Prawda to nie Janukowycz, nie trzeba z nią chadzać na kompromisy. Zarzucać ludziom z Majdanu, że po podpisaniu porozumienia zaostrzają swoje żądania?

fot. PAP / EPA
fot. PAP / EPA

Nie da się ukryć – minister Radosław Sikorski oderwał się na chwilę od wszelkich urządzeń twittujących, co zaowocowało wyczekiwanym przez Europę kompromisem przedstawicieli ukraińskiej opozycji z jej katem Janukowyczem. Czy kompromis ten zaakceptują sami Ukraińcy, o tym, jak widać od wielu godzin, nie decyduje już ani Kliczko, ani Sikorski, ani nawet Władimir Putin, ale sami Ukraińcy. Podburzani we wszystkie strony, ale i żądni dokładnie tego samego, czego wszystkie narody świata – sprawiedliwości.

Ukraina nie jest ani pierwszym, ani ostatnim krajem, w którym o sprawiedliwość, otwierającą także drogę do wolności, walczy się na ulicach i na ulicach ginie. Ponad setka ukraińskich ofiar wymaga dziś na pewno jeśli nie natychmiastowego rozliczenia morderców, to przynajmniej natychmiastowej prawdy. Wyprawę Sikorskiego i pozostałych można uznać za pewną namiastkę sukcesu, krok w dobra stronę. Ale wiemy dobrze, że na razie to raczej zawrócenie Ukrainy z drogi w przepaść niż początek marszu ku wolności. Czy zawrócenie skuteczne, pokażą najbliższe dni i tygodnie.

Po pierwszych wieściach o kompromisie liczni fani pani ministra zawyli z rozkoszy, co już samo w sobie wyglądało dość dziwacznie w kilkadziesiąt godzin po najkrwawszych kadrach w polskiej telewizji i rzezi na Majdanie dokonanej przez bandytę, z którym trzeba się dziś układać. Sam minister Sikorski, ku mojemu najwyższemu zdumieniu, potrafił sensownie i z klasą powiedzieć, że to „żaden sukces”, gdyż „najważniejsze, że udało się uniknąć rozlewu krwi”. Tyle że wtedy czuł się chyba kimś na kształt męża stanu, czego nie popsuł mu nawet wyciek nagrania, na którym zdradza adyplomatyczną zupełnie irytację i rzuca opozycjonistom, że „jeśli nie podpiszą, to będą mieć stan wojenny i wszyscy zginą”. Warto przypomnieć, że polski stan wojenny nie oznaczał jednak rzezi opozycji, przed jaką Sikorski przestrzegał Kliczkę i pozostałych.

Cóż, dyplomacji podobno wąchać nie należy, gorzej, że niesiony falą tysiąca i jednej laurki, jakie zaczęły spływać mu na biurko, także szef polskiej dyplomacji odpłynął za daleko. Bo jak inaczej nazwać fakt, że już na samym początku wczorajszego wywiadu Kolendy-Zaleskiej w TVN24 (pobiła w nim chyba rekord podpowiadania słów ministrowi), stwierdził, że Majdan „wcześniej nie domagał się natychmiastowej dymisji prezydenta Janukowycza, a teraz jest porozumienie i się domaga…”. Kolenda-Zaleska - czy ktoś jest zdziwiony? - to nie Olejnik, więc potakując bez przerwy, nawet nie próbowała zapytać, jakim cudem szef polskiej dyplomacji ma dane zupełnie inne niż reszta świata. Bo przecież kijowski Majdan właśnie TEGO domagał się przez te wszystkie dni najmocniej. Być może jest tak, że ze swego najważniejszego żądania musi teraz ustąpić, by doprowadzić do trwalszych zmian, ale zarzucanie ludziom z Majdanu, że nagle, po podpisaniu porozumienia zaostrzają swoje żądania? Tego nie powinien czynić nawet kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla. Zwłaszcza on, panie ministrze. Prawda to nie Janukowycz, nie trzeba z nią chadzać na kompromisy.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych