"Gazeta Wyborcza" bardzo wyraźnie zdecydowała zacząć wyciszać ukraińskie emocje.

Nie chodzi tylko o to, że rosyjska agresja zeszła z czołówki tego dziennika. To jeszcze można by uznać za efekt po prostu „zmęczenia materiału” – przecież przedtem Ukraina była czołówką „Gazety” przez kilkanaście dni. I choć kryzys kijowsko-krymski nadal jest bezdyskusyjnie najważniejszą sprawą dotyczącą Polski, to redakcja mogła dojść do wniosku, że popada w monotonię, która może odbić się na sprzedaży.

Ale jednocześnie ze zrzuceniem Ukrainy z czołówki zaczął się też zmieniać ton dotyczącej kryzysu publicystyki „GW”. Zaczęły pojawiać się w niej – na razie jakby półgębkiem – treści i przesłania, których przez ostatnie kilkanaście dni czytelnikom oszczędzano. By nie być gołosłownym: w dzisiejszym (12 marca) numerze, oprócz obiektywnego tekstu Andrzeja Kublika, opisującego opór zachodnioeuropejskiego biznesu przed ewentualnością wprowadzenia sankcji wobec Rosji, znajdziemy m.in.felieton Magdaleny Środy, krytykujący „media i polityków” za to, że „nic nie wydaje się im ważniejsze, niż nakręcanie atmosfery strachu, gotowości do walki, bohaterstwa i przyzwolenia dla potwornych, bezsensownych (podkreślenie moje – PS) wydatków na zbrojenia”.

Środa dotyka sprawy ukraińskiej jedynie nawiasowo, natomiast inna feministka, Kinga Dunin, poświęca jej cały swój artykulik. Zupełnie otwarcie wzywa w nim Polaków, aby w wypadku najazdu Rosjan na nasz kraj nie stawiali oporu (tytuł tekstu brzmi „Umrzeć – ale po co?”; pytanie sondażowe „czy gdyby armia rosyjska wkroczyła do Polski, gotów jesteś walczyć z nią z poświęceniem życia?” jest według Dunin równoważne z pytaniem „napadło cię na ulicy stu zbirów i żądają portfela, czy będziesz się bronił?”. Jako wzór dla Polaków stawia bierny opór, stawiany Rosjanom przez ukraińskich żołnierzy w oblężonych krymskich bazach. I z nieskrywaną satysfakcją stwierdza, że Polska jest za słaba, by być „ważnym aktorem wydarzeń”. A tak w ogóle to nie przesadzajmy ze znaczeniem tej Ukrainy, bo kilkanaście lat temu w dawnej Jugosławii to się gorsze rzeczy działy…

Tuż pod felietonem Dunin redaktor naczelny „Kultury Liberalnej” Jarosław Kuisz rozprawia się z tezą, iż w kwestii polityki wschodniej rację miał Lech Kaczyński, a nie jego oponenci. Opisując porażki śp.prezydenta słowem nie wspomina, jak to całą jego linia wschodnia została manifestacyjnie zmieniona przez rząd Tuska, co miało jednak pewien realny wpływ na gotowość Ukrainy do opierania się naciskom Moskwy. Sporo pisze o sile prorosyjskich uwikłań na Zachodzie i przewiduje, iż w zachodnich społeczeństwach zatryumfuje pragnienie „świętego spokoju” i „zajęcia się „ważniejszymi sprawami””.

Nagromadzenie takich komentarzy w połączeniu ze zdegradowaniem sprawy ukraińskiej do rangi po prostu jednego z tematów działu zagranicznego uzasadnia, jak sądzę, tezę którą postawiłem w pierwszym zdaniu – o świadomym wychładzaniu związanych z rosyjską agresją emocji. Pozostaje pytanie o przyczyny tej decyzji.

Myślę, że jedną z nich jest fakt, że choć jak dotąd kryzys ukraiński Platformie co najmniej nie szkodził, a PiS-owi nie pomagał, to przecież mogłoby to się zmienić. Albo na skutek wygranej Rosji (wojny i sytuacje parawojenne z reguły działają na korzyść rządów, ale wtedy, kiedy są wygrane…).

Albo, mimo wszystko, na skutek społecznej refleksji. Paweł Śpiewak, niegdyś przecież polityk PO, powiedział w wywiadzie prasowym, że Lech Kaczyński był politykiem niedocenianym, właśnie ze względu na jego politykę wschodnią. Ponadto śp.prezydent „inaczej niż pozostali politycy – myślał o sytuacji Polski w kategoriach geopolitycznych, a nie tylko w kategoriach wewnętrznej dynamiki polityki zagranicznej”. To zawikłane zdanie można rozumieć w ten sposób, że prowadząc politykę zagraniczną Kaczyński myślał o Polsce, a liderzy PO – w większym stopniu o wewnątrzkrajowych efektach tej polityki, czyli po prostu politykę zagraniczną podporządkowywali jedynemu swojemu prawdziwemu celowi – wygraniu wojny z PiSem i politycznemu unicestwieniu tej partii. To niebezpieczna z punktu widzenia „GW” refleksja, podtrzymywanie okołoukraińskich emocji mogłoby zagrozić rozpowszechnieniem się takich herezji.

Co więcej, w tymże wywiadzie Śpiewak potrafił powiedzieć coś jeszcze straszniejszego:

Możemy docenić teraz także różne działania Antoniego Macierewicza. W opinii „Gazety Wyborczej” i środowisk liberalnych uchodził on za kompletnego wariata. Może to i prawda, ale jest też w jego działaniach coś bardzo świadomego i pozytywnego.

Kryzys ukraiński owocuje groźnym z punktu widzenia redakcji z Czerskiej rewizjonizmem polityczno-ideowym. Potrzeba wychłodzenia związanych z rosyjską agresją emocji jest więc dla „GW” oczywista. I to jest jedna z przyczyn decyzji o manewrze, o odwrocie, o likwidowaniu „narodowej jedności” wokół pomocy Ukrainie.

Ilustracją drugiej przyczyny tej decyzji może być satyryczny rysunek, ilustrujący strony publicystyczne „Wyborczej”. Para młodych ludzi ogląda telewizję; na ekranie widzimy rosyjski transporter opancerzony. Chłopak mówi: „tęsknię za gender…”.

To może trochę autoironiczne, ale przez to – prawdziwe. Redaktorzy „GW” naprawdę w ostatnich dniach tęsknią za gender. Klimat możliwej wojny, klimat wzrostu patriotyzmu nie jest bowiem klimatem, w którym dobrze czułaby się współczesna kulturowa lewica, do której zalicza się większość gazetowyborczych decydentów. Bo to wszystko takie paskudnie narodowe i męskie, jeśli nie wręcz nacjonalistyczne i męskoszowinistyczne…

Więc z jednej strony niby wspieramy na Ukrainie wolność, ale z drugiej trzeba uważać, żeby przy okazji nie zabić wolności, o którą tak zażarcie walczymy w Polsce…

– myślą sobie rozmaici panowie i panie. Oczywiście, chodzi tu o wolność definiowaną przez współczesny radykalny liberalizm – czyli tak naprawdę o agresywne przekształcanie społeczeństwa na lewicową modłę. „Nie wypuszczajmy polskich demonów z puszki, bo dziś pomaszerują na ambasadę, a jutro zaczną bić gejów…”.

To przykre, ale sądzę, że atmosfera narodowej zgody wokół rosyjskiej agresji dożywa swoich dni.