"Kamienie na szaniec" to ważny, przejmujący film. Brońmy go przed "obrońcami" pokroju Wojewódzkiego, który głupkowato pyta młodych aktorów czy "jarali" na planie

fot. PAP/Radek Pietruszka
fot. PAP/Radek Pietruszka

Ostatnie napisy i cisza. Przejmująca cisza. Ktoś próbuje bić brawo, ale cisza jest wymowniejsza. "Kamienie na szaniec" Roberta Glińskiego to nie jest film, po którym wstaje się z miejsc i klaszcze. To film, który wciska w fotel i uderza tak mocno, że wychodzi się z kina w milczeniu, na miękkich nogach. To film, który nie potrzebuje braw, tak samo jak nie potrzebuje obrońcy w postaci Jakuba Władysława Wojewódzkiego.

Można mieć pretensje, że obraz Glińskiego nie oddaje wiernie literackiego pierwowzoru albo nie odpowiada ściśle historycznej faktografii. Te uwagi zostawiam detalistom. Na mnie film wywarł ogromne wrażenie, większe niż przywoływana przez recenzentów "Akcja pod Arsenałem" - pierwsza ekranizacja powieści Aleksandra Kamińskiego. Co stanowi o sile filmu Glińskiego?

Po pierwsze - posunięty do granic wytrzymałości odbiorców realizm w scenach ukazujących bestialstwo okupantów. Gdy niemieccy oprawcy katują "Rudego" chciałoby się w pierwszym odruchu zamknąć oczy, żeby na to nie patrzeć. Powolne umieranie w męczarniach - gdy człowiek skowyta z bólu, bo wyć już nie może - nie jest fotogeniczne. To nie komiks, to nie piknikowa rekonstrukcja. Gliński mówi widzom brutalnie: zobaczcie, tak wygląda wojna, to nie zabawa w grę komputerową, tyle trzeba w godzinie próby zapłacić, by nie pozwolić się złamać. I pyta: czy ktoś z was potrafiłby być "Rudym"?

Po drugie -  nowoczesne środki wyrazu. Muzyka nie z epoki, lecz taka, której słuchają dzisiejsi dwudziestolatkowie. Dynamiczny montaż, żywy język dialogów.

Po trzecie - świetne kreacje początkujących aktorów, zwłaszcza odtwórców głównych ról.  Marcel Sabat ("Zośka") gra jak natchniony, a Tomasz Ziętek ("Rudy") emanuje charyzmą.

Tych "po...", tkwiących w samym filmie, można wymieniać wiele. Nie bez znaczenia jest również dodatkowy kontekst, jaki "Kamieniom na szaniec", w chwili kinowej premiery, nadają wydarzenia na Ukrainie.

Chciałbym żeby takie słowa jak ojczyzna, honor, patriotyzm, wolność, przyjaźń, bohaterstwo, wypełniły się treścią. Szczególnie dzisiaj, w sytuacji Ukrainy, gdzie również giną młodzi ludzie rzucając butelki z benzyną

- mówił producent filmu, Mariusz Łukomski.

"Kamienie na szaniec" spełniają te oczekiwania. To film ważny i przejmujący. Źle by się stało, gdyby padł ofiarą manipulacji mającej stworzyć wrażenie, że "prawicowy ciemnogród" atakuje film (bo na ekranie widać kawałek nagiej kobiecej piersi, a harcerze chodzą po ulicach z rękami w kieszeniach), natomiast  "postępowy jasnogród" bierze go w obronę.

Brońmy tego filmu przed "obrońcami" pokroju Jakuba Wojewódzkiego, który w swoim TVN-owskim show głupkowato pytał aktorów "Kamieni na szaniec" czy "jarali" na planie i robił im wodę z mózgu twierdząc, że „film podzielił Polskę”.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...