Laboratorium widmo. "Czy zostało narażone życie i zdrowie pacjentów?"

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

Prokuratura sprawdzi, czy jeden ze zwycięzców konkursu organizowanego przez Poltransplant skłamał o tym, że ma laboratorium niezbędne do przeprowadzania badań dawców szpiku dla chorych na białaczkę. Czy zostało narażone życie i zdrowie pacjentów?

Na początku stycznia Poltransplant, agenda Ministerstwa Zdrowia, rozstrzygnął konkurs na Dobór Niespokrewnionych Dawców Szpiku na rok 2014. Stawką konkursu jest przyznanie pieniędzy na znalezienie dawcy szpiku, który mógłby uratować życie chorego na białaczkę.

Członkowie komisji konkursowej rekomendowali Dyrektorowi Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do Spraw Transplantacji Poltransplant zawarcie umów z pięcioma podmiotami -  w tym również z wspomnianą Fundacją na realizację świadczeń zdrowotnych w 2014 r. Owe podmioty miały poszukiwać dawcy szpiku dla chorego na białaczkę. Wśród nich znalazła się Fundacja na Rzecz Chorych z Chorobami Krwi (którą dalej będę nazywał po prostu Fundacją). Fundacja dostała zgodę (i zapewnione 400 tys. złotych) na wykonanie 20 procedur znalezienia niespokrewnionych dawców szpiku dla chorych na nowotwory krwi.

Niby wszystko przebiegało zgodnie z przepisami, gdyby nie kilka nieścisłości w dokumentach złożonych przez Fundację w czasie przystępowania do konkursu.

Zgodnie z kryteriami zawartymi w „Wymaganiach dotyczących ofert i szczegółowymi warunkami konkursu” komisja zdecydowała o przydzieleniu procedur. Jeden z uczestników konkursu poinformował Poltransplant o nadużyciu - Fundacja nie miała laboratorium w miejscu, które deklarowała - czyli przy ul. Marszałkowskiej 3/5 w Warszawie. Jednak nie zrobiło to wrażenia na urzędnikach i nikt z tej instytucji prawdopodobnie nie pofatygował się pod ten adres, aby to sprawdzić.

Szkoda, bo taka inspekcja wykazałaby, że laboratorium w tym miejscu nie istnieje, bo wszyscy najemcy zobowiązani zostali przez administrację do opuszczenia budynku. Potwierdzili to pracownicy ochrony oraz zdjęcia. 3 lutego pomieszczenia, gdzie miało być laboratorium przy ul. Marszałkowskiej 3/5 - to były puste pomieszczenia. Na zewnątrz nie było żadnych tablic informacyjnych. Wewnątrz – ruina: brak futryn, wystające przewody elektryczne gniazdek.

Poczta zwracała wysyłane na adres laboratorium Fundacji przesyłki. Na  tej z 9 stycznia jest adnotacja „pod podanym adresem nie ma takiej firmy wyprowadziła się brak informacji o nowym adresie zwrot”. Poprzednie wysłane 18 i 22 października ub. roku wróciły do nadawcy z adnotacją „lokal zamknięty brak odbiorcy”.

Rozmawiałem z urzędniczką Wydziału Kontroli Urzędu Wojewódzkiego, który ma siedzibę na 1 piętrze budynku. Kobieta powiedziała, że prawdopodobnie Fundacja i inne firmy opuściły pomieszczenia budynku pod koniec listopada ubiegłego roku.

Publiczne, czyli niczyje

Co to oznacza? Ano to, że kierownictwo Poltransplantu, udzielając zlecenia na kwotę 400 000 zł z publicznych pieniędzy podmiotowi nie spełniającemu warunków konkursowych i posługującemu się fałszywymi oświadczeniami, wydało błędną decyzję. Pytanie tylko, czy przez niedopatrzenie, czy z premedytacją?

Profesor Roman Danielewicz, szef Poltransplantu przyznając Fundacji procedury w ostatnim dniu stycznia stwierdził, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Stanowisko w tej sprawie podparł protokołem kontroli w tym laboratorium, która przeprowadziło dwa tygodnie przed ogłoszeniem konkursu Krajowe Centrum Bankowania Tkanek i Komórek.

Krajowe Centrum Bankowania Tkanek i Komórek oświadczyło, że uzyskało od Fundacji informację, iż „na dzień 29 stycznia 2014 roku laboratorium znajduje się i działa w siedzibie przy ul. Marszałkowskiej 3/5 w Warszawie”. To, jak wiemy, jest kłamstwem. Kto zatem poświadczył nieprawdę? Dlaczego przyznano 400 tysięcy złotych Fundacji, która nie ma laboratorium w deklarowanym miejscu?

