Lew-Starowicz: "Kiedyś geje byli traktowani jak zboczeńcy. Teraz mają kluby, organizacje, a nawet posłów w Sejmie." Seksuolog o sodomie i gomorze w Polsce. DRASTYCZNE TREŚCI!

fot. sxc.hu
fot. sxc.hu

Skala zmian rzeczywiście jest ogromna. Poczynając od życia w konkubinacie, na kocią łapę, jak to się kiedyś mówiło. Przecież jeszcze całkiem niedawno było nie do pomyślenia, żeby młodzi ludzie latami mieszkali bez ślubu. Dziś jest to powszechnie akceptowane

- prof. Zbigniew Lew-Starowicz przedstawia drastyczny obraz przemian obyczajowych, jakie zaszły w naszym kraju.

Seksuolog przypomina, że kiedyś była nie do pomyślenia jawna aktywność seksualna młodzieży. Dziś jest powszechna.

Ta aktywność zawsze była ukryta, teraz młodzi przesyłają sobie zdjęcia i otwarcie mówią o tym w mediach, zwłaszcza społecznościowych

- mówi Lew-Starowicz w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

Następna wielka zmiana: podejście do seksu oralnego. Jak zaczynałem studia, był on traktowany jako dewiacja. Można było z tego powodu uzyskać rozwód z orzeczeniem winy, a w tej chwili nie tylko jest to forma powszechna, ale dla znacznej części młodzieży to w ogóle nie jest stosunek, tylko pieszczota

- podkreśla profesor.

Zwraca uwagę na upublicznienie seksu.

Kiedyś scena erotyczna w kinie kończyła się tam, gdzie zaczynał się seks. Po pierwszym pocałunku gasło światło. Andrzej Wajda cenzurował piękne sceny z Kaliną Jędrusik w „Ziemi obiecanej", a dziś takie sekwencje znajdzie pan w co drugim filmie.

Nastąpiła również, jak zwraca uwagę, diametralna zmiana stosunku do homoseksualizmu.

Kiedyś geje w Warszawie musieli się chować gdzieś na placu Trzech Krzyży, policja ich ganiała, byli traktowani jak zboczeńcy, niemalże przestępcy. Teraz urządzają parady w centrum miasta, mają kluby, organizacje, a nawet posłów w Sejmie

- wylicza seksuolog.

Co więcej, jawna staje się nawet pedofilia!

Kiedyś pedofile się ukrywali, a teraz mają swoje organizacje i czują się czymś w rodzaju elity. To jest ciemna strona Internetu, bo oni w sieci wymieniają się materiałami i Bóg wie czym jeszcze.

Kolejnym negatywnym procesem jest ekshibicjonizm medialny.

Każdy celebryta, którego związek się rozpadnie, czuje się w obowiązku opowiedzieć światu o swoim mniej lub bardziej udanym seksie. I to z detalami. Życie z moimi kobietami. Życie z moimi mężczyznami. A do tego oni to traktują jako sposób załatwiania porachunków osobistych. Moim zdaniem to nie jest w porządku i ja osobiście mam już tego dość

- mówi Lew-Starowicz.

I dodaje:

Gdyby człowieka w podeszłym wieku przenieść z czasów, kiedy zaczynałem pracę jako seksuolog, do naszych, uznałby, że to jest jakaś sodoma i gomora.

 

Profesor podkreśla, że niepokojące przemiany i zjawiska postępowałyby jeszcze szybciej, gdyby nie silny katolicyzm w Polsce i to, że Polacy są społeczeństwem bardzo rodzinnym.

Ten system normatywny, rodzinno-chrześcijański, trzyma Polaków w ryzach. To on sprawia również, że ruchy feministyczne nie rozwinęły się u nas tak bardzo jak w innych krajach Zachodu. Filozofia gender, owszem, podoba się elitom, ale to nie przekłada się na praktykę

- stwierdza w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem.

A gdyby się przekładało?

To np. mogliby się znaleźć chętni, żeby wychowywać dziecko apłciowo, bo taki postulat też się czasem pojawia. Niech dziecko samo zdecyduje, kim jest. Jako naukowiec, który trochę wie na temat rozwoju psychofizycznego, mogę stwierdzić ze stuprocentową pewnością, że cechy męskie i kobiece wykształcają się u dziecka na bardzo wczesnym etapie rozwoju. I że przez taki sposób wychowywania można komuś po prostu zwichnąć tożsamość. Zniszczyć życie. Negowanie uwarunkowań genetycznych nigdy nie doprowadzi do niczego dobrego

- alarmuje profesor.

Prof. Lew-Starowicz nie kryje, że jest katolikiem, a wiara w Boga była dla niego źródłem życiowych kłopotów. Obserwując zachodzące w Polsce przemiany stara się stronić od ocen. Fakty mówią same za siebie.

JKUB/"Rz

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych