Wiele jest książek obrazujących „czasy pogardy” w jej różnych wymiarach i wariantach. Wiele z nich, pod względem estetycznej wartości przewyższa pisarstwo Aleksandra Kaminskiego, który zresztą nie czuł się nigdy artystą. W 1957 roku, gdy był już autorem bardzo poczytnym, pisał: "Nie jestem człowiekiem sztuki, literatem pióro to narzędzie w służbie pewnych celów”, z których prymarnym było dla niego „wciąż poszukiwanie wartości, na których można się oprzeć i budować własną postawę, własny styl życia i współżycie społeczne”.

Popularność i nieprzebrzmiała wartość pisarstwa Kamyka wypływa więc z innych nie tylko artystycznych źródeł. Co więcej, zgodnie z komentarzem autorskim Kamienie na szaniec nie miały się stać jedynie apologią wojennego bohaterstwa, o czym dowodnie świadczą sporządzone przed spotkaniem z czytelnikami w połowie lat pięćdziesiątych przez autora notatki. Kamiński bał się, by Kamienie… nie stały się kolejną „książką zbójecką” w polskiej kulturze, nie zwichnęły czytelnikom „osady skrzydeł”, nie „wyłamały do góry” odrywając od rzeczy ziemskich, od problemów i zadań współczesnych. I wielkością Kamyka, który czuł się nade wszystko wychowawcą, człowiekiem w dodatku odpowiedzialnym za to, by przeprowadzić szaroszeregową młodzież przez niszczące i demoralizujące piekło wojennej rzeczywistości było to, że z historii o dwudziestokilkuletnich chłopcach, którzy zginęli bohatersko, wysnuł opowieść przede wszystkim o wcielaniu w życie „dwóch wspaniałych ideałów: „BRATERSTWA I SŁUŻBY”.

Warto zwrócić uwagę, że nie opisy militarnych akcji są w zawiązku z tym w powieści najważniejsze, choć Kamiński odnotowuje ich przebieg z dokładnością. Ale przecież każda z nich ma swoją historyczną, odrębną dokumentację. Odautorski narrator opowieści mówi przecież, że „ na Małym Sabotażu nie kończy się świat i nie kończy się walka”. Powtarza swoim bohaterom:

Nie wolno wam zaprzepaścić się w tej robocie - bo kiedyś każdy z was będzie potrzebny do rzeczy większych i znacznie donioślejszych w skutkach.

Siła Kamieni, jak można więc sądzić, zasadza się na ich etosowym charakterze. To opowieść z kluczem, wyrazistym przesłaniem ideowym. Pisał ją przecież szef Biura Informacji i Propagandy AK, redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego”, a nade wszystko genialny wychowawca.

„Istotą modelu życia proponowanego w Kamieniach na szaniec było wypełnianie zadań społecznie i narodowo ważnych” (A. Janowski), a walka w czasie okupacji był podyktowanym przez chwilę dziejową jednym ze sposobów realizacji owego etosu. Jednym, ale nie jedynym.

Kamiński pokazał w swojej opowieści bohaterów szczególnych: wychowanych w doskonałych, inteligenckich rodzinach. Bohaterowie Kamieni…czytają Ossowskich, Strzeleckiego, Pigonia, Mauriaca, publicystykę Mickiewicza, poezję Słowackiego… Dojrzewają w komfortowych warunkach, w spójnej narracji ideowej (dom, harcerstwo, szkoła, kościół). Biografie ich rodziców znaczą doświadczenie legionów i organicznej pracy dla II Rzeczypospolitej. Dlatego też jeden z bohaterów powieści może powiedzieć już w czasie okupacji „życie jest tylko wtedy coś warte, tylko wtedy daje radość, jeśli jest służbą.(…). Formy służby muszą być zmienne, jej istota pozostanie zawsze nienaruszona. Istota ta- to odsunięcie siebie i swojej osoby na dalszy plan, wysunięcie na pierwszy plan idei i gromady”. Dojrzały personalizm, etos żeromszczyzny, zwarta myśl o własnym powołaniu. Nie wyobrażam sobie, bym mógł żyć w przyszłości jako istota wegetująca, bierna mówi spokojny, nieco introwertyczny Rudy podczas rozmowy z Zośką. W historię Alka wpisane zostało też doświadczenie młodzieńczej acz szczególnie dojrzałej miłości. Jej wartość i styl ocenić można studiując ocalałą korespondencję Dawidowskiego z Basią Sapińską – bogatą w intelektualne przemyślenia, rozważania o sprawach wiary, o samokształceniu wpisane obok czułego przekomarzania się i miłosnych deklaracji.

Są więc Kamienie książką ukazująca nade wszystko etos polskiej inteligencji. Ich autor przemyca, czasem aż w sposób natrętny zasady owego etosu, z bohaterów czyniąc wyraziste wzory postaw, parenezę polskiej inteligencji.

