„Obłęd 44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie” – tytuł mówi wszystko. Autor tak nazwanej książki, Piotr Zychowicz, przez blisko pięćset stron tekstu głównie też będzie zajęty udowadnianiem tezy zawartej w tytule. Na szczęście nie tylko jej.

Przyznam, że książkę brałem do ręki z nadzieją na lekturę dobrej, oryginalnej pracy naukowej odkrywającej wiele białych plam istniejących w naszej historii lat 1939-1945. Tak sygnalizowały różne wypowiedzi, publikacje, spory czy nawet i kłótnie! poprzedzające ukazanie się książki. Niestety, nie do końca spełniły się te nadzieje. Lektury przecież nie żałuję.

Białych plam w naszej historii, doprawdy, jest dużo. Rzec można o wiele za dużo. I w książce Zychowicza znajdzie się wiele rzeczy ujawnionych przez autora, a o których dotąd milczano, bo wiadomo „Nie trzeba głośno mówić”! Np. mało się dziś pisze, mówi o ogromnym błędzie ze strony polskich władz, które 17 września 39 roku nie wypowiedziały wojny (formalnie!) wschodniemu najeźdźcy. Konsekwencje tego trwają i dziś.

Jeszcze mniej popularna jest dziś teoria mówiąca, iż jedynie poprzez klęskę Sowiecji w walce z Niemcami, przy silnym wykrwawieniu obydwu stron, istniała szansa na przywrócenie Polsce niepodległości. I wtedy nie była ona popularna a głoszenie jej było ryzykiem narażenia się polskiej opinii publicznej. Z tezą tą odważył się wystąpić w roku 1940 – często przywoływany przez Zychowicza - Józef Mackiewicz. Nazwano go wtedy renegatem, zdrajcą; wierzono w Anglię, Francję. W ich lojalność aliancką. Ale i dziś rozpatrywanie innego wariantu ówczesnych wydarzeń nie jest popularne. Hurra-patriotyzm wykreował pewność, jakoby tylko walka ze Szkopem była OK. I gorzkiego przypomnienia tych fałszów, mitów Zychowicz często dokonuje.

Mało znane np. są nastroje wywołane wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Nastroje nadziei na ostateczną klęskę Sowietów. Tak było w kręgach rządowych w Londynie, tak było w kraju. Autor cytuje relację Mitkiewicza, opisującego sytuację w Londynie. Cytuje także krajowy „Biuletyn Informacyjny”, który wezwał do zachowywania przez społeczeństwo, wobec obydwu agresorów, neutralności:

„ktokolwiek z Polaków odważy się dobrowolnie pomagać którejkolwiek ze stron – uznany będzie za zdrajcę”.

Ale Zychowicz jednocześnie przypomina radiowe wystąpienie gen. Sikorskiego, z 23 czerwca, stwierdzającego, że – jednak! - Niemcy są „głównym wrogiem narodu polskiego”.

W kolejnym wystąpieniu Sikorski miał powiedzieć:

„masakry więzienne ze strony ustępujących bolszewików dotyczyły wyłącznie Ukraińców, podczas kiedy starano się wszędzie w przededniu inwazji niemieckiej uzyskać względy Polaków”.

Niestety, tej rewelacji historycznej nie towarzyszy przypis podający źródło informacji. I tak jest, psiakrew, w całej książce! Bez przypisów!

Dla wielu czytelników może być szokiem stopień przesiąknięcia emigracji, także krajowego podziemia obcą agenturą – jak przedstawia autor. Agenturą niemiecką, sowiecką. Szczególnie liczna była ta ostatnia, i ona też dla Polski okazała się najgroźniejsza.

Książka rozpoczyna się dynamicznie i ciekawie. I tak zresztą będzie do końca; dynamicznie, ciekawie… Tyle, że coraz mniej wiarygodnie. Zwłaszcza w wątku najważniejszym dla niej, czyli udowadnianiu głównej tezy, jakoby Polacy, w prezencie, Stalinowi, itd…. A w sumie obróci się… przeciw autorowi. Im on jest bardziej przeciw Powstaniu tym wyraźniej widać, iż w tej kwestii nie było alternatywy! A nie o taki przecież rezultat lektury zabiegał autor!

Ważnym w przypadku tego tytułu jest ustalenie także tego… czym on jest? Na pewno nie jest pracą naukową. Sens „dzieła naukowego”, jak podpowiadają „Google”;

„polega na udostępnieniu osiągnięć naukowych specjalistom w danej dziedzinie i utorowaniu przez to drogi do dalszych badań”.

Po prostu, pracę naukową rozpoznaje się od pierwszego rzutu okiem; po ilości i treści przypisów mało, że rozbudowujących centralne wątki poruszone w pracy, ale także podające adresy źródeł, z których autor skorzystał dla swego wywodu. Zwłaszcza gdy się podaje do powszechnej wiadomości tak ważne wydarzenia, fakty jakie ogłasza Zychowicz!  O jednym takim przypadku już wspomniałem.

Brak oprawy naukowej zagraża pomniejszeniem wiarygodności pracy. Po pierwsze – nieznany jest kontekst cytatów. Po drugie, po niewielu stronach lektury orientujemy się, że nie jesteśmy w stanie ustalić czasu pisania tekstów, z których owe cytaty pochodzą. Bo innej wagi są komentarze sformułowane w natchnieniu proroczym (vel – mądrości politycznej), a innej te spisane w tygodnie, miesiące czy lata po wydarzeniu. I tak np. cytat z eseju powstałego po Powstaniu – gdy znane były już skutki walk - sąsiaduje z cytatem z tekstu powstałego przed godziną „W”... Po prostu, czytelnik powinien być o tym powiadomiony. Właśnie, choćby przypisem. Ponieważ go nie znajduje, może posunąć się do niebezpiecznych dla autora podejrzeń, np. o nieprzypadkowość nie zaistnienia wspomnianego aparatu naukowego. Ba, może zacząć nieładnie podejrzewać, że być może autorowi chodziło o to, by pozbawić czytelnika możliwości konfrontacji z oryginałami...

Niewątpliwe jest jedno – książka przyda popularności Józefowi Mackiewiczowi, któremu popularności, jak stwierdzam, od lat obserwując losy jego dzieła, nigdy za wiele! To fakt! Wszak miłośnika twórczości autora „Nie trzeba głośno mówić”, przeraża sposób, w jaki został użyty przez Zychowicza.

Żeby nie być gołosłownym:

Pierwszy cytat z Mackiewicza znajduję na stronie 25 książki. Konfrontując ów liczący czternaście wersów, fragment z oryginałem stwierdzam sześć niezaznaczonych (…) cięć, oraz dwie poprawki/przeróbki stylistyczne. Przepraszam, w ten sposób z każdego tekstu można inny sens ułożyć. Akurat w tym przypadku to nie następuje; na pewno jednak podrywa zaufanie do metody pracy autora, który „zapomniał”, mało że o podawaniu przypisów to i o używaniu zwykłych znaków informacyjnych. Nie znajdę w książce ani jednego cytatu z Mackiewicza zaopatrzonego w informację o cięciach (…), a w wielu stwierdzę przeróbki stylistyczne… Akurat książki Mackiewicza mam w domu, więc mogę sprawdzić. Nie wątpię przecież, by inaczej było z pozostałymi cytatami – są kompilacją. Powtórzę – w przypadku sprawdzonego osobiście Mackiewicza, okazuje się, że nie zmieniają sensu oryginału. Miejmy nadzieję, iż tak samo jest w przypadku pozostałych użyczeń. Przepraszam, że tyle piszę o technice, ale jednak w przypadku tej pozycji chciałoby się nie doznawać tego rodzaju stresów. Wracając do rzekomego prezentu polskiego dla Stalina…

Już na 13 stronie książki autor przyznaje, iż nie potrafi myśleć bez wstydu o tym,

„że 200 tysięcy moich rodaków zostało pogrzebanych pod gruzami stolicy mojego kraju, bo kilku panów wpadło na pomysł, że będą uroczyście witać w Warszawie ‘sojusznika naszych sojuszników’”.

I już od tejże 13 strony poznajemy generalny ton panujący w tej rozprawie – ironia. Często taka, że boki idzie zrywać! A wtedy można i o logice zapomnieć; np. o tym, iż ci panowie podejmując swoją decyzję nie przewidywali takiej ilości ofiar, ani stopnia zniszczeń!

Tak, faktem jest, iż mieli w planie powitanie sowietów na praskich przedmieściach. Często używany przez autora dla wsparcia swych tez płk. Bokszczanin w następujący sposób ujmował cel akcji AK w Warszawie, ostatecznie podjętej 1 sierpnia 1944:

„Wyprzedzając straże przednie sowieckie w zdobyciu Warszawy, opanować miasto – od Niemców – własnymi siłami i, stawiając Sowieciarzy przed faktem dokonanym, wystąpić wobec nich w roli pełnoprawnych gospodarzy na wyzwolonym przez siebie terytorium, przez co uniemożliwić im osadzenie w stolicy utworzonego już w Lublinie rządu Bieruta. To było istotny par excellance politycznym skierowanym przeciwko polityce Sowietów celem powstania, wobec czego wszystko inne schodziło na plan dalszy...”

Bokszczanin dodawał:

„M o ż n a   p o w i e d z i e ć,  ż e  c e l e m  p o w s t a n i a  b y ł o  n i e  t y l e  p o b i c i e  i
w y r z u c e n i e Niemców z Warszawy, c o   p o s t a w i e n i e  S o w i e c i a r z y  w  k ł o p o t l i w e j  i  n i e w y g o d n e j  p o l i t y c z n i e  s y t u a c j i.”

Za Powstaniem, z tych samych powodów był także Józef Mackiewicz. I pisze o tym jasno w książce cytowanej często przez autora („Optymizm nie zastąpi nam Polski”), który cytuje z niej dla zasugerowania jakoby Mackiewicz był… przeciw Powstaniu.

Oto cytat ze stron 29-30 książki Mackiewicza:

„Plan jest taki: Ponieważ dalsza bierność wobec bolszewików wkraczających do Warszawy staje się rzeczą niemożliwą, a zatem, żeby nie drażnić koalicji Zjednoczonych Narodów oporem zbrojnym przeciw Sowietom, wywołać powstanie przeciwko Niemcom. Ale wywołać go w ostatniej chwili dla uniknięcia niepotrzebnych ofiar, wnieść przez to swój wkład do wspólnej puli wojennej Zjednoczonych Narodów, a następnie, w opanowanej już przez wojsko i władze polskie stolicy, spotkać wojska czerwone, stawiając zarówno je, jak cały świat, przed faktem dokonanym. Plan był raczej rozumny i pod każdym względem politycznie moralny”.

Mackiewicz polemizuje z opinią jakoby Powstanie wybuchło za wcześnie. On, akurat przebywający w tamtych dniach w Warszawie, pamięta:

„Bolszewików oczekiwano już nie z dnia na dzień, a z godziny na godzinę”.

Nastąpiła zdrada, jak określa pisarz, i przypomina:

„Od roku 1941 wszystkie radiostacje sowieckie nawoływały naród polski do powstania(…) Jeszcze w czerwcu 1944 roku komunistyczna prasa podziemna w Warszawie pisała, że to tylko reakcyjny, prohitlerowski, faszystowski obóz w Polsce wymyślił hasło, że Niemcy są już pobite, żeby odciągnąć masy od powstania. I oto gdy powstanie wybuchło naprawdę, bolszewicy umyli ręce, oświadczyli, że ‘przedwcześnie, że Bór to zdrajca (?) itd. – nastąpiła bezprzykładna zdrada, najcyniczniejsze wydanie Warszawy na łup niemiecki, nb. w formie, która zaćmiła wszystkie poprzednie klęski, jakie na to miasto spadły”

Jak widać, tylko w tej ostatniej ocenie Mackiewicz i owszem jest tego samego zdania co Zychowicz; klęska miasta była potężna, największa. Broszurę swą Mackiewicz wydał w Krakowie w październiku 1944 r. Swej zasadniczej opinii nie zmienił i po trzech latach, gdy w roku 1947 na stronach „Wiadomości” (nr 20) zamieścił tekst „Powstanie warszawskie z innej strony”. Dziwił się w nim, że można potępiać akcję,

„której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego?”

Zychowicz uważa inaczej, a więc nie „używa”/ nie zna (niepotrzebne skreślić) tego eseju! Więc i nie wyczytamy w jego książce takiego oto opisu ówczesnej Warszawy dokonanego przez Mackiewicza:

„Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy(…) W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski.(…) O 11-ej [30 lipca – uw. G.E.] byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga”.

Jest pewien, iż Powstanie „mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed światem, Warszawa, wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy.”

Dlaczego tak się nie stało…? Mackiewicz stwierdza tu bardzo ważną rzecz wobec rozważań Zychowicza, który przecież podobno ceni jego opinie:

„niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu armii czerwonej stawała suwerenna Polska, ale uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstawała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie, z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z armia czerwoną”

Krótko mówiąc;

„Krew zalewająca oczy Hitlera pomieszała mu resztę rozsądku (…) Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”.

Gdyż podobnie jak pierwszy doszedł do skutku wyłącznie (kursywa pochodzi od J.M.) w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny, i doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli”

Powstanie musiało wybuchnąć. Stefan Korboński, stwierdza, iż zaniechanie walk: „potwierdziłoby oskarżenia sowieckie, że polskie państwo i AK to fikcja i umożliwiłoby wystąpienie w stolice Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego powołanemu przez Sowiety do życia 21 lipca 1944 w charakterze niekwestionowanego już i bezkonkurencyjnego rządu polskiego. Opanowanie miasta przez AK i objęcie władzy nad stolicą i krajem przez rząd podziemny miało temu zapobiec i stworzyć fakt dokonany, z którym Sowiety będą musiały się liczyć.”

Słowa Korbońskiego wspierają słowa Stalina (poznane po latach), który 23 lipca 1944 stwierdzał wobec Churchilla:

„Nie znaleźliśmy w Polsce żadnych innych sił, które mogłyby stworzyć polska administrację. Organizacje podziemne kierowane przez Rząd Polski w Londynie okazały się efemerydami pozbawionymi wpływów”.

Cytuje je sam autor, o dziwo nie znajdując ich związku z wybuchem Powstania.

W tych samych dniach lipcowych 44 roku, na kilka dni przed wybuchem Powstania, w Wilnie miały miejsce rozmowy szefostwa AK z dowództwem niemieckim. Gen. Gerhard Poel uznał konflikt polsko-niemiecki za już nieaktualny: „Niemcy gotowi są więc przekazać miasto Polakom. Polskie podziemie przejęłoby administrację w mieście a Niemcy wypuściliby polskich jeńców z Gestapo”. Tak się ostatecznie nie stało, ale przecież raport z tej rozmowy znany był w Warszawie. A więc Niemcy gotowi byli wycofać się z miasta bez walki!!! W Wilnie, więc dlaczego by nie w Warszawie także…? Powyższa informacja nie pochodzi od Mackiewicza, czy Korbońskiego. Znalazłem ją na 176 stronie książki… „Obłęd 44”!

