Prawo i Sprawiedliwość zamierza powołać ruch pilnowania wyborów. "Mąż zaufania będzie w każdej komisji wyborczej". Bardzo słusznie, choć przyznam, że nie rozumiem dlaczego nie działo się tak do tej pory. Wszak nie tylko podejrzeń, ale i dowiedzionych fałszerstw było w minionych latach bez liku. Największa partia opozycyjna musi mieć swego męża zaufania w każdej komisji i musi prowadzić własne obliczenia wyników wszystkich szczebli.

Ale mąż zaufania to jedynie dodatek. Dlaczego partia mająca dziś w Polsce największe społeczne poparcie aspiruje jedynie do roli gościa w polskim domu, gdzie odbywają się polskie wybory? Prawo i Sprawiedliwość musi wreszcie poczuć się współgospodarzem, dlatego powinno nie tylko mieć swego męża zaufania, ale przede wszystkich mieć swych przedstawicieli w każdej komisji wyborczej. Najlepiej dwóch, a co najmniej jednego. Współtworzyć te komisje, a nie jedynie przyglądać się ich pracy. To jest właściwy cel, a nie jedynie bierni mężowie zaufania. Wiem, że to wymaga znacznie dłuższych i bardziej skomplikowanych zabiegów, by uzyskać realny wpływ na procedury powoływania składów komisji, ale to jest konieczne, by naprawdę zabezpieczyć uczciwość polskich wyborów.

Głosy liczy komisja wyborcza - mężowie zaufania mogą się jedynie przyglądać jej działaniom, nie wolno im dotykać kart wyborczych. Pełniłem tę rolę i wiem, że jeden mąż zaufania nie jest w stanie przypilnować wieloosobowej komisji jednocześnie liczącej tysiące głosów. Metod fałszowania jest wiele, najpopularniejszą wcale nie jest dosypywanie głosów, bo to metoda trudna (nie tylko dodruk, ale też - by dodać, trzeba taka samą liczbę usunąć). Najpopularniejsze jest unicestwianie głosów oddanych na „niewłaściwych” kandydatów, np. przez dopisywanie dodatkowego krzyżyka, co zajmuje ułamek sekundy.

Dziś komisje wyborcze składają się w ogromnej większości z osób wspierających PO, SLD lub PSL. W tysiącach komisji – w 100%. Nie zarzucam im uczestnictwa w oszustwach, wierzę, że większość uczciwie wykonuje swą pracę, ale taka dominacja opcji rządowej lub krypto-rządowej stwarza ogromną łatwość, a więc i pokusę fałszerstw. Zwłaszcza, gdy rządowa propaganda straszyć będzie apokaliptyczną katastrofą, gdyby opozycja miała zdobyć władzę. Być może część członków komisji uzna wręcz za swoją patriotyczną misję wszelkie działania, by zapobiec tak strasznemu nieszczęściu.

Ponadto - wszyscy mężowie zaufania wyposażeni być powinni w kamery i filmować liczenie głosów. Zarówno członkowie komisji, jak i mężowie zaufania w razie cienia wątpliwości, żądać muszą ponownego liczenia głosów.

Niedawno bez żenady poddająca się szkoleniom przez putinowskich specjalistów liczenia głosów polska Państwowa Komisja Wyborcza, wciąż nie wyjaśniła sprawy obsługujących ją serwerów znajdujących się na terenie Rosji (nigdy temu nie zaprzeczyła). PiS dotąd zajmował się sprawą dość ospale i nie zdołał zmusić PKW do jej wyjaśnienia, a zajmujący się jej dogłębnym badaniem, matematyk i kryptolog, były współpracownik Kontrwywiadu Wojskowego, najwybitniejszy polski specjalista ds. bezpieczeństwa informatycznego, prof. Jerzy Urbanowicz dwa lata temu w swym raporcie gwałtownie ostrzegł przed istniejącą, technicznie bardzo realną możliwością sfałszowania polskich wyborów. Nazajutrz po ogłoszeniu owego raportu - zmarł na zawał serca.

Pomysły obywatelskiej kontroli uczciwości wyborów, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, szkolony w Moskwie generał Stanisław Koziej nazwał „Robieniem obciachu z Polski na świecie”. Tak samo, niemal wczoraj, rządowa propaganda i pożyteczni idioci nazywali jakiekolwiek powątpiewanie w złote, demokratyczne serce Władimira Putina i jego werdykt co stało się w Smoleńsku.

Trwają intensywne zabiegi, by wybory nad Wisłą przebiegły sprawnie, bez niespodzianek. Czy to będą polskie wybory – zależy od siły społecznego zaangażowania. Każdego z nas.