Na wejściu w politykę niczego nie zyskałem, wręcz przeciwnie, straciłem i doskonale wiedziałem, co mnie czeka. Przecież wiem, gdzie i wśród kogo żyję. No i mam, co chciałem: zostałem wycięty, wyrzucono mnie z radia, nie znajdzie mnie pan w telewizji, na moje występy nikt nie dostanie dotacji, ale wziąłem to 
w rachubę

- mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem w Rzeczpospolitej Leszek Długosz, 
poeta, aktor, kompozytor, autor książki „Pod Baranami. Ten szczęsny czas", a także autor stałej rubryki poetyckiej w tygodniku "wSieci". Opowiada o początkach swojej artystycznej kariery, przygodzie z Piwnicą, fascynacjach, relacjach i dojrzałych wyborach ostatnich lat.

Z mej konstytucji czuję się piwniczaninem, jestem artystą piwnicznym i wiele stamtąd wziąłem. Ale nawet wtedy, w Piwnicy, miałem status nieco odrębny... (...) Miałem swój odrębny profil i dzieliła mnie od zespołu jakaś szczelina. Trochę z nimi piłem, bawiłem się, ale jednak był między nami dystans

- wspomina. Przyznaje, że Piotr Skrzynecki był mu człowiekiem bardzo bliskim, ale mimo to dystans ze środowiskiem Piwnicy był wyczuwalny.

Skrzynia wiedział, że jestem nonkonformistą, że nie zabiegam, że nie walczę o swoje, nie umiem tego.

Wspomina artystyczne osobowości tamtych lat Ewę Demarczyk, Zygmunta Konecznego, Krzysztofa Litwina. Przyznaje, że dla nich wszystkich Piwnica była miejscem szczególnym, przestrzenią, środowiskiem, w którym chciało się być.

Ona wytworzyła wokół siebie w Krakowie całe środowisko, stała się manifestacją nie tylko artystyczną, ale estetyczną i w jakimś stopniu ideologiczną. To było grono niesłychanie hermetyczne i strasznie trudno tam było się dostać.

Wymagało to przyjęcia określonej postawy:

Musiałem dbać o różne rzeczy, na przykład nie wdawać się w złe towarzystwo. Nie występowałem na żadnych akademiach, imprezach zaangażowanych politycznie. Nigdy w życiu, po debiucie w 1963 r., nie wystąpiłem na żadnym festiwalu.

Sam odszedł z Piwnicy w1978 roku, tuż po tajemniczej śmierci swojego szwagra i przyjaciela Wiesława Dymnego.

Wiesiek był chyba najzdolniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem, studiował na ASP, pisał scenariusze, robił scenografię, grał w filmach, robił wszystko. No i był w Piwnicy. To był człowiek niesłychanej wrażliwości, pobudliwości, całkowicie nieuporządkowany. Niesłychanie mocny, ale i kruchy, nie dało się z nim wytrzymać, a jednocześnie przyciągał do siebie magnetyczną siłą...

- wspomina. Nieżywego znalazła go jego żona Anna. Do dziś nie wiadomo, że czy ktoś się do jego śmieci nie przyczynił celowo. Był wówczas inwigilowany i szykanowany przez SB.

Po tym tragicznym wydarzeniu zdecydował się na odejście z Piwnicy, która bez Dymnego, Ewy Demarczyk i kilku innych osób zaczęła przeżywać zastój.

Stan wojenny uratował Piwnicę jako grupę nie dlatego, że pojawiły się jakieś nadzwyczajne osobistości, zostały zmienione koncepcje, tylko życie przyniosło nowe możliwości. Znów aluzyjność stała się niebywale śmieszna

- mówi Długosz, przywołując sławetne odśpiewanie dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego.

I okazało się, że to gra! To prawda, że generał Jaruzelski pomógł Piwnicy.

