatniego zdania Tusk akurat nie powiedział, ale to przecież jasne jak słońce Peru.

Tylko, cóż to za premier, który straszy własny naród wojną? Cóż to za szef dyplomacji, który grozi innemu narodowi śmiercią…? Polscy wyborcy będą musieli odpowiedzieć sobie na te pytania nie tylko przed pójściem do urn, by oddać głosy na kandydatów do europarlamentu…

Piotr Cywiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych