Podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański, Ojciec Święty Franciszek wraz z dwojgiem dzieci, wypuścili z okna na Placu Świętego Piotra dwa białe gołębie. Miły zwyczaj, piękny symbol. Tym razem było jednak inaczej niż zwykle: natychmiast pojawiły się dwa większe ptaki - wrona i mewa. I zaatakowały gołębie.

Choć w transmisji nie było tego widać, tysiące wiernych były świadkami gwałtownej walki, w której czarna wrona i potężna mewa chciały rozszarpać „papieskie” gołąbki pokoju. Mewa wbiła potężny dziób w jednego z gołębi, drugiego wrona zapędziła w załom muru papieskiego pałacu. Telewizja tego nie pokazała, ale na placu widzowie patrzyli, jak obaj posłańcy pokoju marnie kończą.

Zwykła przyrodnicza scenka, po co o w ogóle tym piszę? To samo słyszałem osiem lat temu, gdy – na tym samym placu - leżącą na trumnie Jana Pawła II księgę zamknął podmuch wiatru. Albo gdy kilka chwil później, jeszcze większy wiatr, zrywał piuski z głów zgromadzonym na uroczystości kardynałom, rozwiewał ich szaty. Po prostu taki był wiatr.

Nie jestem szczególnie wrażliwy na symbole i znaki, ale jakoś nie mogę się oprzeć trochę przerażającej urodzie tego obrazu. Smoliście czarna wrona była agresywna, ale – co ciekawe - znacznie groźniejsza okazała się mewa. Prawie biała, trochę tylko szara. Mogłaby uchodzić za symbol pokoju.

Jednak agresorzy nie zwyciężyli. Ku westchnieniu ulgi tysięcy widzów, oba „papieskie” gołąbki zdołały wyrwać się z matni i ujść prześladowcom. Wściekła mewa pozostała z pękiem wyszarpanych gołębiowi piór w dziobie. Pewnie wróci, wrócą obie.