Gdy ktoś zna poprzednie książki prof. Anny Pawełczyńskiej, to obecna, „Dary losu” jest jakby podsumowaniem całości. Całości życia. Jest w niej wszystko, jak w Biblii – i nie ma w tym nic z przesady.

Jest świat międzywojennej wolności, a więc – tworzywo, a potem burzenie tego świata – II wojna światowa, AK Pawiak, Oświęcim, Drezno, szok ocalenia; są ”Zapiski wariatki leczącej urazy duszy”, jest „Dorzecze bzdury” a więc świat PRL ustawiony na demontaż i wiele innych rzeczy. Styl książki jest zmienny prowadzi czytelnika przez różne meandry, raz jest potoczysty, wspomnieniowy, innym razem atakuje niezwykłą energią i biglem, jeszcze innym – zabawą, bądź stylem refleksyjnym, gęstym w aforyzmy. Na koniec ton narracyjny uspokaja się i osiąga wyżynę, która pozwala na spojrzenie z lotu ptaka. I co ciekawe, w tej zadumie znalazło się miejsce nie tylko na kolejne marzenie, ale na coś jeszcze. I jest to wręcz nieprawdopodobne… ale o tym na samym końcu.

„Dary losu” są zbiorem fragmentów i wycinków pisanych w różnym czasie. Jest tam budząca grozę relacja, są przerażające wspomnienia, cięte uwagi i mądrość – ta życiowa, której dziś jak na lekarstwo. Jest opis radości powrotu, szaleństwo wolności, żądza życia, wyrzucanie z siebie złej przeszłości, gwałtowne poszukiwanie sensu nowego życia, pogoń „za” i ucieczka „od”. A wszystko ułożone chronologicznie w zapis jednego niezwykłego i nadmiernie przeżytego życia, które Autorka określiła dwoma słowami: dary losu… No i właśnie tu pojawia się ta polska wielkość, która nie jest szumna, a która wypływa wprost z korzeni naszej historii. Tak wiele jak na jednego człowieka, a on sam określa to wszystko jako: dary losu”! Pawełczyńska jest przedstawicielem całego pokolenia, które zostało przepuszczone przez podobny los. Czytając więc Pawełczyńską, przed oczami trzeba mieć całe jej pokolenie. Najgorsze jest to, że dziś owe dary losu naszych ojców i dziadków zostają wyrzucane na śmietnik! Dlatego jest to książka dla młodzieży.

Trudno znaleźć środek wyrazu na opisanie tego wszystkiego. W książce znalazło się dużo bardzo znanych nazwisk (Bauman, Ossowcy, Fejgin, W. Jedlicki, L. Kołakowski, T. Mazowiecki, Munkowie, Stefan Nowak, J. Olszewski, A. Schaff, Szaniawscy, Tejkowski, J. Wiatr itd.), wiele dat i szczegółów, a więc jest to materiał do przerobienia dla ciekawych, także historyków, a przede wszystkim dla zbudowania tej wiedzy pozaźródłowej, która pozwala właściwie ocenić źródła. Najwięcej jednak korzyści może z niej wynieść młodzież. Polska młodzież (i stąd ten tytuł).

Test na poczucie rzeczywistości

Książkę Pawełczyńskiej można rozumieć w kategoriach modnej dziś sensacji. Ale kto ją tak odbierze, straci cały jej niezwykle ważny przekaz. Opisanie świata, który przeżyła Profesor nie ma nic wspólnego z wirtualną rzeczywistością. To nie był świat oglądany przez szybkę telewizora, internet czy na filmowym ekranie, to był świat realnie przeżyty. Tam ból bolał, śmierć była panem i władcą jednym zabierała ciało, drugim nadzieję, głód wskrzeszał instynkt, a gówno śmierdziało. Z jednej strony był to świat strukturalnego zła, które człowiek człowiekowi zgotował, a z drugiej dobra, które było rozproszone w ludziach i czekało na ludzką solidarność. Czytelnik nie znajdzie tam sztuczności, czy kłamstwa, znajdzie natomiast prawdę życiową.

I teraz stosowny cytat: „Na stołach rosną góry winogron, cytryny, czekolada, ciasta kiełbasy, pomarańcze […] Doły przy krematoriach buchają ogniem, słychać jęki, pachną pomarańcze, leży mały sweterek  - skórka po zabitym dziecku. Harmonia rąbie coraz głośniej. […] A jutro przyjdzie Eta Lax i zawoła z zachwytem: <Joj, jaka krasna suknia – ja by ją tak chciała>” (s. 110-111). Jak na tym tle wyglądają specyficznie ogolone, czy podgolone głowy, strzelanie z piątki, co znaczy pogoń za pełnią życia, za adrenalina czy orgazmem, co znaczy ucieczka od nudy, czy trudów życia? A więc pijaki, ćpuny, lemingi wasz emocjonalny stosunek do tych kilku zdań, jest testem na waszą wrażliwość i poczucie rzeczywistości. Chcecie coś przeżyć, ale nie macie pojęcia do czego tęsknicie. Lektura tej książki jest nauczająca.

Warto też zastanowić co te kilka zdań oznacza? Świat stanął dziś na krawędzi III wojny. Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłych jej skutków, ale spośród tych co przeżyją wybuchy nuklearne nastąpi kolejna selekcja. Przetrwają nie radośni idioci, ćpuny, lemingi, lecz zahartowani duchem i ciałem zdrowi ludzie. W „Darach losu” znajdzie czytelnik opis przedwojennej atmosfery, która hartowała i konsolidowała; opis atmosfery rodzinnej przed wojną i po powrocie z obozów. Autorka zauważa: niby ta sama rodzina, a jesteśmy sobie obcy. Dopiero wspólny ofiarny wysiłek przywróci zarys dawnego ładu. Rodzinie Pawełczyńskich udało się, ale ile było takich prób, które kończyły się samobójstwem? Na tym tle widać też prostactwo współczesnego młodzieżowego slangu, który zaczyna wchodzić w powszechne użycie: spoko, nara, nie ma sprawy, szok, masakra itd. Odwracanie tradycyjnych znaczeń słownych destabilizuje świat pojęć.

Inny fragment: „Tańczyliśmy wszędzie […] na Nowym Świecie, Krakowskim i Koziej, kiedy dużą grupą wylewaliśmy się na ulicę z <Paradizu>, z <Kameralnej> lub od <Dziennikarzy> […], tańczyliśmy nieraz do rana na Wybrzeżu Kościuszkowskim, żegnając księżyce, witając wschody słońca […], wieczorem tańczyliśmy w domach, knajpach i na ulicach, kiedyś kroczyliśmy dostojnie z podniosłym śpiewem, a potem zapiewając frywolne piosenki pod parasolami w czasie ulewy wokół XI Kolonii WSM maszerowaliśmy w slipach, majtkach i stanikach […], roześmiani sąsiedzi bili nam z okien brawa, chociaż obudzeni ze snu mogli mieć za złe” (s. 186). Ten cytat to fragmencik sześciostronicowego tekstu bez kropki, a więc jednego zdania, które miało oddać szaleństwo tamtych dni. Żyli na jednym oddechu, jak wypisane przez Autorkę zdanie. I nie był to marsz różowych, czy marsz próżności, lecz marsz żywych, poranionych wojną ludzi. Każdy marzy o takim przeżyciu, wielu o właśnie takim życiu. Pawełczyńska pisze dalej: „… nie miało znaczenia kto z nas mądrzejszy, kto głupszy, kogo zdobią epolety, szlify, a kogo tylko cekiny, pompony i falbanki, a także czy mówimy o filozofach […] czy o złotej rybce i Kopciuszku. […] chodziło o to, że spotkali się tu żołnierze Armii Krajowej, warszawscy powstańcy i więźniowie obozów, uciekinierzy i wysiedleńcy […] my mieszkańcy naszego miasta zamienionego w zgliszcza […] ziemi naszej spalonej nienawiścią nadludzi czy podludzi; a zgromadziliśmy się po to, żeby w tańcu się o siebie oprzeć, odzyskać nadzieję, wiedząc, że tylko wirując razem możemy siebie ocalić” (s. 188-189).

