Gospodarstwo rodzinne ks. Mirosława Bużana dzisiejszej nocy stanęło w płomieniach. Pożar strawił stodołę i oborę, z których w ostatniej chwili udało się uratować zwierzęta. Czyżby nieznani sprawcy chcieli w ten sposób zastraszyć duchownego, próbującego dowieść przed wymiarem sprawiedliwości swojej niewinności?

Do pożaru gospodarstwa, które ks. Bużan odziedziczył po rodzicach, doszło przed północą. Podwejherowskie Łebno, leżące 20 km. od Bojana - parafii, którą ks. Mirosław stworzył i którą musiał opuścić po sądowym wyroku - to bardzo spokojna wieś. Gospodarstwem śp. państwa Bużanów zajmuje się na co dzień znajomy rodziny, pan Tadeusz. Ok. godz. 19, po wieczornym obrządku, zamknął bramę na kłódki i udał się do swojego domu. Cztery godziny później dostał informację o pożarze. Sąsiedzi, którzy przybyli na miejsce jako pierwsi, zauważyli że brama jest otwarta. Ktoś najwyraźniej musiał sforsować zabezpieczenia i w pośpiechu uciekać z miejsca zdarzenia. Pożar wybuchł w miejscu, w którym nie było możliwości samozapłonu.

Zdjęcia zrobione po kilkudziesięciu minutach od rozpoczęcia akcji gaśniczej

 

Gdy na miejsce przybyła straż pożarna, cała stodoła była już objęta ogniem. W kilkugodzinnej akcji brało udział sześć zastępów - 30 strażaków. Wszystko, co zostało w budynku, spłonęło doszczętnie. Straty materialne są ogromne, ale to nie one są w tej sprawie najważniejsze. Ksiądz Bużan nie wyklucza, że doszło do podpalenia, dlatego zdecydował się złożyć na policji doniesienie w tej sprawie.

W ubiegły poniedziałek opublikowaliśmy w tygodniku "wSieci" wstrząsającą historię byłego proboszcza z Bojana, pokazującą jak można wrobić księdza w pedofilię. Od tamtej pory ks. Bużan czuje, że jest obserwowany.

Wiem, że ciągle ktoś za mną jeździ, że jestem obserwowany. Doniesiono też na policję, że choć mam zakaz kontaktów z dziećmi, to bezprawnie mieszkam na terenie ośrodka kolonijnego, który założyłem. Nikt nawet nie sprawdził, że przez cały ten czas nie prowadzę żadnych rekolekcji, oaz czy kolonii, a jedynie  administruję budynkiem

- mówi nam ks. Mirosław.

 

Były proboszcz z Bojana został pomówiony o molestowanie piętnastolatki w 2009 roku. Skazany wyrokiem sądu za "inne czynności seksualne", zdobył jednak dowody swojej niewinności w postaci nagrań, na których dziewczyna przyznaje, że cała sytuacja była zmyślona, a jej rodzice otrzymali w zamian pieniądze od żądnego zemsty lokalnego biznesmena. Od ponad dwóch lat duchowny próbuje odzyskać dobre imię.

CZYTAJ WIĘCEJ: UJAWNIAMY "taśmy niewinności" księdza skazanego za pedofilię. Dlaczego prokuratura powierzyła sprawę byłemu esbekowi? Kto zgubił dowody i dlaczego umorzono śledztwo?

Kto stoi za podpaleniem? Wszystko wskazuje na to, że komuś bardzo zależy na skutecznym zniechęceniu księdza do dalszych działań prawnych. Tym bardziej, że najbliższa rozprawa odbędzie się już w przyszłym tygodniu.

CZYTAJ TAKŻE: Mec. Wąsowski: To, co się dzieje w procesach wobec duchownych jest porażające. Zdarza się, że prokuratura stawia zarzuty bez opamiętania, po jakimkolwiek sygnale. NASZ WYWIAD

kcp