Opowieść - mit o tak wyrazistym przesłaniu postanowił przełożyć na język filmu Robert Gliński. W marcu wszedł na ekrany film Kamienie na szaniec – oczekiwany także jako ekranizacja popularnej i chętnie (!) czytanej gimnazjalnej lektury. Młodzież wiec będzie głównym odbiorcą obrazu, który utrwali w niej obraz Szarych Szeregów, Armii Krajowej, bohaterów słynnej 23 Warszawskiej Drużyny Harcerzy „Pomarańczarnia”. Jaki?

Film opowiada historie Rudego i Zośki - trzeci z Kamykowych bohaterów Alek Dawidowski występuje epizodycznie, co oczywiście wytłumaczyć można koniecznością dokonywania skrótów z obfitej fabuły książki. W skondensowanej formie ukazane zostały więc sceny Małego Sabotażu poprzedzone wprowadzeniem z kronik niemieckich zaznaczających, że Polska we wrześniu 1939 r. wprowadzona została w stan wojny totalnej z wyjątkowo brutalnym najeźdźcą. Rudy i Zośka od początku pokazani zostają w trudnych, „nastroszonych”, konfrontacyjnych młodzieńczych relacjach przyjacielskich i w bliskich, intymnych związkach ze swoimi dziewczynami Monia i Halą. Fabuła przeprowadza nas przez okupacyjne epizody, w których uczestniczą główni bohaterowie i ich szaroszeregowi koledzy. I tu choć trochę obeznany z realiami okupacyjnymi widz zaczyna mieć kłopotu. Przysięga AK-owska harcerzy w pełnym (choć wyjątkowo niedbałym) umundurowaniu w realiach okupacyjnych budzi zdumienie, podobnie jak niejasna dla widza chaotyczna akcja wynoszenia z bogatego mieszkania różnych cennych przedmiotów (szaber w pożydowskim mieszkaniu?) – w rzeczywistości akcja mająca na celu oczyszczenie domu jednego z aresztowanych harcerzy Jana Błońskiego.

Powątpiewamy w przekaz innych scen: jak choćby westernową w stylu pogoń samochodem Zośki z rozhisteryzowaną Helą u boku za niemiecką więźniarką. Auto z łatwością przekracza granice Alei Szucha (!) i Zośka przed gmachem Gestapo wygraża w bezsilnej wściekłości strażnikowi. Scena może i broni się estetycznymi walorami. Ośmiesza jednak jej bohatera i natychmiast każe rewidować historyczną wartość filmu.

Nie chodzi zresztą oto, by pastwić się nad sposobem wykorzystania w filmie autentycznych wydarzeń, nad drobiazgowym ustalaniem, na ile określone sceny pokrywają się z faktami. Są bowiem filmy (osławiony Czas honoru), które wydarzenia historyczne traktują jak materię czasem aż nadto plastyczną, ale ukazują sens wyższego rzędu.

Tymczasem film Kamienie na szaniec, choć wbija w fotel i nie brak mu artystycznej wartości, nie jest opowieścią o bohaterach, których znamy z tekstu Kamińskiego i z przekazów historycznych. Jest obrazem o jakiejś grupie nieco nieodpowiedzialnych, szczeniackich młodych ludzi, wbrew faktom skonfliktowanych (jak w przypadku filmowego Zośki) ze swoimi rodzicami, którzy wrzuceni przez historię w otchłań okupacji, próbują się w niej odnaleźć - walczyć. Akcje Małego Sabotażu ukazane są wszak jak rodzaj spontanicznej, nieodpowiedzialnej przygody (Kamiński tymczasem podkreśla, ze wawerska robota wolna była od skazy chaotyczności czy przypadkowości, a samowola i niesubordynacje były ostro piętnowane). Bohaterom towarzyszą nieszczególnych lotów dziewczęta - kokietującą, wiecznie rozhisteryzowana, teatralna w pozach i gestach Moni i nieco tylko bardziej dojrzała Hela. Prezentują inny świat, inne wartości- co udowadnia wyrazista scena łóżkowa scena Heli z Zośką zestawiona, co szczególnie bulwersuje i rodzi pytania o podtekst takiego przekazu, ze sceną rozstrzelania Polaków w odwecie za Arsenał. Rzecz jednak nie do pomyślenia w tamtym środowisku, tamtych czasach, jakkolwiek wydaje się nam dziś to nieprawdopodobne.