Co z tego entuzjazmu zostało? Ilu jeszcze w czasie pokoju musiało zginąć, ilu zostało skrycie zamordowanych? Do jakiego stopnia wytrzebiono tradycyjną polską inteligencję? Do dziś nie możemy się ich doliczyć. W 68 lat po wojnie, na Łączce, odkrywamy zbrodnie tamtego systemu. A ile jeszcze takich łączek pozostało w kraju? Ale ten entuzjazm został zawieszony w eterze, trzeba go odnaleźć i zacząć kontynuować. Entuzjazm z treścią.

Cytaty

„Wśród polskich więźniów politycznych okresu hitlerowskiego najliczniejsi byli członkowie AK i NSZ, wielu było ludowców, znacznie mniej socjalistów o tradycji PPS, a bardzo mało komunistów. Odzwierciedlało to liczebność organizacji polskich” (s. 263).

„Badając problematykę Oświęcimia i niemieckiego eksperymentu na więźniach, mającego na celu zmuszenie ich do pełnego posłuszeństwa, doszłam do wniosku, że eksperyment nie powiódł się, ponieważ opór moralny wynikający z ukształtowania światopoglądu więźniów przetrwał mimo terroru. Można się obawiać, że sowiecki eksperyment w znacznej mierze się powiódł, ponieważ po terrorze fizycznym nastąpiło działanie terroru na świadomość i zachęta do współdziałania za cenę lepszych warunków” (s. 255-256). Czy tu trzeba coś dodawać?

„Lata 1945-1948 były okresem powszechnego zamętu. Czas do zjednoczenia PPR z PPS był okresem złudzeń i psychicznego zagubienia po wojnie. Chcieliśmy mieć nadzieję i wiarę w to, że […] jest coś w rodzaju niepodległości. […] Po wielu przeżyciach terroru niemieckiego w Polsce nie docierał do nas w pełni terror sowiecki” (s. 249).

„Na Wydziale Filozofii i Socjologii UW od roku 1946 trwała walka dwóch nurtów – prawdy i nieprawdy. […] Wtedy zaczął działać ZMP związany ściśle z PPR i Związek Niezależnej Młodzieży związany z PPS. Były to zasadniczo różniące się środowiska. W ramach ZMP działali nadgorliwcy, dla których sowiecki komunizm […] stał się nadrzędną dyrektywą myślenia i działania. Powstało coś w rodzaju bojówek, które prowadziły dywersję. Na wykładach wielu znanych profesorów: M i S Ossowskich, J. Bystronia, W. Tatarkiewicza, K. Ajdukiewicza zadawały prowokacyjne pytania, dezorganizując w ten sposób zajęcia. Była to już świadomie aktywna walka, mająca prowadzić do eliminacji dawnej profesury. Do tych studenckich bojówek należeli min.: Roman Zimand, Henryk Holland, Leszek Kołakowski” (s. 250).

„Punktem przełomowym i uderzeniem w środowisko akademickie było zjednoczenie PPR z PPS w PZPR. […] Był to wstęp do rozprawy z resztką niedobitej inteligencji” (s. 251).

„W okresie 1951-1956, kiedy z UW usunięto wszystkich najlepszych i zakorzenionej w nurcie historii Polski i historii nauki profesorów, na UW wylądował „desant wschodni”. […] Nominowano na wykładowców oficerów Wojska Polskiego. W ten sposób kadry UW wzbogaciły się o płk Marka Fritzhanda, płk Bronisława Baczkę i mjr Zygmunta Baumana” (s, 253).

