Żadna z opinii biegłych, z którymi się spotkałem, nie wykryła pedofilii. Wszystko jest oparte na założeniu, że jeśli to był czyn pedofilski, to przyczyną tego mógł być celibat. Na pytanie o weryfikowalność prawdziwości tego twierdzenia, pada przed sądem odpowiedź: między 20 a 70 procent. Mówimy więc o statystyce, a przecież mamy do czynienia z konkretnym przypadkiem. Na pytanie o ten właśnie przypadek pada odpowiedź: fifty-fifty. Albo jest albo nie jest. Tak naprawdę opinie biegłych zdają się być tylko „podkładką” dla sądu, że sąd formalnie taką opinię przeprowadził i że nie wykluczyła ona pedofilii

- mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl dr Krzysztof Wąsowski, adwokat i wykładowca akademicki.

 

wPolityce.pl: W ostatnim numerze tygodnika wSieci opisaliśmy przypadek księdza skazanego za molestowanie seksualne, choć nie było żadnych dowodów jego winy. Sąd oparł się jedynie na pomówieniach, nie biorąc pod uwagę linii obrony księdza. Po czasie ks. Bużan dostarczył do prokuratury nagrania, świadczące o jego niewinności, ale usłyszał tylko, że jak dotąd żaden ksiądz nie zdołał się jeszcze wybronić.

Mec. Krzysztof Wąsowski: Ja też mam takie doświadczenia w swoich sprawach. Niestety sądy skazują w takich przypadkach bezlitośnie. Widzę tę sprawę trochę szerzej. Broniłem kiedyś klienta, którego konkubina oskarżyła o molestowanie jej dzieci. Udało się uzyskać uniewinnienie. Różnica jest taka, że przy świeckich osobach te procesy trwają nieco dłużej i sądy nie ferują wyroków tak pochopnie. To, co się dzieje wobec duchownych naprawdę budzi głębokie zastanowienie. Często zdarza się, że prokuratura stawia zarzuty w takich przypadkach bez opamiętania, po jakimkolwiek tylko sygnale.

 

Z czego to wynika?

Odnoszę wrażenie, że z presji opinii publicznej, medialnej. W jednej ze spraw, którą prowadzę, sam prokurator mówi między wierszami, że to sprawa jego życia. Zwłaszcza w prokuraturach rejonowych świadomość, że proces będzie medialny, bo dotyczy księdza, stanowi dla prokuratorów przestrzeń do wypłynięcia, dlatego traktują je priorytetowo.

 

Znam przypadki, w których skazanie księdza było trampoliną do dalszej kariery sędziowskiej. Jest w tym jakaś stała tendencja?

Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić. Daje się jednak zauważyć swoistą determinację, żeby się pokazać. Wyrok skazujący będzie lepiej widziany, niż uniewinniający. Takie jest oczekiwanie mediów. Przecież jeśli już złapali tego "pedofila" to trzeba go skazać. Obserwuję takie podejście nawet, gdy stan faktyczny sprawy wyjawia relację dalece niejednoznaczną. W jednym z przypadków, którymi się zajmuję, ksiądz pisał po prostu do chłopaka, że dziękuje za niego Panu Bogu i że jest dla niego kimś ważnym. Nie było w tej sprawie żadnych elementów „genitalno-erotycznych”, a mimo wszystko dostał trzy miesiące aresztu, a prokurator toczy właśnie sprawę życia.

 

Ale czy takie słowne deklaracje mogą zostać uznane za "inne czynności seksualne"?

Niestety jest bardzo szeroka interpretacja tego terminu, szczególnie prokuratury, ale także sądu. Jakikolwiek dotyk, bez żadnego badania intencji, może zostać zinterpretowany w ten sposób. Jeszcze kilka lat temu wydawało się to niepojęte. Przy tego typu przestępstwach musiała być intencja i tzw. zamiar bezpośredni, czyli ktoś dotykając kogoś musiał mieć zamiar zaspokojenia jakiejś swojej czynności seksualnej. Teraz sądy skazują bez badania tego zamiaru, zakładając że każdy dotyk już ma w sobie właśnie taką intencję.