Trudny do akceptacji jest inny obraz już po śmierci Rudego, gdy w łazience Zośka igra z pistoletem, rozważając samobójstwo (jak rozumiem w taki sposób odmalowano stan psychiczny bohatera). Tadeusz Zawadzki po śmierci najbliższych przyjaciół wpadł w depresję, to prawda. Uporał się z nią natomiast w zupełnie inny sposób, choć może rzeczywiście mniej filmowy. Z inspiracji własnego ojca prof. Józefa Zawadzkiego (z którym był zaprzyjaźniony, a nie skonfliktowany, co może rzeczywiście słabo wpisywałoby się w przekaz o dzisiejszych relacjach rodzinnych) wyjechał pod Grodzisk Mazowiecki, aby spisać wspomnienia o Janku Bytnarze. One stały się zresztą kanwą powieści Kamińskiego. Jak zawsze w takich wypadkach rodzi się pytanie o to, na ile można prawdę historyczną podporządkowywać założeniom estetycznej, na ile „używać” autentycznych postaci (niektóre z nich jak Hala Glińska - dziewczyna Zośki jeszcze żyją) do wypełniania artystycznych koncepcji. Film, co oczywiste, podporządkowuje losy bohaterów Kamińskiego artystycznemu przesłaniu. Wedle deklaracji reżysera to film o miłości i śmierci, o nieustająco uobecniającym się w kulturze archetypie Erosa i Thanatosa, o żywiołowej potrzebie przełamywania miłością śmierci (chwyt znany z wielu filmowych obrazów). A więc Kamienie na szaniec jako film o umieraniu? O śmierci? Raz patetycznej, jak w przypadku konającego pod brzozą Zośki od kuli młodego Niemca, którego Tadeusz Zawadzki wytrawny żołnierz zawahał się zastrzelić (absurd, jakże niezgodny z historią). Innym razem w sposób powolny, w okrutnych, drastycznych i detalistycznych przypominających gibbsonowską Pasję scenach katowania Rudego. Jeszcze innym razem w obrazach zbiorowych egzekucji, w obrazie śmierci Polaka, wyśpiewującego rozpaczliwie okupacyjny szlagier „Siekiera, motyka, bimber szklanka”, w czym zresztą także można doszukiwać się podtekstu, deheroizowania mitu umierania z hymnem na ustach. Nie jest to w każdym razie film o śmierci sensownej. Można go odebrać całkiem trywialnie, dopasowując interpretację do współczesnej mentalności: bohaterstwo, wychylanie się nie za bardzo popłaca (choć w filmie giną także ci, co obrali drogę bierną). Virtuti Militarii to słaba rekompensata za męstwo (co zresztą potwierdza w pewnym momencie swoim zachowaniem filmowy Zośka). Wariackie odbicie Rudego nie za bardzo przedłużyło mu życie, pociągnęło natomiast inne ofiary (rozbudowana w filmie scena pozostawionego pod Arsenałem Huberta, którego w pośpiechu nie doliczono się w odwrocie, i który wpadł w ręce Niemców). Obłęd 1943?

Z filmu wyłania się zresztą nie za ciekawy obraz szaroszeregowej, akowskiej konspiracji: niesubordynacji, szczenięcych wybryków, wiecznych konfliktów, tarć personalnych. Takowe były, to prawda, jak choćby znany historykom spór Zośki z Naczelnikiem Szarych Szeregów Orszą Broniewskim. Rozgrywał się jednak w innych słowach, na innej płaszczyźnie, i w sferze konkretnych racji. Po akcji pod Arsenałem filmowy mjr Jan Kiwerski, rozliczając Zośkę z jej przebiegu, sugeruje, że jej uczestnicy byli słabymi, źle wyszkolonymi żołnierzami, którym brakło na koniec odwagi i woli decyzji. Spiętrza konflikty wbrew historycznym faktom. Po co? Wiadomo, jaka rangę mieli żołnierze Szarych Szeregów w Armii Krajowej. Mimo że nie wszystkie ich działania kończyły się powodzeniem, że popełniali błędy tragiczne często w skutkach, mjr Kiwerski takich słów nie wypowiedziałby po prostu. Bo musiałby skłamać.

Obraz Roberta Glińskiego to rzeczywiście film o śmierci – być może zapowiadający także śmierć mitu Kamykowych bohaterów, narzucając im inną osobowość, inny sposób działania i reagowania na życie, inne wartości, inne konwenanse zachowań. To film także o braku sensu i kontynuacji działań bohaterów. Film martyrologiczny czyli bardzo odległy w swojej wymowie od literackiego pierwowzoru. Zostały kamienie, a gdzie jest szaniec?

I na koniec dla porządku trzeba dodać rzecz oczywistą, Że transpozycja wytworu literackiej wyobraźni na dzieło filmowe jest zawsze daleko idącą interpretacją. I że do takiej swobodnej interpretacji reżyser ma prawo. Że dzieło sztuki filmowej, nawet jeśli inspirowane jest konkretnym tekstem i tytuł od tego dzieła pożycza, jest zawsze inne, uboższe niż literacki pierwowzór. Każda próba ekranizacji jest więc obciążona ryzykiem swobodnej- czasem zbyt swobodnej, przekornej nadinterpretacji. W przypadku adaptacji na język filmu takiej powieści jak Kamienie na szaniec ryzykiem szczególnym. Gdyby reżyser zrezygnował z nośnego, acz zobowiązującego tytułu, gdyby jego bohaterowie nie nosili imion Zośki, Rudego, Alka, gdyby dotyczył innej niż Szare Szeregi grupy konspiracyjnej młodzieży – obraz dałoby się obronić.

Film Glińskiego można obejrzeć, wiedząc jednak, że podobieństwo filmowych bohaterów i przedstawionych w filmie sytuacji, choć w wielu przypadkach zbieżne z wydarzeniami autentycznymi i znanymi z lektury bohaterami, jest jednak nikłe i często aż nadto przypadkowe.


Ewa Hoffmann-Piotrowska