Jak to się zwykło zauważać w takich momentach – strzał we własna stopę to mało powiedzieć!

Dawno nie miałem kontaktu z książką wymagającą z mojej strony aż tyle samozaparcia. Czytałem ją ponad miesiąc, coraz to odrzucany – głównie – z przyczyn merytorycznych. Nie brakowało jednak i estetycznych. Bo i doprawdy trudno spokojnie kontynuować lekturę – a nie zrobić sobie kilku dni urlopu - gdy się natrafia np. na takie zdanie: „Przez litość dla tego małego człowieka spuśćmy kurtynę milczenia nad tym co wówczas wygadywał”. To o Mikołajczyku, postaci zresztą nie z mojej bajki, wszak jestem pewien, iż nie takim językiem powinno się pisać książki mające być – a na taką się mierzy „Obłęd 44” – poważną publicystyką.

Na szczęście jednak bywa ona też i poważną pracą, stawiającą poważne, warte analizy pytania. I już choćby tylko dla nich, nad książką tą trzeba głęboko się pochylić, a może i dołączyć do niektórych pytań jakie stawia. Np. rzezie wołyńskie. Zychowicz twierdzi, iż na AK leży wina za nie udzielenie pomocy, ochrony ludności polskiej na tamtych ziemiach. Jest pewien, iż było to fizycznie, technicznie możliwe… I przedkłada na tę tezę przekonujące wywody. Niewątpliwie temat ten historycy powinni bliżej obejrzeć. Tak, pytanie postawił dobre, wszak już uznając płk. Rzepeckiego za głównego sprawcę tego zaniechania (ew.), obronę tamtego nazywa… bredzeniem. Przepraszam, ale nie tym językiem operujmy!

Rację ma dziwiąc się prof. Friszke’mu, iż tamten potrafi nazwać ubeków, agentów Moskwy „naszymi braćmi”, a mordowanie ich nazywa „mordami bratobójczymi”… Bo trzeba głośno się dziwić, protestować.

Zgadzam się z autorem, iż w styczniu 1944, po przekroczeniu przez sowietów naszych dawnych wschodnich granic, po wydaniu przez nich komunikatu, z którego wynikało, iż zabierają nam połowę kraju, należało plany operacji „Burza” wyrzucić do śmieci. Lecz tu wizja autora się urywa. Pozwolę sobie rozwinąć jego refleksję; po odpowiednim wykorzystaniu kosza na śmieci należało wszystkie wojska AK, BCh, NSZ przewekslować na Warszawę, tak aby w godzinę „W” mogły podjąć walkę o przejęcie miasta…

Sikorski jest jednym z negatywnych uczestników książki Zychowicza. Nie dziwię się takiej ocenie, dziwię się natomiast temu, że autor krytykując Sikorskiego ani razu nie wspomniał o jego silnych związkach z masonerią, a więc i być może wynikających z tego powinnościach, które – być może - uczyniły z niego wodza przegranej sprawy. Także pisząc o Retingerze, niewątpliwie jednej z bardziej dwuznacznych postaci naszej historii, ani słowa na literę „m”!

Zychowicz woli za to nazywać Sikorskiego naiwnym. Przepraszam, ale naiwność to termin zakładający czyjąś uczciwość, poczciwość; w sumie więc Sikorski miałby być ofiarą cyników… Dużo też o Sikorskim, megalomanie, który „z wyciągniętym językiem wycinał” z prasy wzmianki o sobie. Autor wzdycha ciężko:

„Takiego niestety mieliśmy premiera i naczelnego wodza”.

I dalej autor nie zna słowa na literę „m”. Bo dla historyka chyba ważna jest kwestia ustalenia czy zło uczynione przez Sikorskiego jest skutkiem jego „mądrości inaczej” - jak sugeruje autor - czy jednak jego przynależności i zależności od sił ponadnarodowych. I z mojej strony nie jest to przejaw popadnięcia w mielizny teorii spiskowej, a przypomnieniem refleksji Niny Berberowej (członkini rosyjskiej cyganerii artystycznej, następnie - emigrantka ale głównie świadek epoki; ur. w 1901, zmarła w 1993, USA), która odpowiadając na pytanie dlaczego w lecie 17 roku Rosja nie zawarła pokoju z Niemcami - co umożliwiłoby zapewne opanować anarchię panującą w kraju (i tym samym nie doszłoby do kontrrewolucji październikowej) - przypomniała o nagłej wizycie w Rosji ministra rządu francuskiego, znanego masona, który przypomniał rosyjskim braciom, iż Francja nie może być porzucona… I nie została, a że kosztem tego rozprzestrzeniła się po świecie największa zaraza w historii naszej ziemi, to…

Wracając na nasze podwórko.

W przypadku Retingera Zychowicz zdołał zacytować słowa Adama Doboszyńskiego powtarzającego za wyższym oficerem dwójki, iż Retinger to „członek potężnej międzynarodowej mafii lewicowej”. I jest to bodaj jedyny moment w całej książce, kiedy autor zbliża się do owej literki „m”.

Sikorski jest – jak twierdzi Zychowicz - niedobry, ale następny premier, Mikołajczyk to dopiero dramat! Po pierwsze człowiek bez charakteru! Zapewnia o tym autor i daje też odpowiedni tytuł rozdziałowi osobie tej poświęconemu: „Mikołaj Mikołajewicz Mikołajczyk”… Poza tym, Zychowicz okazuje się wiedzieć co tamten widział oczami swej wyobraźni. Widział więc Mikołajczyk: „jak przylatuje do ‘wyzwolonej’ przez Armię Czerwoną Warszawy i zostaje szychą w ‘przyjaznym wobec Sowietów’ rządzie”. Hmm, przecież niedawno twierdził autor, że to Mikołajczyk stał za decyzją o wywołaniu Powstania dla wyzwolenia Warszawy. Więc skąd ta wizja Warszawy wyzwolonej przez Armię Czerwoną…? Zychowiczowi obojętny ten detal, grunt, że ma pewność co do szychowych ambicji Premiera. Powtarzam, że i w moich oczach niezbyt chwalebnej postaci, ale na pewno godnej poważnej analizy a nie bluzgania, jak czyni Zychowicz.

Jedno jest pewne i bezdyskusyjne; przed Powstaniem w naszej historii zaistniało wiele momentów, które musiały (lub nie – to sprawa dyskusji, byle poważnej!) doprowadzić do jego wybuchu. Ale które też zaważyły nad jego przebiegiem. No i dalszymi wydarzeniami. O tych elementach składanki u Zychowicza jest sporo. Ciekawie i dyskusyjnie, a czasami wręcz i… obraźliwie.

Np. Łubianka, miejsce katowni, ale i miejsce… rozmów z władcami sowiecji. Z niektórymi rozmawiano, niektórych bito. Np. były premier, Leon Kozłowski był tam tak masakrowany, że stracił jedno oko, połamano mu żebra, cudem przeżył; skazany na śmierć, w ostatniej chwili uratowany przez Hitlera, nagle wybuchłą wojną 22 czerwca. Świadkowie w roku 1941 tak zapamiętali Kozłowskiego:

„Ma niewiele ponad pięćdziesiątkę, a wygląda jak starzec siedemdziesięcioletni. Jest wysuszony i porusza się po pokoju tylko po omacku”.

Inny dodaje:

„Brakowało mu większości zębów”. Bijącym chodziło tylko o jedno – o zgodę na współpracę.

Ale o Kozłowskim u Zychowicza słowa nie znajdziemy. Opisując przypadek  Kozłowskiego musiałby się zastanowić dlaczego inni nie byli bici, a nawet nie dojechali do Katynia. I wtedy musiałby nie tylko rozpisywać się nad Januszajtisem, Okulickim, ale przystanąć z tym pytaniem np. przy… Andersie! Można więc podejrzewać, iż Zychowicz wie, że jednak w wielu sprawach jeszcze „Nie trzeba głośno mówić”.

A gdy już jesteśmy przy postaci Andersa i jego istnieniu w wariacjach Zychowicza, warto zwrócić uwagę na widoczną w tym – kolejną! - niekonsekwencję autora. Oto cytowana jest przez niego opinia Sosnkowskiego, który miał powiedzieć Andersowi, w momencie podejmowania przezeń decyzji o ataku na Monte Cassino:

„Pióropusz biały panu się śni”.

Bardzo trafna uwaga, popierana zresztą przez Zychowicza. Ale, o dziwo, wkrótce, tenże autor będzie używał Andersa jako autorytet, i cytować - na serio - jego opinię jakoby ludzie podejmujący decyzję o Powstaniu byli zbrodniarzami…? Okazuje się oto, iż dla autora wiarygodność postaci przywoływanej na świadka nie jest ważna. Potrzebne mu są słowa jemu potrzebne, a te jest gotów wziąć od każdego!

Weźmie je więc także od Jana Matłachowskiego, którego relacja – spisana w wiele lat po wydarzeniach - z przebiegu obrad związanych z ogłoszeniem godziny „W” jest bardzo zgodna z tezą, którą autor usiłuje udowodnić. A Matłachowski, o czym Zychowicz musi wiedzieć, to – delikatnie mówiąc – niezbyt świetlana postać. Gdy po wojnie znalazł się na emigracji, dość szybko zaczął być podejrzewany o kontakty z ambasadą, redagował też dziwną, czerwonawą gazetę („Tygodnik”). Dziś IPN udowadnia, iż podejrzenia emigracji były trafne, Matłachowski miał pseudonim „Maksym”. Rozpracowywał m.in. Giertycha, Cat’a Mackiewicza. Do kraju wrócił niedługo po tym ostatnim, otrzymał tu tzw. ciepłą posadkę i dalej wykonywał swą agenturalną robotę. A dziś jest świadkiem w „Obłędzie 44”! A nie ma przecież tak, aby sprawa agenturalności generalnie była obojętna Zychowiczowi! Przeciwnie, jeśli jest to mu przydatne, jak np. w przypadku ppłk. L. K. (oszczędzę podawanie pełnego nazwiska, w książce wymienionego jak najbardziej), nie waha się napisać; „był on najprawdopodobniej agentem sowieckim”. Tak pisze publicysta, historyk, per „prawdopodobnie”! Znakiem tego, równie dobrze można napisać o nim samym; „jest on najprawdopodobniej osobnikiem chorym psychicznie”… Przepraszam, jak można to można! Można pisać bez posiadania zapisów IPN’owskich, to można i bez badań psychiatrycznych! Boć „najprawdopodobniej”!

Wracając do „autorytetu”, czyli gen. Andersa… Jest to postać, która, nie tylko moim zdaniem, w sprawie Powstania Warszawskiego nie powinna ani słowa wypowiadać, a każde wypowiedziane trzeba jak najszybciej zapomnieć, i, broń Boże, traktować na serio. Krótko mówiąc; Anders miał możliwość nie podejmowania walki o klasztor, natomiast… Powstanie musiało wybuchnąć!

Anders, mówiąc współczesnym językiem, to, po prostu, celebryta! Pisał o nim Leon Mitkiewicz per „Bohater krwawej bitwy pod Monte Cassino”. Na pewno krwawej, ale dlaczego bohater…? Doprawdy, bardziej tytuł ten należy się irańskiemu niedźwiedziowi o polskim imieniu „Wojtek”, donoszącemu tam na linię walki amunicję! Niepojęta jest łaskawość naszej publicystyki historycznej tak oszczędzająca postać tego generała. Dużo się pisze o walkach o Monte Cassino, prawie nic o bezsensie rozkazu zmuszającego do tej walki. Klasztoru nie trzeba było zdobywać, można go było obejść. Jak i w rezultacie się stało (Niemcy nie pozostali tam pokonani, oni sami odeszli; bitwa więc była, wbrew legendzie, przegrana)! Rozkaz był szczytem egoizmu generała, rezultatem wyłącznie chęci zbudowania sobie pomnika po wsze czasy… „Pióropusz biały”!

Krąży w naszej publicystyce chęć zrównania Monte Cassino z Powstaniem Warszawskim. Powtórzę więc; Monte Cassino można było ominąć, Powstania nie!

I to wbrew blisko 500 stronicowego wywodu p. Zychowicza!

Autor, kategorycznie, stwierdza, że Powstanie to „koniec Polski”… Myślę, że mocno przesadza. Bardziej odpowiada mi tu opinia Józefa Mackiewicza, wyrażona w książce bardzo często „używanej” przez Zychowicza, tj. „Optymizm nie zastąpi nam Polski”. Pisze tam J.M.:

„Powstanie przyniosło nam ogromne korzyści polityczne. Bóg zechce rozsądzić, czy równoważą one krew, mord, cierpienia naszych rodaków, hańbę kobiet, zniszczenie klejnotów rodzimej kultury, płacz dzieci (…) Powstanie warszawskie w znacznym stopniu przyczyniło się do rozjaśnienia tej sytuacji, o którą nam chodziło. Odsłaniając z jednej strony istotne oblicze sowieckie, podniosło poświęcenie polskie do piedestału bohaterstwa i wstrząsnęło sumieniem świata. Daliśmy o sobie mówić na początku tej wojny, ale nie zawsze w sposób fortunny, gdyż nagły upadek Polski w 1939 r. był zbyt niespodziewany dla opinii nieprzywykłej wówczas do wojen błyskawicznych. Dajemy o sobie mówić u schyłku tej wojny, co jest rzeczą o wiele ważniejszą”

Niepojętym wprost oskarżeniem wysnuwanym przez Zychowicza jest twierdzenie jakoby Powstanie było aktem kolaboracji ze Związkiem Sowieckim. Jak puste są w takim razie jego zapewnienia jakoby oskarżał jedynie szefostwo podziemia, a dla samych powstańców miał cześć i szacunek…?! Przepraszam, ale trudno o szacunek dla osobników, którzy byli takimi „bystrymi inaczej”, że nie zdawali sobie sprawy z bycia kolaborantami sowieckimi!!!

Zychowicz jak mantrę powtarza, iż zamysłem Komendy Głównej, było:

„opanować miasto własnymi siłami na chwilę przed wkroczeniem do niego Armii Czerwonej, ujawnić się bolszewikom i przywitać ich w roli gospodarza, jako wkraczającego sojusznika. Rzeczywiście bardzo antysowieckie intencje…”.

Wyjaśniam, iż ostatnie zdanie autor napisał w tonie ironicznym. Doprawdy, ironia nie jest tu potrzebna! Bo i tak jak napisał miało być!

Nieraz już cytowany Bokszczanin przypominał, iż celem Powstania było:

„opanować Warszawę możliwie na trzy doby, ale nie mniej niż na 24 godziny przed wkroczeniem wojsk sowieckich do miasta, jest to bowiem minimalny czas potrzebny dla zorganizowania administracji miejskiej i władz państwowych, mających reprezentować Rząd Polski w Londynie i zadokumentować suwerenność Polski. Gdyby tego minimalnego czasu nie dało się uzyskać, cała akcja powstańcza byłaby chybiona. Delegat (Jankowski) kładł na to szczególny nacisk, nie mówiąc jednak o tym w jaki sposób miano powstrzymać wdzierające się do miasta wojska sowieckie – miano po prostu wyprzedzić je, rozpoczynając akcję wcześniej o te 24 godziny. Bór (Komorowski) w wywiadzie (Na Antenie) mówi o 12 godzinach, czego nie kwestionuję, bo przy następnych spotkaniach z delegatem (Jankowskim) ten czas mógł być zredukowany. Nie ma większego znaczenia 12, czy 24 godziny.”

Im więcej poznałem stron książki tym silniej zaczynam wątpić w rozumienie przez autora tematu o którym pisze. Ale też zaczynam wątpić także i w jego stosunek do… prawdy (przypomnę: Jedynie prawda jest ciekawa!). Bo jeśli jest w stanie przekłamać nawet opis ówczesnych warszawskich ulic, to znaczy się – wszystko jest w stanie zrobić, byle mu tezę wspierało. Np. tę jej część, że szkopy ani myślały odpuścić Warszawę (w przeciwieństwie do Wilna, np.), a przerabiały ją w twierdzę. Dowodem na to – jak stwierdza Zychowicz – była mnogość bunkrów stojących „niemal na każdym warszawskim rogu”

Wystarczy przecież odpowiednio sformułować hasło w Googlach, by za chwilę czytać:

„na polecenie szefostwa AK planującego Powstanie, w roku 1944, przez kilka miesięcy dokonywał dokumentacji fotograficznej obiektów typu bunkry uliczne, zasieki Stefan Bałuk, ps. ‘Kajtuś’”.

W rezultacie znalazł on w całej Warszawie niecałe… dwadzieścia bunkrów. Każdy z nich „pilnował” jakiegoś ważnego ośrodka niemieckiego; np. w Alei Szucha (wiadomo, Gestapo), także przy szpitalu niemieckim, siedzibie Fischera, komendzie miasta, przy wjeździe do dzielnicy niemieckiej itd. itp. Doprawdy, Warszawa miała więcej aniżeli dwadzieścia ulic!

Owszem, w Krakowie bunkrów na ulicach nie brakowało (a i tak nie zostały wykorzystane). Ale tam nie mogło dojść do Powstania, ponieważ zabrakło zezwolenia Franka! W Warszawie Franka nie pytano. Przepraszam za poziom dowcipu, ale z kim przestajesz… A ja przestaję już ponad miesiąc!

Jak się już rzekło, Zychowicz niewielu widzi godnych Polaków. Często widzi pół na pół, rzec można - przeciętych. Właśnie np. Anders, który raz – Monte Cassino – jest be, ale zaraz jest OK., bo mówi słowa przydatne w krytyce wybuchu Powstania. Ewidentnie człowiekiem prawym jest Bokszczanin, autor sugeruje wręcz aby to jemu stawiać pomniki, ulicom, placom nadawać jego imię (plus nazwisko). Tu akurat zgadzam się z p. Zychowiczem, tyle, że tamtemu pomniki należą się za inne aniżeli on wskazuje, wypowiedzi!

Najbardziej pozytywną postacią tych wydarzeń wojennych autor uznaje gen. Sosnkowskiego. Według niego - heros mądrości, prawości. Owszem, przegrał, ale jak twierdzi autor, trudno było nie przegrać mając przeciwko sobie tylu wrogów, intrygantów. I to w kręgach mu najbliższych. A i władza jego była pozorna, wydawał rozkazy a i tak ich nie wykonywano… Łobuzy jedne, nieposłuszne! Ba, były nawet takie dranie co depesz do niego nie dopuszczały. O czym zresztą on, często, wiedział i… zżymał się głęboko!

Mam przecież nadzieję, że aż tak źle nie było jak pisze Zychowicz. I wkrótce odezwą się historycy sensowniej broniący Sosnkowskiego. Nie przez jego słabizny a przez mądrość, skuteczność, która akurat w relacji Zychowicza wygląda na bliską zeru! W każdym razie, dziękuję za takiego adwokata, który klienta broni udowadniając, iż ten był mięczakiem niezdolnym do podjęcia odpowiednich decyzji!

Jeśli faktycznie było tak jak przedstawia Zychowicz, generał powinien od dawna podać się do dymisji. Podlegli mu – podobno - nie słuchali rozkazów, najbliższy mu personel uprawiał własną politykę wykazując się największą wobec niego nielojalnością… I on tego nie widział?! Bo jeśli widział i dalej trwał na stołku, oznacza to, że… bardzo polubił ten stołek. A więc był cynikiem i karierowiczem. A przecież tak nie było. Chyba nie było… Po książce Zychowicza zaczynam wątpić w swą dotąd pozytywną opinię o Generale

Wygląda oto, że Sosnkowski, po prostu, chyba jednak na Szefa się nie nadawał. Np. bardzo go szanujący Piłsudski powiedział kiedyś; ale Wodzem nie może być, za bardzo hamletyzuje… Zychowicz zapomniał/ nie zna tej anegdoty, a ona naprawdę wiele wyjaśnia. Np. niepojęte, niczym nie uzasadnione zniknięcie Sosnkowskiego z Londynu pod koniec lipca 1944, i to na przeciąg kilkunastu dni, w Warszawie wypełnionych już walką. Wielu uważało to za dezercję – ucieczka od wydawania rozkazów! A był, bądź co bądź, Naczelnym Wodzem! Trudno tu znaleźć jakieś wytłumaczenie.

Zychowicz przywołuje tajemniczą (bo i, jak to u niego już jest zasadą, pozbawioną informacji o źródle), depeszę Sosnkowskiego z 30 lipca 1944:

„Jestem w obecnych warunkach politycznych bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sensem z konieczności byłaby zamiana jednej okupacji na drugą”.

Aż nie chce się wierzyć, iż autorem tych słów mógł być gen. Sosnkowski. Hamlet, owszem, ale nie półinteligent twierdzący, iż te powstanie spowoduje zamianę okupanta. O tej wymianie okupantów dawno już zadecydowali alianci, zdrajcy sprawy polskiej. Był to już formalny fakt! Powstanie, jedynie – i aż! – przy najwłaściwszym dla sprawy polskiej przebiegu dawało ostatnią szansę zakłócenia ustaleń teherańskich!

Na marginesie przypomnę, korzystając z książki Bienieckiego „Lotnicze wsparcie AK”, iż gen. Sosnkowski był tą osoba, która listopadzie 1940 r. zapewniała gen. Roweckiego „że lotnictwo polskie w W. Brytanii będzie rozbudowane pod kątem współdziałania z Krajem”. Minęły cztery lata i… ani samolotów, ani stałych załóg. Rozpaczliwa improwizacja, rozpaczliwe użeranie się z Anglikami. Jednym słowem - kompromitacja generała. Nie pierwszy, nie ostatni dowód jego nieskuteczności. Ale i pychy, która kazała mu trzymać stanowisko, acz nic mu nie wychodziło…

Pod koniec września 1944 Sosnkowski zostaje zdjęty z funkcji. Autora to oburza, a przecież jakby nie patrzeć, tamtemu to się należało. Np., jak można wyczytać w książce, np. Anglicy poinformowali polski kontrwywiad, iż namierzyli dwukrotne kontakty gen. Tatara z agentem z ambasady sowieckiej. Sosnkowski o tym wiedział, i dalej, niby nic, tolerował tak bliską obecność agenta…

I właściwie śmieszy wysoki ton obrony owego hamletyzującego dowódcy ze strony autora, który od pierwszej strony swej książki zapewnia, że nie lubi pomników, półprawd, i że trzeba mówić