Umowa między Poltransplantem a ośrodkami dobierającymi dawców została zawarta natychmiast po opublikowaniu decyzji dyrektora Romana Danielewicza. Ale umowa wyklucza wykonywanie badań w innym miejscu i przez kogoś innego! Ze względu na złamanie warunków umowy dyrekcja Poltransplantu powinna natychmiast rozwiązać umowę z Fundacją, i zażądać zwrotu pieniędzy.

To nie wszystko. Nasuwają się pytania: Gdzie są teraz próbki krwi czy DNA pobrane od chorych? Gdzie jest dokumentacja medyczna? Czy dane chorych i próbki są odpowiednio zabezpieczone przed zniszczeniem i dostępem osób nieuprawnionych? Gdzie jest kierowana korespondencja, która zawiera dane osobowe i dane medyczne?

Powtórka z konkursu

Rok temu na tym portalu pisałem o skandalu związanym z konkursem na „udzielenie zamówienia na realizację świadczeń zdrowotnych w 2013 roku w zakresie Doboru Niespokrewnionych Dawców Szpiku”. Czyli o podobnym konkursie.

Także w ubiegłym roku ten sam konkurs wywołał sporo kontrowersji. Też były protesty. Okazało się bowiem, że komisja konkursowa dopuściła do udziału w konkursie… Fundację na Rzecz Chorych z Chorobami Krwi (www.chorobykrwi.eu), która nie miała możliwości przeprowadzania badań laboratoryjnych! Nie posiadała bowiem w momencie składania oferty wymaganego ustawą pozwolenia Ministra Zdrowia na testowanie komórek, tkanek i narządów. Jak widać historia się powtarza – rok temu nie było pozwolenia, teraz – laboratorium. W trakcie trwania konkursu jego warunki były tak zmieniane, żeby Fundacja mogła otrzymać procedury.

Jak ustaliłem, do końca czerwca 2013 r., w pomieszczeniach laboratorium Fundacji, działała firma kosmetyczna oferująca zabiegi od rana do wieczora wymagające odpowiedniego sprzętu. Jak w lokalu powierzchni ok. 70 kw. pomieścić gabinet masażu, laboratorium, pacjentów, klientów, próbki krwi, dokumentację medyczną i sprzęt do diagnostyki molekularnej? Czyli zeszłoroczny konkurs był prawdopodobnie również mistyfikacją – tam nie było żadnego laboratorium! Gdzie zatem Fundacja wykonywała badania, na które dostała przyznane publiczne pieniądze?

Zwracałem wówczas uwagę na to, że prezesem w tejże Fundacji była wówczas Anna Gronkowska (teraz jest wiceprezesem fundacji), która równolegle pracowała w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym na ulicy Banacha 1a w Warszawie (SPCSK). Ten szpital – instytucja publiczna - był równocześnie jednym z podmiotów, które złożyły ofertę w konkursie. Postawiłem wówczas tezę, że mogło w tym przypadku dojść do działania na szkodę szpitala. Fundacja była bowiem konkurentem SPCSK, przynajmniej oficjalnie, w tym konkursie. Co więcej fundacja wystawiła o wiele niższą cenę niż szpital na Banacha na ten sam zakres badań.

Ministerstwo Zdrowia wydało pozwolenie na prowadzenie działalności przez laboratorium tejże fundacji w grudniu 2012 r., podczas kiedy laboratorium rozpoczęło swoją działalność formalnie znacznie później. W momencie rozstrzygania konkursu nie spełniał wymogów przewidzianych w polskim prawie. Pozwolenie Ministerstwa Zdrowia musiało być opiniowane przez członka Krajowej Rady Transplantacyjnej Profesora Wiesława W. Jędrzejczaka, a jednocześnie konsultanta krajowego ds. hematologii i bezpośredniego przełożonego dr Anny Gronkowskiej!

Minister woli nie wiedzieć

Nie dostałem odpowiedzi na pytania, zadane rok temu:

„Dlaczego nie wykluczono z poprzedniego konkursu podmiotu, który nie istniał formalnie nie miał zarejestrowanej działalności wymaganej do prowadzenia laboratorium zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem? Drugi konkurs nie był konieczny, należało wykluczyć Fundację, skorygować liczby procedur i rozpocząć dobory bez żadnej zwłoki. Dla dobra chorych na raka! Dlaczego zdecydowano w warunkach konkursu na przyznanie nowym oferentom (nie działającym w 2012 r.) wyjściowo nie więcej niż 10 procedur?”

Arogancja szefa resortu zdrowia jest znana. Unikanie odpowiedzi na pytania nie oznacza jednakże, iż „nie ma tematu”. Chyba, że chodzi o poprawę nastroju kosztem zdrowia pacjentów.

 

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...