W ostatnim tygodniu uwaga węgierskich mediów skupiona była na pewnym franciszkaninie z Siedmiogrodu. Ojciec Csaba Bojte został bowiem półmilionowym Węgrem, który skorzystał z prawa o uproszczonej procedurze przyznawania obywatelstwa. 54-letni zakonnik mieszkający w mieście Deva w Rumunii znany jest ze swojej charytatywnej działalności. W 1992 roku założył fundację dobroczynną, która stworzyła sieć sierocińców dla dzieci rumuńskich, węgierskich i romskich. Do jego placówek trafiały nawet kilkuletnie dzieci, które po raz pierwszy zakładały wówczas buty czy posługiwały się łyżką.

Choć charyzmatyczny franciszkanin został medialnym bohaterem, to jednak równie ważne okazuje się zjawisko, którego jest on reprezentantem. Sprawa nie jest błaha, gdyż dotyczy co trzeciego Węgra na świecie. Żeby zrozumieć o co chodzi, należy cofnąć się do roku 1920, gdy po przegranej I wojnie światowej i traktacie w Trianon Węgry straciły większość swego terytorium oraz 1/3 ludności. Dziś oblicza się, że populacja Węgrów liczy 15 mln osób, z czego ok. 10 mln mieszka w kraju, a 5 mln poza granicami, głównie w państwach ościennych (Rumunia, Słowacja, Serbia, Ukraina, Chorwacja). Nigdy nie wyjeżdżali oni ze swego kraju, ani nie zrzekali się węgierskiego obywatelstwa, a jednak zostawali obywatelami innych państw.

Po upadku komunizmu jednym z podstawowych problemów Węgier stała się kwestia uregulowania statusu rodaków za granicą. W 1993 roku parlament w Budapeszcie uchwalił ustawę, która umożliwiła przywracanie lub nadawanie obywatelstwa Węgrom pochodzącym z terenów dawnej Korony Węgierskiej, a teraz należących do krajów sąsiednich. Warunkiem było jednak zamieszkanie na terenie państwa węgierskiego.

Politycy Fideszu postanowili zmienić ten stan. 5 grudnia 2004 roku odbyło się z ich inicjatywy referendum, w którym mieszkańcy Węgier musieli odpowiedzieć na pytanie, czy są za nadawaniem obywatelstwa swym rodakom żyjącym za granicą bez konieczności stałego pobytu w kraju. Rządząca lewica przeprowadziła wówczas kampanię medialną zniechęcającą do pójścia na referendum. Socjaliści i liberałowie straszyli przy tym Węgrów hordami ich biednych rodaków z Ukrainy czy Rumunii, którzy mieli zabrać im miejsca pracy i przynieść ze sobą patologie społeczne. W efekcie za prawem do obywatelstwa opowiedziało się 51,57 proc. głosujących, a przeciwko 48,43 proc., jednak na skutek niskiej frekwencji (37,5 proc.) referendum okazało się nieważne. Decyzja ta została przyjęta przez Węgrów w krajach sąsiednich z poczuciem głębokiego zawodu i nazwana wprost „drugim Trianonem”, tyle że tym razem cios nadszedł nie ze strony mocarstw zachodnich, lecz własnej ojczyzny.

Referendum z 2004 roku nie zakończyło jednak sprawy. 26 maja 2010 roku, a więc zaledwie półtora miesiąca po zwycięskich wyborach, parlamentarzyści Fideszu przegłosowali poprawkę do ustawy z 1993 roku o przyspieszonej i uproszczonej procedurze nadawania obywatelstwa bez konieczności zamieszkania na terenie Węgier. Była to jedna z pierwszych decyzji nowych władz. Prawo weszło w życie 1 stycznia 2011 roku i od tego czasu skorzystało z niego już pół miliona Węgrów mieszkających głównie w Rumunii, Słowacji, Ukrainie, Serbii i Chorwacji. Wszyscy oni wraz z obywatelstwem uzyskali też prawo udziału w wyborach.

Wszystkie sondaże opinii publicznej na Węgrzech, które wskazują preferencje wyborcze ludności, są przeprowadzane jedynie na terenie kraju. Nie bada się natomiast poparcia w państwach sąsiednich, gdzie pojawiło się właśnie 5 proc. dodatkowego elektoratu. Bez przesady można powiedzieć, że są to ludzie w ponad 90 proc. popierający Fidesz, gdyż to właśnie partii Viktora Orbana zawdzięczają możliwość otrzymania węgierskiego obywatelstwa. Zarazem są wrogo nastawieni do lewicy nie tylko za blokowanie im przez lata takiego prawa, lecz także za obraźliwą i uwłaczającą dla nich kampanię w 2004 roku. Jeśli pójdą więc na wybory, to masowo poprą Fidesz. Prawicy sprzyja też nowa ordynacja wyborcza, gdyż Węgrzy z zagranicy głosować będą na listę krajową (a nie – tak jak w polskiej ordynacji – tylko na kandydatów z jednego okręgu wyborczego).

Ten czynnik, którego do tej pory nie brano pod uwagę, może spowodować, że wyniki wiosennych wyborów parlamentarnych mogą być bardziej korzystne dla Fideszu niż przewidują to sondaże. Oczywiście Orban nie podejmował tych decyzji, by zwiększać swą bazę wyborczą, lecz po to, by okazać solidarność z własnymi rodakami, którzy przez dziesięciolecia nie ulegli wynarodowieniu w obcych państwach, lecz pozostali świadomymi Węgrami.

Chciał oddać im sprawiedliwość i pokazać, że ojczyzna pamięta o swych dzieciach, nawet jeśli na skutek zmian terytorialnych pozostali poza granicami kraju. Ta podjęta z patriotycznych pobudek decyzja ma jednak swoje realne polityczne konsekwencje. Jak duże, okaże się przy urnach już w kwietniu 2014 roku.