Ważnym elementem dowodowym w akcie oskarżenia sformułowanym przez Zychowicza – i często powtarzanym - jest podjęcie decyzji o wybuchu walk wbrew istniejącemu rozkazowi Sosnkowskiego, podobno, bezwzględnie zakazującego Powstania. Ale jednocześnie ten sam autor, czyli Piotr Zychowicz, omawiając agenturalność gen. Tatara oskarża go o… zablokowanie w Londynie tejże to depeszy! Nie dotarła więc i nie była w Warszawie poznana! Ten sam Zychowicz stwierdza wkrótce, iż Bór pytany po latach, co by zrobił otrzymawszy ową depeszę zapewnił: „To byśmy walki nie rozpoczynali. Rozkaz byłby wykonany”… Zapętlenie autora wyraźnie się powiększa

Niewątpliwe jest, iż agentury nam nie brakowało. Wspomniany Tabor-Tatar, Utnik, Nowicki. O ich złych rolach w naszej historii wiadome było od dawna. Od kilku lat krążyły podejrzenia co do osoby Okulickiego. Zychowicz – jak się wydaje – stawia tu kropkę nad „i”. Wychodzi na to, że i ten generał był agentem sowieckim. Złamany po aresztowaniu przez NKWD w styczniu 1941, jak wywodzi autor, podjął swą straszną rolę prowokatora. To jego autor typuje na głównego sprawcę Powstania. W sensie technicznym i owszem jest to możliwe, ale i tylko takim.

Zychowicz wspominając rok 1941 w życiorysie Okulickiego stwierdza; „funkcjonariusze NKWD potrafili bowiem złamać każdego”. Nie każdego! Pisałem powyżej o Leonie Kozłowskim. A bili tamtego bo chcieli jego współpracy! Odmówił! Okulicki nie odmówił…

Zychowicz zauważa, iż Okulicki mógł się oczyścić przedstawiając - gdy już był w Armii Andersa, czy w Londynie - całą prawdę o tamtym załamaniu się… Autor sugeruje, że takich wystąpień było sporo. Okulicki o istocie swej przemiany nikomu nie wspomniał. Podobno, dużo pił alkoholu. Rzekomo na rauszu podejmował ważne decyzje, a im bardziej był zalany tym większy był z niego patriota… Tak często bywa u agentów, wiemy o tym z historii. Także tej nam najwspółcześniejszej…

Pewne jest jedno - powstańcom nie udało się zrealizować planu, dla jakiego podjęli decyzję o walce. Ponieśli ogromne straty, to fakt. Ale czy walka ta była bezsensowna, i z samymi tylko negatywnymi skutkami…? …

Pozwolę sobie tu przytoczyć mało spopularyzowaną opinię krajowego historyka, pani Natalii Naruszewicz (czyli Leszka Moczulskiego), która twierdzi, że gdyby wojska sowieckie nie stanęły na Pradze na ponad pięć i pół miesiąca, wstrzymane rozkazem Stalina, a poszły dalej, uprzedzając aliantów, mogłyby zająć może i całe Niemcy. Opóźnieni buntem Warszawy doszli tylko do Łaby

Czyli, Polska swymi ofiarami uratowała Europę przed jeszcze większą klęską aniżeli ta jaka się wydarzyła; Niemcy całkowicie opanowane przez Sowietów. Oznaczałoby to praktycznie dyktat dla reszty Europy. Stalin przegrał wojnę nie zagarniając Niemcy. Przez Warszawę przegrał. Suworow nie bez kozery zwraca uwagę na nieobecność Generalissimusa na trybunie w trakcie moskiewskiej Parady Zwycięstwa…

Zychowicz podobne koncepcje wyśmiewa! Ja jednak zostanę przy swojej opinii pomimo nazywania jej przez Szanownego Autora „piramidalną bzdurą”, lub łagodniej „czystą groteską” czy „niedorzecznością”. Tak nazywa, choć sam stwierdza wielokrotną przewagę ilościową, sprzętową wojsk sowieckich nad niemieckimi w chwili dotarcia pod Warszawę. Te wojska mogły pruć dalej. Nie poszły jednak, stanęły w miejscu.

Niewątpliwie obiema rękami podpisuję się pod apelem Zychowicza by to czego Niemcy (i ich alianci) dokonali z ludnością cywilną w czasie Powstania - szczególnie na Woli, Ochocie - nazwać ludobójstwem! Rzeź tę trzeba nazwać po imieniu. Wreszcie!

Książka Zychowicza nie kończy się Powstaniem. I słusznie, konsekwencje Powstania należało dalej śledzić. Np. sprawa „szesnastu”, dotąd niewyjaśniona. Zwracam tu uwagę na – zdaniem moim – przesadnie na serio traktowanie przez autora relacji wspomnieniowych. Np. „Kuriera z Warszawy” Jana Nowaka autor traktuje jako zbiór dokumentów, za takie też uznaje dialogi książkowe… Książki pisanej w l. 70, że przypomnę.

Według Zychowicza w sprawie „16’tu”

„ponurą rolę odegrał ludowiec i zaufany człowiek Mikołajczyka Stefan Korboński (…) to on będąc zwolennikiem ‘dogadania się’ z sowieckim okupantem, był głównym motorem tego rokoszu”

Jaki „rokosz”? Dlaczego Korboński w „ponurej roli”…?

A nie mówiłem, że czytać Zychowicza to żmudny proces! Czasem nawet trzeba udać się do BUW’u (gdy Biblioteka Narodowa trwa w ciągle przedłużającym się remoncie…), by zajrzeć do piątego tomu dzieła „Armia Krajowa w dokumentach” i prześledzić depesze krążące pomiędzy Warszawą (dokładniej mówiąc – z okolic Warszawy), a Londynem. Czas nas interesujący to głównie marzec 1945.

A więc po pierwsze „rokosz”, czyli sugestia jakoby uczestnicy „16-tki” pragnęli za plecami Londynu dogadać się z Moskwą i założyć, może i do spółki z tymi z Lublina, rząd…

Dla tematu tego znajduję w owym piątym tomie depeszę „Sobola”, czyli Delegata Rządu, Jankowskiego z 20 marca do Londynu. Relacjonuje on w niej przebieg rozmowy z gen. Pimienowem, m.in.:

„Oświadczyłem, że będę się domagał umożliwienia nam wysłania delegacji do Londynu w celu porozumienia się z Rządem, czynnikami politycznymi i Mikołajczykiem.”

Szef Pimienowa gen. Iwanow/Sierow „zdecydował, że samolot jest do mojej dyspozycji”. Sobol bardzo liczy na wyjazd delegacji do Londynu, jeśli tak się stanie „będzie to realnym dowodem dobrej woli”. Generalnie depesza ta – nr 1471 – była informacją Delegata Rządu do Londynu o charakterze i treści owej wstępnej rozmowy z płk. Pimienowem, oraz o tematach zamierzonych rozmów z gen. Iwanowem. Czyli, jaki rokosz, jeśli dokładnie informuje się, na bieżąco o tych rozmowach, ich treści!

Jaki rokosz, jeśli działania te są akceptowane przez Londyn! Oto depesza nr 1479, w której autorzy – Arciszewski, Berezowski – dokładnie analizują aktualną sytuację polityczną dot. Polski i przedstawiają kilka wariantów ciągu dalszego. W tym i wersję optymistyczną, zakładającą zmianę postawy sowietów na korzystniejszą wobec Polski. Panowie z Londynu piszą jasno:

„w warunkach w jakich się znajdujecie nie możecie odrzucać propozycji rozmów.”

A więc nie było zakazu dla tych rozmów, jak twierdzi Zychowicz. W tej samej depeszy czytamy:

„Wasze zadanie umożliwienia zetknięcia się z nami ze wszech miar uważamy za posunięcie trafne i konieczne. Wiąże ono całość akcji z Zachodem i legalnymi czynnikami państwowymi, znajdującymi się poza zasięgiem sowieckim".