„Po śmierci Stalina przeżyliśmy wielkie złudzenie, że życie wraca do normalności. […] W naszym pokoleniu przeżywaliśmy te nadzieje znacznie silniej, niż późniejsze pokolenie w okresie Solidarności, choć nadzieje były płonne. Na UW wrócili Maria i Stanisław Ossowscy i pierwsze pokolenie Ossowszczyków […]. Bogata wiedza erudycyjna S. Ossowskiego i M. Ossowskiej, W. Tatarkiewicza i ich uczniów były stopniowo zastępowane przez wąską wiedzę specjalistyczną ludzi pozbawionych gruntownej wiedzy naukowej i szerokich horyzontów. […] W ten sposób w humanistyce UW osadziła się lewicowa struktura organizacyjna zdecydowanie koniunkturalna. Od tego czasu w nauce polskiej w ogóle straciła znaczenie autentyczna myśl naukowa” (ss. 252-255).

„Polski październik 1956 i poprzedzająca go odwilż nadały mojemu pokoleniu raz jeszcze rozpęd. Wyzwoliły energię, a nawet entuzjazm. Mnożyć się zaczęły pomysły, jak rotować Polskę?” (s. 326).

„W latach 1958-1964 OBOP [Ośrodek Badania Opinii Publicznej] nazywano Polskim Gallupem. Rzeczywiście pracował w oparciu o te same metody […]. Ale bez pieniędzy. […] Wyniki badań […] na ich podstawie jawił się obraz społeczeństwa sprzeczny z głoszoną propagandą partyjną. Było oczywiste, że polskie społeczeństwo nie było społeczeństwem socjalistycznym. […] W latach 1963-1964 zorientowaliśmy się, że zaczęło się manipulowanie wynikami, że publikacje nie służą upowszechnianiu prawdy, lecz uwiarygodnianiu kłamstw władzy” (s. 296).

„Zrozumiałam, że w PRL nie chodzi o pracę, tylko o jej pozory, nie o rytm pracy, tylko o takie regulacje, które jak w kacetach i łagrach służą dodatkowej udręce i pozbawieniu energii do wszelkiej samodzielnej myśli i inicjatywy” (s. 283).

 

Zakończenie

Zaletą „Darów losu” Anny Pawełczyńskiej jest opisanie nie fragmentu swojego życia, lecz całości. Dopiero z takiej pespektywy widać wyraźniej prawdy, półprawdy i kłamstwa. Dlaczego ta książka jest dla młodzieży? Całe doświadczenie pokolenia przedwojennego i wojennego zdaje się wypierać postęp technologiczny i komputeryzacja. Młodzież swoją przestrzeń wolności znalazła w przestrzeni wirtualnej. A więc tej, której nie ma. Tam realizuje się w sposób niekontrolowany. I nie chodzi oczywiście o wyzwolenie się spod kurateli rodziców, ale o wyzwolenie się spod norm moralnych, które narzuca kultura i obyczaj, a bez których nie może istnieć żaden ład i zgodne współżycie sąsiedzkie i obywatelskie. Dziś całe to doświadczenie, która opisuje prof. Anna Pawełczyńska wyrzucane jest na śmietnik, jako nieprzydatne. Ale jutro, gdy ta pozorna wolność zostanie ograniczona, a zapędzone w kozi róg społeczeństwa dostrzegą własną ułudę i krótkowzroczność, trzeba będzie z pokorą wrócić na ten śmietnik, odgrzebać to, co się wcześniej odrzuciło i raz jeszcze przeżyć. Tak więc Pawełczyńską warto czytać ze zrozumieniem.

Autorka swoją książkę kończy takimi słowami: „Jakże chętnie weszłabym jeszcze raz na drzewo! A może właśnie mi się uda wejść na drzewo i zagwizdać odę do starości”. Zdanie to napisała w… 90-tą rocznicę urodzin. Niestety, ten ostatni akapit został w książce zamazany.

Anna Pawełczyńska, Dary losu, Wyd. LTW, Łomianki 2013. (do nabycia np. na multibook.pl)