Wart Pac pałaca, a pałac Paca – dlaczego tak onegdaj rzeknięto na Litwie trzeba pojechać tam żeby zrozumieć.

Trudno natomiast zrozumieć dlaczego stoi pośrodku naszej stolicy „wedding cake” – jak usłyszałem kiedyś od wizytującego Warszawę gościa z Anglii. Ze ślubem ma on niewiele wspólnego, bo było to małżeństwo na kocią łapę. Darczyńcę dawno już wyrzucono z mauzoleum, ale dar zajmuje najcenniejsze hektary miasta. Prześmierdł do imentu papierosowym dymem wessanym we framugi okiem i drzwi, ma niewielkie powierzchnie użytkowe, bo pokoje są malutkie – za to hole i klatki schodowe dominują.

Chora idea, by zrobić tam muzeum komunizmu umarła śmiercią naturalną. Teraz w umysłach ludzi z Ratusza powstał zamysł remontu Sali Kongresowej za 50 milionów złotych. Miejmy jednak nadzieję, że na ten cel pieniędzy zabraknie, bo trzeba przecież będzie łożyć na odbudowanie tęczy genderowej na placu imienia, którego w tym kontekście wymieniać się nie godzi.

Pośrodku bohaterskiego miasta stoi sobie obce ciało darowane przez tego, który kazał czekać za Wisłą na agonię Warszawy w 1944 roku. Nie pozwolił lądować za rzeką samolotom alianckim śpieszącym z pomocą. Lotnicy przylatywali z daleka i ginęli po drodze. Ginęli też mieszkańcy w piwnicach miasta. „Czerwona zaraza” tak pisał poeta. Bano się jej, ale i oczekiwano. Przyszło to w końcu ze wschodu i dokończyło dzieła. Potem zbudowano Pałac. Tak było.

Batiuszka zemścił się na Warszawie za rok 1920. Chyba w duchu śmiał się jeszcze, leżąc na podłodze porażony udarem w swojej podmoskiewskiej daczy, gdy towarzysze z Chruszczowem i Berją na czele przyglądali się bezczynnie agonii słoneczka narodów. Tak było.

„Śpiących” z Pragi odnowiono. Teraz warszawskie władze chcą nam odnawiać obcy zabytek za ciężkie pieniądze, gdy brak ich na ratowanie życia i zdrowia mieszkańców w „prywiślańskim kraju” - jak nas nazywają przyjaciele ze wschodu.

A ileżby to można pożytecznych budowli wznieść w miejscu zastygłego monstrum między Świętokrzyską i Alejami Ujazdowskimi. Toż ta architektura pasuje w Warszawie jak pięść do nosa, albo i gorzej.

Stała tu prawdziwa Warszawa. Były ulice i domy. Można je odbudować na nowo. Właśnie takie jak były – historycznie. Bynajmniej nie chodzi o wymyślanie jakiegoś pokractwa, powywracanych brył itp. Niech Warszawa będzie Warszawą. Nie kombinujmy. Podziwiamy Paryż, Wiedeń, Pragę – przypomnijmy i u nas przedwojenną Warszawę.

Niech między secesyjnymi budynkami skryją się teatry i kina (właśnie takie tradycyjne) a także sale spotkań, sale wykładowe i studyjne.

Jest jeszcze jedna bardzo korzystna sprawa. Chodzi o budulec z rozbieranego Pałacu. Można by pozwolić chętnym do rozbierania gmachu na zabieranie urobku. Pan Paweł Piskorski mógłby otrzymać zegar z wieży. Jacek Żakowski katedrę, z której uczy łańcuchowego dziennikarstwa. A pani Hanna G-W iglicę zdjętą ze szczytu. Mogłaby ją potem ustawić w miejscu dawnego rzemieślniczego domu handlowego, który brutalnie zburzyła, by umieścić tam na kilka lat barak budowniczych metra.

Jednego tylko szkoda. Otóż – PKIN to idealne zaplecze dla przyszłego Warszawskiego Majdanu, który ani chybi niedługo wyrośnie na Placu Defilad. Jest tam jeszcze zabytkowa trybuna do przemówień, bardzo dużo wolnego miejsca i świetny dojazd. Chodzi o to, że Pałac mógłby stanowić znakomite zaplecze sanitarno noclegowe. Są przecież wielkie korytarze, małe pokoiki i toalety. Świetnie by się to nadawało na potrzeby protestującym.

A Kongresowa?

Sala Kongresowa nie wymagałaby utopienia 50 milionów złotych, gdyby umieścić tam - na wszelki wypadek NEO-ZOMO, albo raczej NEO-ZOPO. Nawet przykurzona – kwalifikuje się. Niech sobie tam oddziały ochronne spokojnie drzemią jak kiedyś drzemali w fotelach zjazdowi goście.

Podobno rewitalizację Sali Kongresowej przygotował specjalny pełnomocnik Ratusza. Robił to przez pięć lat. Napracował się. Niech się teraz zajmie zabytkowymi domami na ul. Foksal (naprzeciwko rewii Małgorzaty Potockiej). Te piękne niegdyś domy gniją od lat. Gdy wiatr powieje w stronę Bankowego Placu, może smród wydobywający się z tych domów obudzi kogo trzeba.