Gdyby Londyn wydawał się nieodpowiedni Waszym rozmówcom moglibyśmy się spotkać na gruncie neutralnym, na przykład w Sztokholmie”

Depesza została wysłana z Londynu 30 marca. Następnego dnia, 31 marca, Londyn otrzymuje depeszę (nr 1481) podpisaną przez Korbońskiego-Nowaka, w którym ten informuje o „zaginięciu” 28 marca, w willi NKWD w Pruszkowie, kilkunastu osób najwyżej postawionych w polskiej podziemnej hierarchii. Nowak pisał: „Podejrzewamy podstępne aresztowanie lub wyjazd do Londynu lub do Moskwy”. Więc jeszcze mieli nadzieję…

W wykazie bibliograficznym omawianej książki znajduję informację, iż „Armia Krajowa w dokumentach” (w tym i tom piąty) i owszem znana jest autorowi. Jak widać, niedokładnie znana, lub… wybiórczo znana! Np. informacji o samolocie do Londynu mającym być podstawionym na żądanie strony polskiej, w książce ni słowa. Bo i wtedy np. autor nie mógłby przedstawiać nam jakoby „16’tka” to rokoszanci, stołkowicze itd. itp…. Nie mógłby więc pisać jak napisał, ironicznie oczywiście zresztą, dlaczego to do willi w Pruszkowie udało się aż kilkunastu przedstawicieli podziemia; „Oczywiście po to, aby żadnego nie ominęły spodziewane stanowiska i apanaże w jałtańskiej Polsce”…

Z kolei depesza nr 1477 Okulickiego Sztabu Nacz. Wodza., informowała Londyn m.in.:

„Sowiety obiecały dać możność porozumienia się z Wami De[legatowi] Rz. i po 2 przedstawicieli str. Pol. W tym celu mają dn. 29.III dostarczyć samolot. Być może, że i ja będę mógł przybyć”…

Gdzie tu „rokosz”? Naiwność tak, ale nie perfidne odwrócenie się od Londynu dla stolców ministerialnych!

Przy okazji poznaję treść depeszy przesłanej 23 marca przez Arciszewskiego (Premiera) do Jankowskiego, a w niej m.in.: „W sprawie rozmów, które sygnalizujecie w depeszy nr 206 z dnia 11/3 br. prosimy o wiadomość, czy rozmowy te odbyły się, jaki miały charakter i czy dały jakie wyniki”. A więc, znowu ciekawość a nie zakaz wchodzenia w rozmowy! Depesza nr 206, była pierwszą, która informowała Premiera, Londyn o sowieckiej inicjatywie spotkań.

Przyznam, że kilka razy czytam fragmenty „Obłędu 44” mówiące o wrednej rzekomo roli Korbońskiego. Po raz pierwszy Korboński wymieniony jest na stronie 457, na której to Zychowicz stwierdził, że tamten był głównym „motorem tego rokoszu”. Że nie rokosz to już wiem, ale nie jestem w stanie domyślić się, na czym miałaby polegać ewentualna główna rola Korbońskiego w epizodzie umownie nazwanym „sprawa 16’tu”…?

Czytam więc strony 469-471, na których Zychowicz znowu przywołał postać autora „W Imieniu Rzeczypospolitej”. Tu autor skupił się nad Mikołajczykiem i jego pacyfikacyjnej roli w Polsce. I pisze:

„Pod wpływem ludowców – znowu fatalną rolę odegrał ostatni delegat rządu na kraj, Stefan Korboński – Rada Jedności Narodowej zdecydowała o samorozwiązaniu. 27 czerwca 1945 roku Polskie Państwo Podziemne przestało istnieć, uznając ‘rząd’ Osóbki-Morawskiego. 1 lipca wydana została pożegnalna odezwa – Testament Polski Walczącej – w której wyrażono ‘pragnienie wszystkich Polaków’ do ‘zlikwidowania po wieczne czasy nieprzyjaźni polsko-rosyjskiej’. Jako źródło tej nieprzyjaźni wskazano… ‘politykę reakcyjnego caratu’

Korboński, który wcześniej wydał odezwę do wciąż siedzących w lasach AK’owców, wzywając żołnierzy, by ‘zaniechali walki i wrócili do pracy nad odbudową kraju’, sam wyszedł z podziemia i zaangażował się w działalność PSL”

Sprawa wyjścia z lasu, to sprawa dyskusyjna. Są przecież i tacy historycy, którzy w tych apelach i owszem sporo znajdują sensu. W każdym razie, Korboński był jednym z wielu głoszących takie wezwania, i na pewno nie głównym. Tak jak i na pewno nie można twierdzić jakoby „wyszedł” z podziemia; on został wypuszczony z więzienia NKWD/ubeckiego. Wypuszczono go dzięki interwencji Mikołajczyka. A w działalność PSL był zaangażowany od kilkunastu lat, już przed wojna pełnił w niej wysoką funkcję. To tyle apropo’s precyzji wypowiedzi autora. Zresztą mówiłem już, że im bliżej końca książce tym mniej znajduję ostrożności u autora, mówiąc po prostu – dyscypliny słowa, faktu ale i wywodu.

Oto za głównego „świadka” mającego uzasadnić negatywną ocenę Korbońskiego przywołał artykuł Henryka Klejnerta zamieszczony w londyńskiej „Myśli Państwowej”. Po pierwsze nie był to artykuł Klejnerta a anonimowego „Haka”, bo tak był w gazecie podpisany. O tym, że „Hak” to pseudonim Klejnerta niewiele osób wiedziało (wiedział Mackiewicz pisząc „Zwycięstwo prowokacji”). Np. sam skrytykowany, czyli Korboński był pewien, iż za pseudonimem tym kryje się Goetel. Ze strony Zychowicza brakuje też podania daty kiedy ów tekst „Haka” się pojawił; a pojawił się w roku 1954 (październik) i był recenzją z „W Imieniu Rzeczypospolitej” Korbońskiego. Natomiast sposób podania tegoż cytatu przez Zychowicza może sugerować nieuważnemu czytelnikowi jakoby był to komentarz napisany wkrótce po ucieczce Korbońskiego na Zachód. Bo jak inaczej skomentować fakt, iż słowa odautorskie bezpośrednio poprzedzające cytat z „Haka” brzmią: „gdy zagrożony aresztowaniem uciekł (Korboński) na Zachód, część emigracji niepodległościowej przyjęła go niezwykle wrogo”

Jak widać autor nie podaje – nie przypadkowo - wielu ważnych okoliczności związanych z „używanym” tekstem, natomiast nie zapomni zapewnić jakoby dziennikarz ów był znanym dziennikarzem! A jak znany był Klejnert niech świadczy fakt, iż nie znaleziono dla niego ni słowa w słowniku pseudonimów! Dla „Haka” też nie znaleziono! Sprawdzałem!

W każdym razie, ten „znany” dziennikarz podaje rewelacyjną – np. dla mnie - wiadomość jakoby… Korboński odmówił podziemiu oddania posiadanych przez siebie środków finansowych, a „wszystko przekazał bezpiece”! Przyznam, że temat „Korboński” znam dość obszernie, łącznie z zarzutami mu stawianymi, ale z tym spotykam się po raz pierwszy!