Piwnica miała też swoje wtyki i to w samym sercu środowiska. Agentem SB okazał się Michał Ronikier. Według historyków donosił na Piwnicę, "Tygodnik Powszechny", targi poznańskie a nawet spółdzielnię mleczarską. Gdy w 2006 roku sprawa wypłynęła na dobre, środowisko Piwnicy uległo podziałowi. Część pisała list w jego obronie, napisany przez Krystynę Zachwatowicz, inni - tak jak Leszek Długosz - odmówili.

Obrażono się na mnie nie dlatego, że Ronikiera atakowałem, ale dlatego, że nie chciałem wybielać człowieka, który współpracował z SB przez 29 lat, 
i to dobrowolnie!

- mówi Długosz, przypominając że Ronikier donosił nawet na własną żonę.

I po tym, jak to ujawniono, odmówił jakichkolwiek wyjaśnień, nie mówiąc o żalu za cokolwiek. Natychmiast pospieszyła mu z pomocą Krystyna Zachwatowicz, która zastosowała chwyt, że „czasy były ciężkie, a Piotr by mu wybaczył"

- wspomina.

Przyznaje, że dziś w Krakowie przeminęła moda na Długosza. Dlaczego?

Bo Długosz się źle usytuował politycznie, stanął przy złych ludziach, programach i złej tradycji, dokonał złych wyborów.

- mówi, wskazując że kandydowanie do Senatu z poparciem PiS w 2007 roku było manifestacją, która zbulwersowała cześć jego środowiska.

Do żadnej partii nigdy nie należałem, nawet jako jedyny w klasie nie byłem w ZMP, nie wiem, jak mi się to udało. Do PiS też nie wstąpiłem, ale kiedy mnie poproszono, bym kandydował, to uznałem, że powinienem wesprzeć tę ideę, nawet będąc sceptyczny wobec ludzi, którzy tam są. Bo tamta strona wydawała mi się jeszcze gorsza.
Na wejściu w politykę niczego nie zyskałem, wręcz przeciwnie, straciłem i doskonale wiedziałem, co mnie czeka. Przecież wiem, gdzie i wśród kogo żyję. No i mam, co chciałem: zostałem wycięty, wyrzucono mnie z radia, nie znajdzie mnie pan w telewizji, na moje występy nikt nie dostanie dotacji, ale wziąłem to 
w rachubę

- wyznaje. Twierdzi, że musiał się zaangażować.

Przy całej tej skali platformerskiej propagandy celowo się wystawiłem

- dodaje.

Środowisko Piwnicy starało się zrobić wszystko, by Leszek Długosz przestał być z nimi kojarzony. Naraził się "na inwektywy, wycięcie, pogardę".

Niektórzy zaczęli mnie unikać, by się nie znaleźć na jednej fotografii. Przecież to wtedy, w 2007 r., ówczesna Piwnica pod Baranami zrywa się z pismami bardzo oficjalnymi, z dwiema pieczątkami, że ten pan nie jest od nas.

Miał przekonanie, że w Senacie jest potrzebny głos w interesie kultury. Dlatego się zdecydował.

Gdy wybuchł konflikt w sprawie pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, dostał maila z informacją, by poszukał sobie cmentarza gdzie indziej.

Spytałem pod pałacem Arcybiskupów, czemu protestują, bo Polska w tych dniach pali znicze pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie, a nie urządza kocią muzykę. I usłyszałem, że skoro urodziłem się w Zaklikowie, to mogę sobie tam szukać miejsca na cmentarzu, nie tutaj.

To jednak nie pierwsza przykra sytuacja.

Po przegranych wyborach, 
1 listopada 2007 r., jak zwykle, zbierałem pieniądze do puszki na ratowanie Cmentarza Rakowickiego. Ale oprócz tych, którzy wrzucali, byli i tacy, którzy pluli pod nogi i zapowiadali 
z wściekłością, że po tym, co zrobiłem, nie dadzą mi ani grosza.

Mimo to, Leszek Długosz nadal wierzy w dobroć ludzi. Twierdzi, że pozostała w nim "niedobita wiara w lepszą stronę ludzkiej natury".

Wiersze Leszka Długosza co tydzień tylko w tygodniku "wSieci". ZACHĘCAMY!

mall / Rzeczpospolita