Czy twórcy „Gazety Wyborczej” mogą wspominać o komunistycznych korzeniach swoich ojców, dziadków? Oczywiście. Czy Andrzej Morozowski, dziennikarz TVN może wyjawić, że jest synem pracownika archiwum stalinowskiej bezpieki? Tak. Czy Jerzy Owsiak, twórca wielkiej orkiestry świątecznej pomocy może ujawnić, że jego ojciec był komendantem ds. gospodarczych komunistycznej milicji? Również. Jednak takie uprawnienie nie przysługuje wszystkim publicystom, dziennikarzom i historykom.

Przede wszystkim mogą to robić w III RP sami zainteresowani i osoby z tego środowiska. Biada jednak, jeśli ktoś spoza tej grupy wspomni o ich komunistycznych korzeniach. A jest to dość wpływowe środowisko, bo obejmuje telewizyjne gwiazdy i gwiazdeczki, celebrytów, czołowe pióra III RP, posłów, dyplomatów i wielu ważnych urzędników rządowych. Taki wniosek wypływa z wieloletniej już dyskusji na temat rodzinnych konotacji osób publicznych.  Problem genealogii elit państwowych, kulturowych i dziennikarskich III RP nie jest bowiem nowy. Od 1990 r. sprawa ta nieustannie wraca jak bumerang. Ostatnio za sprawą książki „Dzieci resortowe. Media” Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza. Po wydaniu tej książki oły się głozy oburzenia. Tomasz Lis np. skupił się na swoistym „biczowaniu” duchownych: „Czy opluwanie, obrzygiwanie dziennikarzy jest czymś, co zasługuje na jakąkolwiek reakcję jakiegokolwiek kapłana w tym kraju? Czy może to jest coś, co kapłan z radością przeczyta?”.

Nic dziwnego, bo i wcześniej Lis zamieszczał w swoim tygodniku teksty napastliwe wobec księży. Natomiast Monika Olejnik próbowała niewygodny problem „Resortowych dzieci” sprytnie zwekslować na inne tory. Przez cały okres III RP dyskusja na temat rodowodu nowych, a raczej odmłodzonych, nowo-starych elit była spychana na margines. Powód był i nadal jest bardzo prosty – brak przecięcia związków z PRL. Widoczne to było na przykładzie wielopokoleniowych klanów rządzących gospodarką, polityką, bezpieczeństwem i mediami. Oczywiście można zbagatelizować ten problem i mówić: „żyjemy już w innych czasach, zaś dzieci nie odpowiadają za winy i czyny swoich rodziców, zwłaszcza że to były czasy dyktatury”. Jednak po 1990 r. te „dynastie medialne” rozwinęły skrzydła. Dziwnym trafem dziennikarze związani rodzinnie z poprzednim ustrojem prowadzili najważniejsze w III RP programy informacyjne, publicystyczne, telewizyjne, radiowe. Praktycznie zaraz po ukończeniu studiów dzieci byłych prominentów znajdowały bez trudu pracę w największych mediach, pomimo zawirowań politycznych kontynuowały karierę, otrzymywały wysokie apanaże, wyróżnienia, nagrody. „Dzieci PRL” tworzyły kolejną „warszawkę”, towarzystwo wzajemnej adoracji, które nadawało ton komentarzy wpływowych mediów.  Prawdziwą perełką w tej czerwieniącej się koronie jest główna celebrytka programów politycznych TVN i Radia Zet – Monika Olejnik. Przez lata nie upubliczniała swoich związków rodzinnych z poprzednim systemem oraz faktu, że ojciec był bardzo wysokim oficerem komunistycznej bezpieki. Tadeusz Olejnik wstąpił do milicji w 1955 r. Potem był funkcjonariuszem Biura B (czyli obserwacji) Służby Bezpieczeństwa. W SB dosłużył się stopnia majora i stanowiska zastępcy naczelnika Wydziału III Biura „B”. Olejnik - senior odszedł z resortu Kiszczaka w maju 1988 r., na koniec służby otrzymał wzorową opinię:

Pracując w organach ochrony ładu i porządku publicznego do chwili obecnej, za pozytywne wyniki pracy był wielokrotnie awansowany do stopnia majora włącznie. Za działalność społeczno-polityczną był dziewiętnastokrotnie odznaczany medalami i orderami do Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski włącznie.

Monika Olejnik rozpoczęła pracę w Programie III Polskiego Radia jeszcze w latach stanu wojennego, kiedy jej ojciec osiągał wyżyny kariery w SB. W redakcjach odbywała się wtedy weryfikacja dziennikarzy, tych niezależnych zwalniano. Radio i telewizja znalazły się pod szczególną kontrolą komunistów. Jednak nawet po latach nie odczuwała dyskomfortu, że rozpoczęła pracę w tym właśnie okresie. W rozmowie z Robertem Mazurkiem dla „Dziennika” (z 3-4 marca 2007 r.) mówiła, że nie miała oporów dotyczących rozpoczęcia pracy w radiowej „Trójce” w 1982 r.:

Nie. Robiliśmy fantastyczne radio, puszczaliśmy świetną muzykę, było mnóstwo świetnych ludzi. I nie zajmowaliśmy się polityką. (…) Był taki moment. Żałowałam, że nie wydawałam pism podziemnych, nie działałam w podziemiu, choć jak patrzę czasem na tych ludzi, którzy to robili, a teraz nie szanuje się ich i czasami oni się sami nie szanują, to mam wątpliwości. Może powinnam mieć wyrzuty sumienia, może to być obciach, ale myśmy się wtedy, w latach 80., bawili.

W III RP z dnia na dzień Olejnik stała się ulubienicą warszawskiego salonu, osiągając status głównego komentatora politycznego tzw. „mainstreamowych mediów. Prowadziła audycje w publicznej telewizji i radiu, dopracowała się autorskich programów w Radiu Zet i TVN24, publikuje również komentarze w „Gazecie Wyborczej”. Charakteryzowała się agresywnym stylem prowadzenia rozmowy, niezwykle szybko i biegle  formułowała pytania, zwłaszcza te niewygodne dla polityków prawicy. Natomiast zachowywała się powściągliwie wobec postkomunistów i „okrągłostołowych” liberałów. Politycy prawicy zwracali uwagę, że w trakcie wywiadów zachowywała się wobec nich stronniczo, napastliwie, nieobiektywnie. Jakiś czas temu zaatakowała rzecznika PiS, któremu powiedziała,: „No panie pośle, no naprawdę... No co pan mi opowiada za farmazony?”http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Adam-Hofman-zalatwilismy-to-z-Cameronem-Olejnik-farmazony,wid,15122863,wiadomosc.html

Nie kryła też krytycyzmu wobec duchownych, w sierpniu 2012 r. pisała w dzienniku Michnika:

Dyrektor Radia Maryja stał się nieformalną głową Kościoła katolickiego. To do niego pielgrzymują biskupi i politycy. Z jego zdaniem liczą się słuchacze Radia Maryja i Telewizji Trwam.

Za to w 2001 r. Monika Olejnik przeprowadziła dla „GW”, razem z Agnieszką Kublik, wywiad z Adamem Michnikiem i szefem swojego ojca, czyli gen. Czesławem Kiszczakiem – pod wymownym tytułem „Pożegnanie z bronią”. Nie trzeba dodawać, że wywiad znacznie różnił się od tych cytowanych powyżej opinii. Monika Olejnik była krytyczna wobec lustracji. W przeprowadzanych wywiadach negatywnie oceniała te propozycje, np.:

Wiele osób uważa, że nowa ustawa lustracyjna jest bublem, no jest bublem, skoro prezydent musi ją ledwo weszła w życie nowelizować…

Tymczasem zwykła przyzwoitość intelektualna, nie wspominając już o dziennikarskiej rzetelności, wymagała, aby Monika Olejnik nie wypowiadała w publicznych dyskusjach na temat dekomunizacji, lustracji, ujawnieniu oficerów SB i ich agentury; albo żeby poinformowała słuchaczy i widzów, że jest osobą rodzinnie powiązaną z SB, wystarczyło to powiedzieć zaraz po 1990 roku. W 2007 r. Olejnik podpisała się pod oświadczeniem grupy dziennikarzy sprzeciwiających nowej ustawie lustracyjnej. Uznali oni, że ustawa lustracyjna stworzyła sytuację „upokarzająca”! Co więcej, przeciwnicy ustawy lustracyjnej stwierdzili także:

Wiele wskazuje także na to, że ustawa narusza konstytucję i międzynarodowe zobowiązania Polski dotyczące wolności słowa i mediów. Po raz pierwszy po 1989 roku państwo podejmuje próbę koncesjonowania zawodu dziennikarskiego.