I jest to dla mnie kolejny wątpliwy moment rozprawy Zychowicza. Podejrzewam, iż Klejnert jest jedyną osobą taki zarzut wyciągającą wobec Korbońskiego! I dlatego choćby, pod piórem (przepraszam – w komputerze), Zychowicza musiał urosnąć do rangi „znanego” dziennikarza! Sam tekst „Haka” można nazwać gorącym, a nawet i napastliwym. Szczytem tego ostatniego niewątpliwie jest przyrównanie Korbońskiego do… Światły! A jak w takim razie należy nazwać działanie Zychowicza, który te niemądre porównanie Klejnerta cytuje po blisko 60 latach…? Że nie jest to przejaw miłości do Korbońskiego, to pewne. Ale i pewnym jest, iż nie jest to przejaw miłości do prawdy (właśnie! Oby nie zapomnieć: Jedynie prawda jest ciekawa)…

Tak więc, oceniając zarzuty stawiane Korbońskiemu; są to jedynie zaklęcia plus wypowiedź, o bardzo wątpliwej wartości, „znanego” dziennikarza „Haka”!

Postacią najbardziej obciążoną przez Zychowicza winą za Powstanie, jest niewątpliwie Okulicki. Mało, że sprawca owych walk, ale – co gorsze dla niego – agent Moskwy od roku 1941, wierny wykonawca jej poleceń. Czyli – zdrajca! Trudno mi ten wątek oceniać, za dużo hipotez, za mało dokumentów. Ze swej strony mogę tylko podsunąć Zychowiczowi jeszcze jedną wersję ciągu dalszego życia gen. Okulickiego. Jeśli faktycznie był człowiekiem Moskwy to wcale nie musiał umrzeć na Łubiance, a przeciwnie – stało się to na daczy, po wielu latach spokojnego żywota emeryta, osobnika zasłużonego dla ZSRR. A może jego sąsiadem był Martin Bormann. Może nawet razem popijali wódkę zagryzając astrachańskim kawiorem… Może…

Postacią trochę mniej obciążoną przeróżnymi oskarżeniami w tej książce jest Stanisław Mikołajczyk.

Poznając pretensje Zychowicza do Mikołajczyka chciałoby się poznać jego wizję w temacie; a co byłoby gdyby nie było tej inicjatywy? Czy autor ma odwagę twierdzić, że wtedy np. Zachód nie uznałby rządu lubelskiego, i dalej za jedynego partnera uznawałby londyński…?

Postawy Mikołajczyka nie akceptował także Józef Mackiewicz (i wielu innych). I nie ma się czemu dziwić. Mieli swoje racje. Racje niezłomnych, potrzebnych każdemu społeczeństwu, narodowi, szczególnie w momentach dla niego tak ważnych, przełomowych. Natomiast Mikołajczyk miał rację polityka, który zaryzykował i podjął grę. Nie dla stołków - doprawdy, nudne już jest odnajdywanie przez autora „Obłędu 44” w każdym prawie nie lubianym przez siebie polityku, wyłącznie miłośnika stołka, a nie np. właściciela jakiejś idei, czy innego pomysłu! - a dla wykazania światu, ale i Polakom, prawdziwego oblicza sowietów. Gra ryzykowna, narażająca także i na samozagładę. W przypadku Mikołajczyka powinno się odpowiedzieć na pytanie, czy gdyby nie jego zaistnienie, Moskwa nie mogłaby ogłosić wszem i wobec:

„proponowaliśmy Polakom, sami widzicie, psiakrew! odmówili. A przecież zapisaliśmy w Jałcie wolne, demokratyczne wybory, a od nich nikogo nie ma. Z kim mamy gadać, jeśli ci z Londynu nie chcą. Natomiast ci z Lublina i owszem, chcą”.

I myślę, że rozważenie i takiej wersji wydarzeń Mikołajczykowi, i jego grupie, po prostu się należy. Zwłaszcza, że ogromnie ryzykowali, i w sumie, jakże bardzo przegrali. Wydaje się pewne, iż nasza historia bez ich „eksperymentu” o ileż byłaby uboższa, niepełna, niesprawdzalna! Niewątpliwie, z drugiej strony patrząc, o ileż bardziej byłaby pomnikowa! No, ale Zychowicz, podobno nie lubi pomników!

No więc ci z PSL nie odmówili. Zgodnie z literą prawa wspomnianych konferencji wzięli udział w wyborach. Swą przegraną udowadniając światu - temu, który chciał to widzieć - iż Moskwa żadnego traktatu nie traktuje poważnie. Wybory zostały tak bezczelnie, jawnie i na taką skalę sfałszowane, że Moskwa musiała szybciutko zainscenizować przed tymże światem zachodnim tzw. pogrom kielecki. Dla odwrócenia uwagi od owego fałszu…

Wracając do Powstania, tematu najważniejszego dla omawianej pracy…

Przez blisko pięćset stron książki wydawało mi się, iż jej autor jest przeciwnikiem Powstania. A przecież, na dziesięć stron przed jej końcem niespodziewanie dowiaduję się, iż… dałem się zwieść tytułowi. Oto Zychowicz wychwalając „żołnierzy wyklętych” stwierdza ze smutkiem:

„Wreszcie ktoś zaczął strzelać do bolszewików. Niestety o sześć lat za późno”…

A więc, jak widać, marzyło mu się drugie Powstanie, tym razem zrobione przez Żołnierzy wyklętych”!

A jednak nie! Po kilku następnych stronach Zychowicz powtarza wygłaszaną od początku tezę, iż Polacy tak wobec szkopów jak i wobec sowietów powinni zachować bierność, i absolutnie nie walczyć z nimi, ponieważ „nic nie mogło zmienić naszego losu”. No to dlaczego przed chwilą zgłosił swój żal do „Żołnierzy wyklętych”, którzy rzekomo przez sześć lat nie strzelali do bolszewików… Nie rozumiem!

A nie mówiłem, że Zychowicz książkę swą napisał zbyt szybko, łatwo….? Jeśli nie mówiłem to teraz to ogłaszam! M.in. poruszony znalezionym, u finału książki, cytatem z Churchilla kpiącego:

„nie było takiego błędu, którego Polacy nie popełnili”.

Porusza mnie nie sam Churchill a szacunek jaki ma dla tych słów Zychowicz. Który ani myśli skomentować cynizm, ale i bezczelność tego osobnika, który osobistą grą wpędził nas w owe „błędy”!

Ważną kwestią dla oceny tego typu skandalizujących książek, jest pewność czytelnika co do jej szczerości! Czyli ustalenie, czy dzieło te jest efektem autentycznej pasji badawczej, czy też chłodnego, wykalkulowanego zamysłu komercyjnego mającego nadać autorowi popularność, sławę. Myślę, że w przypadku „Obłędu 44” odpowiedź przyjdzie dopiero z czasem. Np. z dalszych zachowań autora, powiedzmy np. jego reakcji na propozycje wydawnicze ze strony Niemiec. Przypomnę, iż np. Stanisław Rembek, gdy NRF zaproponował mu ekranizację jego opowieści o polskim degeneracie zatytułowanej „Wyrok na Franciszka Kłosa”, odmówił swej zgody. On dobrze wiedział o co chodzi Szkopom!

A przypomniałem sobie „przygodę” Rembeka znajdując w książce Zychowicza pewność co do tego jakoby spora liczba historyków, publicystów mających inną ocenę sensu Powstania, robiło to, głównie, dla apanaży… No więc poczekamy, zobaczymy.

Autor zapewnia, iż książkę tę napisał z myślą o ludziach, którzy brali udział w Powstaniu. No, cóż, jeden z nich już mu podziękował. Mówię o gen. Januszu Brochwicz-Lewińskim, ps. „Gryf”, uczestniku Powstania, ale i rozmówcy Zychowicza pracującego nad swą książką. Jego wypowiedzi, wspomnienia użył autor dla wzmocnienia swej tezy… Rozumiem przykrość gen. „Gryfa”! Kilka dni temu, na jednej z promocji książki, egzemplarz otrzymany przez gen. „Gryfa” został zwrócony autorowi.