My ciężko pracujemy i mamy efekty, a wy tylko przeszkadzacie. A w dodatku nic nie robicie, nic nie wiecie i nic nie rozumiecie. Natomiast my robimy, wiemy i rozumiemy. Tak można streścić przesłanie premiera Donalda Tuska skierowane do opozycji, a wygłoszone w związku z głosowaniem wniosku PiS o odwołanie ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza.

Słuchając wystąpienia Donalda Tuska, przeciętny Polak musiał mieć wrażenie, że albo sam sfiksował, albo premier mówi rzeczy co najmniej dziwaczne. No bo wszystkie wspaniałości i osiągnięcia rządu premier i jego minister zdrowia jak zwykle przedstawili w trybie niedokonanym. To znaczy robią i robią, a wciąż wszystko jest do zrobienia. Dlatego po raz siedemset trzydziesty piąty mówili, że zrobią.

Wrażenie rozdwojenia jaźni i utraty kontroli nad własnymi władzami umysłowymi musiało się u słuchaczy premiera Tuska pogłębiać, gdy zaczął on apelować do opozycji, a szczególnie do Jarosława Kaczyńskiego. Bo premier Tusk wezwał opozycję, żeby mu powiedziała, co on, rządzący od ponad sześciu lat, ma robić.

Jeżeli prezes Kaczyński chociaż przez chwilę myślał o pacjentach, jeżeli ma honor w tej sprawie, to przedstawi z tej mównicy propozycje dotyczące służby zdrowia, a ja usiądę do stołu. Niech pan przyjdzie tu i pokaże, co trzeba zrobić! Niech pan przyjdzie tu i teraz!

– apelował Donald Tusk.

To jak to jest? - zapytał zapewne przeciętny Polak. Premier Tusk i jego rząd mówią, że tyle zrobili, a po ponad sześciu latach sprawowania władzy wzywają lidera opozycji, żeby im powiedział, co trzeba robić? Skoro mają świetny plan, to dlaczego opozycja ma im w ogóle podpowiadać, a wręcz podsuwać konkretne posunięcia. A jeśli apelują do opozycji i jej lidera o wykonanie pracy programowej za nich, to za co premier, minister zdrowia i tabuny urzędników brali pieniądze przez te wszystkie lata? A co najważniejsze: co oni właściwie robili od listopada 2007 r., jeśli w styczniu 2014 r. wzywają opozycję do pokazania jakiegoś planu ratunkowego?

W demokratycznym świecie premier rządu nie wychodzi na mównicę w parlamencie i nie domaga się od opozycji, żeby mu mówiła, co ma on począć i jak rządzić. Gdy się wygrywa wybory, to wypadałoby wiedzieć, co chce się zrobić. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby premier David Cameron pytał lidera laburzystowskiej opozycji Eda Milibanda, jaki tenże Miliband ma plan dla rządu torysów. Normalny człowiek w takiej sytuacji puka się w czoło i pyta, kto tu zwariował i kto z kogo chce zrobić wariata. To rząd, a szczególnie taki, który sprawuje władzę ponad sześć lat, musi mieć plany, projekty, odpowiednich ludzi i jest zobowiązany od pierwszych tygodni ruszyć z kopyta. W siódmym roku sprawowania władzy każdy normalny rząd już tylko wprowadza drobne korekty do własnego planu rządzenia, a nie dopiero się przymierza do realizowania tego, co powinien zrobić wiele lat wcześniej. W dodatku w siódmym roku sprawowania władzy domaga się planu rządzenia dla siebie od opozycji.

W normalnym kraju jest tak, że partia wygrywa wybory, a potem sama bądź w koalicji realizuje plan rządzenia. I w stu procentach odpowiada za realizację, modernizację bądź zaniechania tego planu. Jeśli po ponad sześciu latach nie ma planu rządzenia i wzywa się opozycję do jego przedstawienia, to albo jesteśmy w domu wariatów, albo mamy do czynienia z ludźmi kompletnie nieodpowiedzialnymi i beztroskimi, albo chodzi o wielkie oszustwo i wyłudzenie pieniędzy za usługę, której nie wykonano. W normalnym kraju za takie wyłudzenie i oszustwo idzie się za kraty albo do zamkniętego ośrodka na terapię, jeśli biegli stwierdzą niepoczytalność. No tak, ale to wszystko pod warunkiem, że żyjemy w normalnym kraju, z normalnym rządem i posługujemy się normalną logiką.