Warto dodać, że tę inicjatywę, która miała zablokować rozliczenie z PRL poparli m.in.: Piotr Najsztub, Wojciech Mazowiecki, Helena Łuczywo, Jacek Żakowski, Monika Olejnik, Ewa Milewicz, Edward Krzemień, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Rafał Zakrzewski, Piotr Stasiński, Marek Beylin, Wojciech Czuchnowski, Piotr Pacewicz, Jan Turnau, Paweł Wroński, Paweł Ławiński, Jarosław Kurski, Agnieszka Kublik, Jan Cywiński, Seweryn Blumsztajn, Justyna Pochanke, Kamil Durczok, Roman Kurkiewicz, Grzegorz Miecugow, Tomasz Lis.

Dziennikarze, twórcy, artyści, których rodzice aktywnie wspierali system komunistyczny i reżim Jaruzelskiego mają niezwykle korzystną pozycję w mediach. Jednocześnie dziennikarze mający poglądy prawicowe, mówiący o rozliczeniu PRL, podkreślający swoje związki z Kościołem są usuwani z największych mediów. Oczywiście dziennikarze powiązani rodzinnie z dawnym aparatem PRL nie odpowiadają za czyny swoich protoplastów z czasów komunistycznych. Istnieje jednak pewna prawidłowość, przez długie lata pokolenie „dzieci komunizmu” nie czyniło nic, żeby zmazać – by użyć słynnego zwrotu profesora Jacka Trznadla – tę „hańbę domową”. W dodatku w sytuacjach skrajnych, wymagających ujawnienia swoich postaw ideowych, opowiadają się przeciwko środowiskom krzewiącym wzorce patriotyczne i postulującym np. dekomunizację i zerwanie z PRL. Tak jakby kontynuowana była, choć bezkrwawa, walka z antykomunistyczną tradycją AK, NSZ, Żołnierzy Niezłomnych, „Solidarności” i Kościoła katolickiego. „Dzieci PRL” stosują praktycznie wszystkie chwyty propagandowe, nierzadko są one kliszami metod z najgorszych lat komunizmu – to tygodnik redagowany przez Tomasza Lisa jakiś czas temu wykorzystał do wyszydzenia prawicowej opozycji ikonograficzny schemat stalinowskiego plakatu o AK, jako „zaplutych karłach reakcji”.

Natomiast nad środowiskami postkomunistycznymi, a także rządem Tuska rozpostarli parasol ochronny. „Dzieci PRL” przez lata III RP postulowały „wyważoną” ocenę reżimu Jaruzelskiego, sprzeciwiały się dekomunizacji, zwalczały lustrację, krytykowały Kościół, lansowały „paranowinki” cywilizacyjne. W ostatnich latach „dzieci PRL”, jak jeden mąż zadeklarowały wiarę w rządową wersję tragedii smoleńskiej i przeszkadzają im kolejne sprzeczności tej hipotezy.

Teraz zdzierana jest z nich – także za sprawą „Resortowych dzieci” – maska neutralności, obiektywizmu i dystansu politycznego. Ich wizerunek fachowych, „europejskich”, apolitycznych obserwatorów i komentatorów życia publicznego wali się w gruzy. Zza tego lukrowanego „szkła kontaktowego” wyłaniają się za to PRL-owska siermiężność, kompleksy, wyobcowanie kacyków z „demoludów”, wstyd i lęk, które niejednokrotnie przekształcają się w agresję. Pokolenie „dzieci komunizmu” stało się przez lata III RP bardzo wpływową grupą opiniotwórczą. Pracując w prywatnych mediach są praktycznie poza kontrolą, a jednocześnie sprawują de facto rząd dusz nad narodem. Uzyskali oni możliwość kształtowania poglądów, nastrojów, gustów, ocen milionów Polaków. Doborem informacji, odpowiednim komentarzem „dzieci PRL” mogły wpływać na sytuację polityczną, wybory parlamentarne, podejmowane decyzje przez wielkie grupy społeczne, a także rozstrzygnięcia władz państwowych. Bo taka jest siła współczesnych mediów. Błyskawiczne i nierzadko zaskakujące kariery „dzieci PRL” dobitnie ukazują istotę transformacji PRL w III RP. Po 1990 r. komunistyczni aparatczycy i ich dzieci uzyskali szansę na kariery, nagrody, wysokie apanaże, wpływ na media, gospodarkę, państwo. Natomiast tysiące działaczy antykomunistycznego i solidarnościowego podziemia – zapomnienie, bezrobocie, emigrację lub życie na tzw. „umowach śmieciowych”. Dlatego pisk „dzieci resortowych” jest wielki.

Ten krzyk będzie bardzo bolesny, gdyż najmłodsze pokolenie, które nie pamięta już komunizmu, może zadać „dzieciom PRL” niewygodne pytania – czy są obiektywni, czy nie bronią własnych rodziców i dlaczego ukrywali swoją nomenklaturową przeszłość?