W państwach prawa obowiązuje zasada domniemania niewinności. „Każda osoba oskarżona o popełnienie przestępstwa ma prawo być uważana za niewinną aż do udowodnienia jej winy”, stoi jak wół w Międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych, Prawo prawem, lecz polityka polityką…, oto Unia Europejska uznała, że odsiadująca w więzieniu siedmioletni wyrok Julia Tymoszenko jest niewinna, winni natomiast są jej paskudni rodacy w togach, którzy bezpodstawnie wtrącili ją za kraty. Co jest ewenementem w skali cywilizowanego świata od czasów kodyfikacji prawa rzymskiego, Unia Europejska usiłowała wymusić na Ukrainie takie zmiany w jej ustawach, które umożliwiłyby wypuszczenie pani Tymoszenko z więzienia i wyjazd z kraju na „leczenie” za granicą…

Wyobraźmy sobie, że Polska domaga się od Niemiec, aby Bundestag uchwalił poprawki w ich kodeksie i uwolnił jakiegoś niemieckiego skazańca, odbywającego wyrok za np. sponiewieranie nielubianej u nas Eriki Steinbach, bo łupie go w kręgosłupie i my go tu chętnie wyleczymy… Czyż nie paranoja? Ikona pomarańczowej rewolucji trafiała do więziennej celi już parokrotnie. Pierwszy raz w 2001r. za machlojki w kierowanym przez nią w połowie lat dziewięćdziesiątych (sic!) koncernie energetycznym EESU, nieco później, w 2004r. oskarżono ją o łapówkarstwo i znalazła się nawet na liście ściganych przez Interpol. Ścigali ją m.in. Rosjanie za jakieś przekręty w handlu sprzętem wojskowym, którzy nagle dziwnie polubili „świętą” Julię z nimbem warkocza na głowie. Według ukraińskich oskarżycieli, moskiewska sympatia do Tymoszenko zrodziła się po tym, jak bez niezbędnych plenipotencji zawarła z Rosją wieloletnie kontrakty energetyczne, narażając przy tym swój kraj na straty. Już podczas odbywania przez nią kary została również oskarżona o współudział w zamordowaniu posła i przedsiębiorcy Jewhena Szczerbania (w 1996r.).

Zanim „piękna Julia” zasłynęła w świecie na fali pomarańczowej rewolucji, pracowała za marną pensję w fabryce maszyn, a ściślej, zbrojeniówki im. Lenina w Dniepropietrowsku. Nieco później otworzyła w lichym pomieszczeniu wypożyczalnię wideokaset. Czy na niej, czy też na rządowym etacie dorobiła się majątku szacowanego dziś na kilkaset milionów dolarów…? Jak twierdzi ona sama, drugą firmę o nazwie Ukraińska Benzyna założyła z kapitału własnego i pieniędzy od rodziców. Tyle, że jej rodzice rozeszli się, gdy miała trzy latka i - za przeproszeniem - nie śmierdzieli groszem… Tymoszenko dorastała w skromnych warunkach, w małym mieszkaniu betonowego blokowiska… Ale, zgodnie z zasadą domniemanej niewinności, osobiście o nic jej nie oskarżam, zrobili to natomiast ukraińscy sędziowie.

Zachodni politycy, prawem kaduka, uznali jednak, że była premier Ukrainy jest… niewinna. Pod ich presją Tymoszenko odbywa dziś karę w warunkach, jakich nie ma żaden więzień w jej ojczyźnie, a nawet w najbogatszych krajach UE. Jej „cela” przypomina dobrze wyposażoną kawalerkę. Jak każdy osadzony, ma też zapewnioną opiekę lekarską, w tym specjalistów zza granicy. Tego jednak unijnym politykom było mało; w walce o odciągnięcie Ukrainy od Rosji, „kuracja” Tymoszenko w berlińskiej klinice Charite stała się jednym z głównych warunków Unii Europejskiej przed podpisaniem umowy stowarzyszeniowej.

Mówiąc wprost, był to zwykły szantaż: nie wypuścicie jej z kraju, niczego z wami nie podpiszemy. Bardzo to osobliwe: bój o Tymoszenko miał przesądzać o losie całego 45 mln narodu ukraińskiego… A „święta” Julia milczała, choć w patriotycznym odruchu mogła przynajmniej powiedzieć wysłannikowi Brukseli, eksprezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, dajcie sobie spokój, przyszłość mojej ojczyźnie jest ważniejsza…

Co do tej przyszłości na rubieżach wspólnoty Ukraińcy też mogą mieć uzasadnione obiekcje. Stowarzyszenie z UE nakładało na Ukrainę obowiązki, lecz bez żadnego prawa jej głosu. Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby uzmysłowić sobie, co stałoby się z ukraińskimi firmami, gdyby z dnia na dzień zostały rzucone do konkurencji z zachodnimi koncernami. Ukraina straciłaby rynki zbytu na wschodzie, nie mając niczego do zaoferowania na zachodzie, że w tym kontekście o realnym wzroście bezrobocia nie wspomnę. To także było powodem odrzucenia przez parlamentarzystów w Kijowie „zaproszenia” unii do współpracy.

Ukraina byłaby gościem w UE, trzymanym nawet nie w przedsionku, lecz poza progiem wspólnoty i to bez choćby papierowej gwarancji, że zostanie do niej przyjęta. Wygląda to tak, jakby bogatszy gospodarz domu chciał nawiązać dobre stosunki z biedniejszym sąsiadem, zaczynając od obrażania go i zmuszając do płacenia za udostępnienie mu np. taczki, którą mógłby wozić jego towary… Zirytowany sąsiad powiedział: mam gdzieś twoją taczkę…

Nad projektem Partnerstwa Wschodniego zawisł wielki znak zapytania. Czy Ukraina wybrała zbliżenie z Rosją? Niekoniecznie, wybrała to, co dla niej, zdaniem większości parlamentarzystów, było najkorzystniejsze. Pomijając wszelkie uwarunkowania wynikające z bilateralnych, politycznych i gospodarczych powiązań z Moskwą, to nie Kijów, lecz Bruksela spaprała robotę. Arogancka Unia chciała upokorzyć Ukrainę. Nie wyszło. Teraz rozlega się lament nad rozlanym mlekiem…, a Władimir Putin z pomocą unii może świętować swój kolejny sukces. Piłka jest jednak jeszcze w grze i wszystko jest jeszcze możliwe, lecz pod tym podstawowym warunkiem, że na innych zdrowszych zasadach oraz bez protekcjonalizmu. Na zbliżającym się szczycie w Wilnie i później będzie o czym mówić…