Najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa, które pani Marianna wypowiedziała tuż po męczeńskiej śmierci swego syna:

Przebaczam mordercom i najbardziej bym chciała, żeby mordercy się nawrócili. Bo oni nie w mojego syna uderzyli. Oni w cały Kościół uderzyli.

Przyjęła śmierć dziecka z przebaczeniem na ustach i w sercu.

Kiedy rozmawiałam z panią Marianną pisząc jej biografię, zrobiły na mnie też wrażenie inne słowa, mianowicie:

„Życie moje było dobre”.

Mimo że tak trudne? – zapytałam ją wtedy. –

„A co ty, bez krzyża do nieba chciałaś się dostać?”

– odpowiedziała mi bez wahania. Dla niej było oczywiste, że i radość, i cierpienie pochodzą od Boga. Że jedno życie się kończy, a drugie zaczyna. To przecież takie proste. Zgodne z naturą. Dlatego przez całe życie mówiła, że ma spokój w duszy, bo wszystko przyjmuje z ręki Boga. Akceptowała życie, jakie miała i znajdowała wewnętrzny spokój. Ta akceptacja przywracała jej właściwą perspektywę w życiu. I stanowiła tajemnicę dobrego życia i pogodnej, spokojnej starości. To właśnie była Marianny Popiełuszko recepta na życie. Recepta matki księdza Jerzego. Matki świetego.

I jeszcze jedno: jakże symbolicznie odeszła: 19 listopada. Ks. Jerzy też odszedł do wieczności 19-tego.

Ufam, że jest już razem z nim w niebie i że się cieszy. Wszak przez ostatnie trzydzieści lat na tę chwilę czekała.