 

Skąd ta zmiana?

Prawdopodobnie z erotyzacji i wulgaryzacji przekazów medialnych. Wszyscy teraz widzą w każdym dotyku zamiar seksualny. Jest to zjawisko dużo głębsze i poważniejsze. Jestem przerażony, patrząc na te procesy. Odnoszę wrażenie, że przypadku księży takie domniemanie przyjmowane jest z góry.

 

A jak wygląda stanowisko biegłych seksuologów podczas postępowań? W przypadkach, które znam ich ekspertyzy budzą wiele wątpliwości. Jakie jest pańskie doświadczenie w tej sprawie?

Biegli seksuolodzy piszą nam w opiniach, że celibat skłania do zastępczych zachowań seksualnych, tak to określają. A z kolei, gdy pytamy ich na rozprawie, jako obrońcy, czy seksoholik, który ma nadmiar kontaktów seksualnych i nie jest celibatariuszem, czy też może mieć zastępcze zachowania seksualne, odpowiadają, że oczywiście. Celibat jest więc takim samym dobrym powodem jak każdy inny: jak seksoholizm, małżeństwo czy uregulowane stosunki seksualne. Niestety w opiniach pisemnych wobec celibatariuszy formułuje się określenie bardzo jednoznaczne. I to jest zastanawiające.

 

Być może to pokłosie wdrażanej do opinii publicznej tezy pseudonaukowca i pedofila Alfreda Kinseya, który twierdził, że "istnieją tylko trzy dewiacje seksualne: abstynencja, celibat i odroczona data ślubu". Propagatorzy homoseksualizmu i wyzwolenia seksualnego mocno forsują tę tezę.

Takie też jest i moje skojarzenie. A gdy biegłych seksuologów zapytać o ten problem w kontekście innych stylów życia, odpowiadają że nie ma znaczenia z jakiej grupy pochodzi osoba, w każdej można znaleźć źródła dewiacji. Albo ktoś to ma albo nie. Jeśli jest celibatariuszem, źródłem może być celibat, jeśli seksoholikiem - seksoholizm, jeśli jest mężem - małżeństwo. Ale najłatwiej przypisać to księżom.

 

Czy te opinie biegłych, badających skłonności podejrzanego, są na tyle mocne, że można na nich oprzeć wyrok?

Żadna z opinii biegłych, z którymi się spotkałem, nie wykryła pedofilii. Wszystko jest oparte na założeniu, że jeśli to był czyn pedofilski, to przyczyną tego mógł być celibat. Na pytanie o weryfikowalność prawdziwości tego twierdzenia, pada przed sądem odpowiedź: między 20 a 70 procent. Mówimy więc o statystyce, a przecież mamy do czynienia z konkretnym przypadkiem. Na pytanie o ten właśnie przypadek pada odpowiedź: fifty-fifty. Albo jest albo nie jest. Tak naprawdę opinie biegłych zdają się być tylko „podkładką” dla sądu, że sąd formalnie taką opinię przeprowadził i że nie wykluczyła ona pedofilii. Co ciekawe, jest tylko jedna charakterystyczna rzecz we wszystkich opiniach. Jeśli biegły stwierdzi skłonność homoseksualną, wtedy wnioski  są bardziej kategoryczne, idące w kierunku pedofilii.

 

Ciekawe, że nie mówi się o tym głośno w kontekście świeckich homoseksualistów, którzy walczą w Sejmie o swoje prawa...

Dokładnie tak. To poważne zagrożenie dla całego ruchu homoseksualnego i LGBT. Bo opinie biegłych są dla nich bardzo niebezpieczne.

 

W przypadku księży wyrok zapada w mediach już w chwili podejrzenia. Ostatnio prokuratura oczyściła z zarzutów księdza z Częstochowy, który od kilku miesięcy był nazywany przez dziennikarzy pedofilem. Niektórzy duchowni nie wytrzymują tego napięcia.

To prawda. Wszyscy moi klienci księża przeżywali to bardzo. To, co jest charakterystyczne, duchowni szukają winy w sobie. To pewnie rys formacyjny, który sprawia że każdy z nich zastanawia się czy przypadkiem nie ma w nim czegoś, czego sobie wcześniej nie uświadamiał. Takiego szukania winy w sobie nie widać u świeckich.

 

Czy przy tak silnym zainteresowaniu mediów jest szansa na rzetelne procesy duchownych?

Tam, gdzie wchodzą media, nacisk jest tak duży, że istnieją bardzo małe szanse na uniewinnienie. A z mojego doświadczenia wynika, że materiały dowodowe często są bardzo słabe. Wszystko oparte jest nawet nie na przekonaniu samych dzieci, ale na przekonaniu ich rodziców, którzy swoje przekonania często „przenoszą” na dzieci.

 

Jest pan pełnomocnikiem kilku księży oskarżonych o molestowanie. Ile spraw pan prowadzi?

Kilka.

 

Jak pan ocenia te przypadki?

W żadnym z nich nie spotkałem się, z „żelaznymi” dowodami, choć w jednym przypadku biegli stwierdzili u oskarżonego tzw. skłonność homoseksualną, choć i ta sprawa wydaje się być dosyć mglista. Sprawy opierają się w zasadzie na pomówieniach. To już przynosi katastrofalne skutki. Rozmawiam z księżmi, którzy uczą katechezy. Są absolutnie przewrażliwieni na punkcie dotyku, bardzo zdystansowani wobec swoich podopiecznych, co w moim przekonaniu nie pomaga w prawidłowym rozwoju dzieci. Bo eliminując zły dotyk, wyeliminujemy też dobry, a ten „dobry” czy nawet „neutralny” dotyk jest niezbędny. Taki kierunek jest bardzo niebezpieczny, bo w ostatecznym rozrachunku wychowamy bezuczuciowe pokolenie.

 

Jakie powinien zachować się w tym wszystkim Kościół?

Niestety nie mam w tej sprawie dla Kościoła jasnej recepty. Uważam jednak, że powinien zastanowić się nad skorygowaniem niektórych postanowień swoich wewnętrznych instrukcji wobec księży podejrzanych o pedofilię, ponieważ przepisy, które zostały wdrożone są bardzo restrykcyjne. Tak naprawdę zrezygnowano z zasady domniemania niewinności i wprowadzono bardzo radykalną prewencję, pozbawiającą podejrzanych realnych szans obrony. Rozmawiałem z kilkoma biskupami i zwracałem uwagę na to, że duża część ataków na księży o tak zwaną pedofilię, to w moim przekonaniu, oskarżenia naprawdę niewinnych ludzi, których przestępstwem było to, że byli dobrymi katechetami i dzieci się do nich, mówiąc ogólnie, garnęły. W ten sposób tracimy w kościele ludzi, którzy są bardzo zaangażowani. Eliminuje się w ten sposób prawdziwych wychowawców, bo skrócenie relacji z wychowankiem i wejście w przyjacielskie relacje jest dla nich bardzo niebezpieczne. Kościół hierarchiczny nie daje tu swoim księżom żadnej ochrony w razie takich ataków.

 

A przecież ciągle słyszymy o zamiataniu spraw pod dywan i ochronę swoich?

Nie zgadzam się z taką opinią. Presja zewnętrzna i obawa przed oskarżeniem całego Kościoła jest tak wielka, że często  podejrzanego księdza usuwa się ze stanu kapłańskiego, pozostawiając bez pomocy, nawet bez badania przyczyn jego oskarżenia.

 

Rozmawiała Marzena Nykiel

 

CZYTAJ TAKŻE: UJAWNIAMY "taśmy niewinności" księdza skazanego za pedofilię. Dlaczego prokuratura powierzyła sprawę byłemu esbekowi? Kto zgubił dowody i dlaczego umorzono śledztwo?