Dobre intencje mają siłę czynienia zła. Zła obojętności. Dwadzieścia dwa lata temu Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała po raz pierwszy. Było to wydarzenie wyjątkowe – inspirujące, szlachetne, ważne... po prostu potrzebne. Wielu z nas – zajętych światem ludzi zdrowych i sprawnych, światem zawodowych obowiązków, większych i mniejszych zmartwień – po raz pierwszy dostrzegło potrzebujących poza horyzontem codzienności.

Jurek Owsiak w spektakularny sposób przywrócił potocznemu językowi słowo „dobroczynność”. Dzisiaj – te dwadzieścia dwa lata później – mam spore obawy, że odzyskana wówczas dobroczynność staje się kolejnym synonimem „rozrywki”. To, co kiedyś inspirowało wielu z nas, utraciło siłę i świeżość. „Dobroczynność” zamykamy w fajerwerkach miejskich festynów i poczuciu delikatnej wyższości wobec tych, którzy „nie mają naklejki”. Za drobną złotówkę wrzuconą raz w roku do grzechoczących wkoło puszek, niczym na odpuście kupujemy rozgrzeszenie własnej obojętności. Czy nie uczyniliśmy z WOŚP karykatury dobroczynności?

Jeśli poziom emocji i samorefleksji jest zbyt bolesny, przyjrzyjmy się liczbom. W roku 2012 przychody WOŚP sięgnęły mniej więcej 65 milionów złotych (w tym niemal 3,5 miliona z podatku 1%). Na działania dobroczynne wydano około 39 milionów. Działania promocyjne pochłonęły – i tu uwaga – niemal 8 milionów złotych! Suma ta nie obejmuje podarowanego WOŚP wsparcia mediów – studio telewizyjne w każdym z 16 ośrodków regionalnych TVP, wozy transmisyjne, dziesiątki dziennikarzy, prezenterzy i setki osób obsługi technicznej. To nie wszystko – dochodzą przecież media patronackie, które promują WOŚP w najlepszym czasie antenowym. Ponadto artyści i celebryci oraz jednostki administracji publicznej nie pobierający zwyczajowej gaży i opłat. W skrócie – kapitał włożony w organizację finału WOŚP wart jest dziesiątki milionów. Gdyby WOŚP miała za to płacić z zebranych przez wolontariuszy pieniędzy, zapewne nie zdołałyby one pokryć kosztów organizacji finału.

A gdyby tak pomyśleć o dobroczynności inaczej? Gdyby wspomniane przed momentem środki przeznaczyć na działania edukacyjne, na promocję nie tyle Wielkiej Orkiestry co dobroczynności jako takiej, gdyby wysiłki mediów skierować na podnoszenie społecznej świadomości? Czy dzisiaj, ponad dwie dekady od pierwszego z finałów WOŚP nie bylibyśmy choć o odrobinę lepsi?

Gdzieś tam w tle, z dala od medialnej egzaltacji i świateł wielkich scen istnieje dobroczynność jakby inna, taka nieświąteczna, codzienna i pokorna. Liczby? Choćby Caritas Polska: w roku 2012, z zebranych 134 milionów złotych (w tym niecałe 1,7 mln z podatku 1%) na realizację działań dobroczynnych przekazano 130 milionów. Na działania promocyjne – i tu po raz kolejny uwaga – wydano zalewie 85 tysięcy złotych. To świat bez celebrytów, bez wsparcia mediów, bez taniego odkupienia win. Nie liczy się tam bicie kolejnych finansowych rekordów, lecz codzienne, milczące poświęcenie.

Trudno mi o zgrabne podsumowanie. Hałas telewizyjno-jarmarcznego show w zestawieniu chociażby z danymi finansowymi każe mi zastanowić się, czym dla nas jest dobroczynność? Czy potrafimy raz jeszcze usłyszeć to, co dwadzieścia dwa lata temu wykrzyczał do nas Jurek Owsiak? Czy potrafimy słuchać? Czy już tylko hałasować?...