To miało być wejście smoka. Rekonstrukcja rządu miała być uderzeniem propagandowym ze względu na duże nazwiska. W notatkach premiera Tuska wszystko wyglądało świetnie, a Jacek Cichocki i Igor Ostachowicz upewniali swego szefa, że zmiany zrobią wrażenie. Ale kiedy doszło do pierwszych rozmów z kandydatami entuzjazm osłabł. A potem było już tylko gorzej. W końcu Donald Tusk przestał skreślać kolejne pozycje, podarł kartkę z nazwiskami kandydatów i zapadł się w sobie. Nic dziwnego, skoro odmówiło mu (wedle wiedzy na 19 listopada) aż 17 osób wytypowanych na ministrów w sześciu resortach, w których premier chciał wymienić szefów.

O funkcji w rządzie schyłku i gnicia, przez niektórych nazywanym zbiorowym syndykiem masy upadłościowej po „zielonej wyspie”, nie chciał słyszeć komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, przewidywany na ministra finansów. Rozmów nie podjęli też znani europosłowie PO: Jacek Saryusz-Wolski, Danuta Huebner, Jan Olbrycht i Paweł Zalewski. Jedni urażeni wcześniejszym odsunięciem od wpływów i znaczenia przez Donalda Tuska, inni świadomi tego, że wejście do rządu to żaden interes. Jacek Protasiewicz po aferze z wyborami regionalnymi na Dolnym Śląsku sam się skreślił, a wymieniana jako kandydat na ministra nauki Lena Kolarska-Bobińska, zawsze była traktowana tylko jako bardzo głębokie odwody. Wciąż nierozstrzygnięta jest kwestia udziału w rządzie europosła Rafała Trzaskowskiego.

Na miejsce Jana Vincent-Rostowskiego nie chcieli przyjść poseł profesor Dariusz Rosati, były członek RPP prof. Dariusz Filar, obecny członek RPP dr Andrzej Bratkowski. Wciąż przekonywany jest natomiast dr Bogusław Grabowski, prezes zarządu Skarbiec AMH SA. Premierowi Tuskowi miało też odmówić kilku cenionych profesorów, kandydatów na stanowiska ministrów nauki, edukacji, zdrowia i środowiska, m.in. były rektor AGH prof. Ryszard Tadeusiewicz, były rektor UJ prof. Franciszek Ziejka i dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu prof. Marian Zembala. Odmówić premierowi miał też były wybitny skoczek wzwyż Artur Partyka, przymierzany na ministra sportu.

Kiedy się okazało, że znanych osób w rządzie nie będzie, a przynajmniej tych znanych i jednocześnie cenionych, powstała koncepcja dobrze współpracującego zespołu. Tylko tego się nie da sprzedać medialnie, bo rekonstrukcja to przede wszystkim show, a bez gwiazd nie ma show. Rekonstrukcja nie jest przecież żadnym przedsięwzięciem merytorycznym. Nowi ministrowie będą mieli za mało czasu, żeby coś sensownego w swoich resortach zrobić, więc nawet jeśli byliby teoretycznie lepsi od tych, których zastąpią, faktycznie będą raczej gorsi.

Rekonstrukcja to obecnie hasło bez pokrycia, bo nie poprawi jakości rządu, a ma tylko zająć opinię publiczną. Poza działaniem efektu nowości, chodzi o to, by odwrócić uwagę społeczeństwa od realnych problemów. Wystarczy, że w „zaprzyjaźnionych telewizjach” (jak to ujął Andrzej Wajda) będzie sztuczne rozbudzanie zainteresowania nowymi ministrami i „dęcie” nowego otwarcia w połowie kadencji. Na część opinii publicznej takie sztuczki działają, choć już na coraz mniejszą.

Większość wyborców ma obecnego rządu serdecznie dość i żadne sztuczki tego nie zmienią, chodzi tylko o spowolnienie spadku notowań i zamieszanie w głowach magicznym hasłem „rekonstrukcja”. Sam premier niewiele jednak na tym zyska. Przede wszystkim musi coś zaproponować, co jest realne w perspektywie dwóch lat, a w tak krótkim okresie niewiele jest możliwe. Tym bardziej że wcześniej złamane obietnice każą patrzeć na każdą deklarację szefa rządu skrajnie nieufnie. Poza tym premier nie ma ostatnio żadnych dobrych pomysłów, nawet jeśli byłyby one naciągane. Jednak Donald Tusk musi coś rzucić opinii publicznej na żer i wszystko wskazuje na to, że będzie to akcja oczyszczania z korupcji, także oczyszczania rządu i okolic.

19 listopada zatrzymano 18 osób w związku z aferą przy informatyzacji MSWiA za czasów kierowania tym resortem przez Grzegorza Schetynę oraz w związku z korupcją przy przetargach w MSZ i GUS. Przeszukanie zarządzono w 48 różnych miejscach w kraju. Donald Tusk będzie więc mógł wystąpić w roli uczciwego szeryfa, który potrafi się dobrać także do „swoich”, choć po bliższym przyjrzeniu się, ci „swoi” okażą się pewnie „obcy”, czyli głównie będą to ludzie przypisywani Grzegorzowi Schetynie. Akcja oczyszczania z korupcji na chwilę przed ogłoszeniem zmian w rządzie będzie zapewne ważnym motywem (poza przyjęciem budżetu Unii przez PE, reklamowanego jako „wielki sukces Polski”) nowego otwarcia Donalda Tuska, dowodzącym jego bezkompromisowości. Tyle że to tylko ładna bajka, bo przez sześć lat niespecjalnie ta ekipa się wyrywała do zwalczania korupcji.

Mimo sprytnego rozegrania akcji antykorupcyjnej tuż przed ogłoszeniem rekonstrukcji, Donald Tusk raczej nie zyska spokoju i odwrócenia negatywnych trendów. Wywołał bowiem wojnę w PO i okolicach, która uderzy w niego rykoszetem, bo zaatakowani będą się mścić. Można się więc spodziewać odwetu, czyli przecieków materiałów kompromitujących premiera i jego najbliższych współpracowników. I ta wojna nie ustanie, aż przeciwnicy się nie wykrwawią, bo będzie to walka o życie. Czyli nie tylko o ewentualną odpowiedzialność polityczną, ale też karną. Nowe otwarcie Donalda Tuska może się więc okazać ostatecznym zamknięciem jego rządów.