Nic się nie stało, pacjencie, nic się nie stało. Skandal ze szczepionkami sprzed czterech lat może za rok znajdzie finał w sądzie

Fot. sxc.hu
Fot. sxc.hu

Szwedzki minister przeprasza osoby, zaszczepione przeciwko świńskiej grypie i obiecuje wysokie odszkodowania. Nikt nie przeprasza pacjentów, którym w Polsce podano bez ich wiedzy eksperymentalną szczepionkę przeciw ptasiej grypie.

Gdyby wierzyć ekspertom, co czwarty czytelnik tego bloga prawdopodobnie by już nie żył. Europę spustoszyć miała przecież pandemia świńskiej grypy. Teraz okazuje się, że szczepionka Pandemrix, podawana masowo w wielu krajach, spowodowała u pacjentów powikłania neurologiczne w postaci narkolepsji. W Szwecji, gdzie gorliwie zaszczepiono wszystkich, minister spraw społecznych oświadczył, że w wypadku powikłań osobom zaszczepionym zostaną wypłacone odszkodowania.

Możemy się cieszyć, że Polska nie zakupiła w 2009 roku tej szczepionki, co lubi przypominać Ewa Kopacz, ówczesna minister zdrowia. Wprawdzie wynikało to z faktu, że nie mieliśmy początkowo zarezerwowanych środków finansowych, ale rzeczywiście wyszło to nam na korzyść.

Mamy jednak swoją własną aferę szczepionkową, nadal nie rozliczoną.

Czy ktoś z państwa jeszcze pamięta, że kilka lat temu w Grudziądzu zaszczepiono pacjentów znajdującą się w fazie eksperymentów klinicznych szczepionką przeciw ptasiej grypie?

Jeśli nie, to zapewniam, że pamięta się o tym na Zachodzie. Przeczytałam kiedyś o szczepieniach w Grudziądzu w amerykańskim artykule. Pisano w nim, jak koncerny farmaceutyczne nieetycznie prowadzą badania kliniczne w krajach Trzeciego Świata.

W każdym razie w grudziądzkiej przychodni o wdzięcznej nazwie „Dobra Praktyka Lekarska” zaaplikowano eksperymentalną szczepionkę dwóm kategoriom pacjentów. Bezdomnym ze schroniska brata Alberta, którym dawano w nagrodę termometr i kilka złotych. I miejscowej klasie średniej – zapewniając, że to promocja.

Wszyscy pacjenci byli przekonani, że dostają szczepionkę przeciw zwykłej grypie sezonowej.

Gdyby nie policjanci, którzy usłyszeli, jak bezdomni kłócą się o pieniądze i po nitce do kłębka dotarli do całej afery, sprawy by nie było. Bo tak działa u nas nadzór nad badaniami klinicznymi.

A teraz, proszę zgadnąć, jak się skończyła cała sprawa? Myślą państwo, że coś przegapili, jakoś im umknął epilog skandalu?

Nic państwu nie umknęło. Proces trwa od 2009 i być może się w przyszłym roku skończy. Tak powiedziano mi wczoraj w toruńskim sądzie.

Ale proszę nie sądzić, że winnym grożą jakieś surowe kary. Zapewne zresztą okaże się, że winne są pielęgniarki, może jakiś lekarz. A kto jest poszkodowany?

Na zdrowy rozum, pacjenci. Wstrzyknięto im przecież coś, co nie zostało jeszcze przebadane i nigdy nie zostało dopuszczone do obrotu. Podobno kilku bezdomnych zmarło, tak twierdził kierownik schroniska.

Jednak poszkodowaną stroną w procesie jest firma, która zleciła badana. Bo oszukano ją i narażono na straty, podając fałszywe PESEL-e badanych i źle prowadząc dokumentację.

A pacjenci, no cóż...  Można przyjąć, że dostali coś w rodzaj witaminy.

Nic się nie stało, polski pacjencie, nic się nie stało.

 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...