To już kolejna odsłona draństwa MEN. Po tym jak reforma edukacji, polegająca na wysłaniu do szkół sześciolatków spotkała się z kolejnym już wotum nieufności rodziców, MEN wytacza przeciw nim kolejne działa.

Ale po kolei. Od chwili, gdy reforma weszła w życie, a rodzice mogli, choć nie musieli posyłać sześciolatki do szkół, co roku liczba maluchów, które poszły do pierwszej klasy nie przekraczała 15 procent całego rocznika. Znaczyło to tyle, że rok rocznie, rodzice mówili reformie edukacji: "nie". Następnie milion osób podpisało wniosek pod referendum w sprawie reformy. Politycy odrzucili go w Sejmie. Ale rodzice walczą dalej. Dlatego poradnie psychologiczne-pedagogiczne zalała fala wniosków o odroczenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Na podstawie opinii psychologa lub pedagoga dyrektor podstawówki może odroczyć obowiązek szkolny. To szansa, której uczepili się rodzice. Na przykład w samym tylko Szczecinie już ponad 450 rodziców zgłosiło swoje dzieci do publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych. To prawie jedna czwarta wszystkich objętych ustawą nakazującą wcześniejszą edukację szkolną na tym terenie.

I tu znów do akcji wkracza niezawodne MEN, które przerażone kolejnym wotum nieufności wobec reformy wymyśliło kolejny podstęp. Ministerstwo, piórem wiceministra edukacji Tadeusza Sławeckiego, przygotowało okólnik skierowany do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którym zawiera jasne wytyczne dla dyrektorów szkół, co mają robić z tego typu wnioskami.

Diagnoza poradni, z racji dynamiki zmian rozwojowych i ciągłości procesu nabywania wiedzy i umiejętności przez dziecko, nie powinna, ze względów merytorycznych, być dokonywana wcześniej niż w maju w roku, w którym rozpoczyna się rok szkolny (...) Mając na względzie, że do zakończenia zajęć dydaktycznych, podczas których dziecko realizuje podstawę programową wychowania przedszkolnego, zostało jeszcze kilka miesięcy, należy stwierdzić, że w chwili obecnej wskazanie, że dziecko nie osiągnęło gotowości szkolnej jest zdecydowanie niezasadne i krzywdzące dla dziecka. Proces rozwoju każdego dziecka jest bowiem zindywidualizowany i przebiega w różny sposób, stąd diagnoza dziecka pod kątem dojrzałości szkolnej powinna zostać dokonana przez poradnię najwcześniej w maju, a optymalnie w czasie wakacji szkolnych, tak aby badanie dziecka przeprowadzane było jak najbliżej rozpoczęcia roku szkolnego, w którym dziecko rozpoczynałoby realizację obowiązku szkolnego. Wobec powyższego w opinii Ministerstwa Edukacji Narodowej za nieuprawnione i niezasadne należy uznać żądanie od rodziców przekładania informacji dotyczących odroczeń dzieci 6-letnich od obowiązku szkolnego, a tym samym uzależnianie przyjęcia dziecka do przedszkola lub kontynuowania przez niego obowiązku wychowania przedszkolnego od przedłożenia powyższej opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej

 

- czytamy w piśmie podpisanym przez wiceministra Tadeusza Sławeckiego.

W ten sposób MEN próbuje zupełnie związać ręce rodzicom. Przecież rekrutacje do przedszkoli kończą się w marcu i dziecko, które nawet uzyska opinię pozwalającą na odroczenie w obowiązku szkolnego w maju lub w wakacje, nie będzie miało szans na miejsce w przedszkolu.

MEN dało sobie prawo decydowania za poradnie. Rodzice, którzy dostaną odmowę odroczenia obowiązku szkolnego od dyrektora poczują się kompletnie bezradni. Nie będą wiedzieli gdzie jeszcze szukać pomocy. Tymczasem w piśmie MEN nie ma ani słowa o tym, że dyrektor, który nie uzna opinii poradni, musi stworzyć w ramach Karty Indywidualnych Potrzeb Ucznia, Plan Działań Wspierających i powołać szkolny Zespół  na potrzeby zapewnienia dziecku najlepszych warunków do opanowania podstawy programowej. Taką gwarancję daje rodzicom ustawa o oświacie. Gdyby dyrektorzy mieli taką świadomość nie odważyliby się podważać opinii poradni. Tymczasem po wydaniu okólnika MEN takie decyzje już zaczęły zapadać.

Na jakiej podstawie MEN wydaje takie dyrektywy? Dlaczego MEN twierdzi, że opinie wydane przed majem są nieuprawnione? Odpowiedzi na te pytania brak. Jedyną odpowiedzią jest chęć udowodnienia rodzicom, że nic nie mogą i nie mają prawa podejmować decyzji kluczowych dla przyszłości swoich dzieci.

 

Premier obawia się, że rodzice będą odraczali posłanie swoich dzieci do szkoły, dlatego zrobi wszystko, żeby nie było możliwości zbyt dużego manewru, aby były sztywne przepisy, które to uniemożliwią. W praktyce będzie to oznaczało odebranie rodzicom możliwości decydowania o edukacji swoich dzieci -

 

- mówiła Karolina Elbanowska tuż po wyjściu z Kancelarii Premiera po grudniowym spotkaniu z Donaldem Tuskiem.

 

I miała rację. Rząd przyłożył rodzicom pistolet do głowy i każe działać wbrew dobru ich dzieci. Ale jestem pewna, że rodzice przekonani o złym przygotowaniu reformy, nie dadzą się zastraszyć. MEN wytacza przeciw rodzicom kolejne, coraz potężniejsze działa. Tylko czy to jeszcze ma coś wspólnego z demokracją?

 

Polecam także: PORADNIK DLA RODZICÓW 5 i 6-LATKÓW