Upominam się 11 Listopada o tradycję dawnej PPS. Bez niej polskość wydaje mi się niekompletna

Klub PPS, Fot. Biblioteka Sejmowa/Wikipedia.org
Klub PPS, Fot. Biblioteka Sejmowa/Wikipedia.org

W kazaniu proboszcza katedry wawelskiej z 11 listopada tego roku pojawili się wybitni Polacy: Piłsudski, Dmowski, Haller, Korfanty, Witos. Wszystko to wybitne postaci, często zresztą ze sobą wtedy skłócone. Moim skromnym zdaniem można ważyć ich rację, rozliczać błędy, okazywać sympatie i antypatie. Ale nie odmawiać wielkości intencji. Oni wszyscy kochali Polskę.

Upomnę się jednak przy okazji 11 Listopada o tradycję na prawicy mniej popularną. To tradycja PPS. Partii Piłsudskiego, która jako pierwsza podniosła pod latach sztandar insurekcyjnej, bezkompromisowej postawy. Utopijnej w warunkach roku 1905, ale na przykład już nie w obliczu pierwszej wojny światowej.

To była ważna i całkiem dobra szkoła patriotycznego myślenia, nawet jeśli rewolucyjne w zaborze rosyjskim metody działania rodziły rozmaite dylematy, także i moralne. Polecam poświęcone im fragmenty „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej – dzięki nim lepiej może zrozumiemy racje tej części młodej polskiej inteligencji, która odrzucała wszelki kompromis. Nigdy też nie zapomnę wzruszających scen serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, kiedy to bohater grany przez Jerzego Trelę, rewolucjonista 1905 roku, mówi słowami Piłsudskiego o upokorzeniu, jakiego doznaje nieustannie w czasach pozornej małej stabilizacji czasów zaborów.

To również po części moja rodzinna tradycja. Brat mojej babci Stanisław Rawicki, złotnik z Warszawy, był socjalistą i uczestnikiem rewolucji 1905 roku. Nie znałem go, umarł w czasie drugiej wojny światowej. Pamiętam jednak, jak w mojej rodzinie powtarzano w czasach PRL: wujek Stach wierzył w Boga i kochał Polskę. Taki to był socjalizm.

Jak wiadomo Piłsudski z tramwaju o nazwie „socjalizm” wysiadł na przystanku „niepodległość”. Wielu dawnych radykałów stało się członkami establishmentu, często zresztą z motywacji patriotycznych. Chcieli budować własne państwo. Ale wuj Stach wierzył w społeczną równość, chciał nadal walczyć o sprawiedliwość, a zarazem nie wyrzekł się ani Boga ani Polski. W praktyce oznaczało to zachowanie wierności wobec czegoś co nieosiągalne.

Liderzy PPS sprawdzili się w czasie największej próby - w roku 1920. W obliczu sowieckiego najazdu dali swoje twarze niepodległemu państwu stając na jego czele (Ignacy Daszyński jako wicepremier), a co młodsi poszli po prostu na front jak Adam Ciołkosz. To było szczególnie ważne w chwili, gdy komuniści odwoływali się do poczucia socjalnej krzywdy polskiego ludu.

Potem ci liderzy byli już na ogół w opozycji. Niektóre ich propozycje trąciły utopią, jak choćby wizja ustroju opartego na słabej władzy państwowej i bezpośredniej demokracji z wiecznie aktywnym ludem. Można też wątpić w ich zapowiedzi powszechnego uspołecznienia wszystkiego. Takie przemiany nie miały w Polsce oparcia w żadnej warstwie poza częścią robotników, którzy byli przecież mniejszością. A próba wprowadzenia nad Wisłą gospodarki planowej skończyłaby się najpewniej fiaskiem i kompromitacją.

W latach 30. niektórzy socjaliści nie mogąc się doczekać ziszczenia swoich marzeń ulegali powszechnej europejskiej chorobie radykalizacji. Nie tylko endecy czy piłsudczycy, także i oni mieli kłopot z demokracją, zaczęli powtarzać absurdalne frazesy o dyktaturze mas pracujących. Na ich usprawiedliwienie można powiedzieć, że czasy wielkiego kryzysu sprzyjały zwątpieniu w żywotne siły kapitalizmu.

Ale dopowiedzmy coś jeszcze: być w Polsce socjalistą znaczyło być społecznym wrażliwcem współczującym zwykłym, biednym ludziom. A wbrew lukrowanej wizji historii Polska międzywojenna nie rozwiązała gigantycznych problemów społecznych. Dobrze to wyczuwał Lech Kaczyński mówiąc o sobie na poły żartobliwie na naradzie w warszawskim ratuszu, że właściwie można go nazywać PPS-owcem. Późniejszy prezydent Polski nie był naturalnie bezkrytycznym wyznawcą jednego przedwojennego kierunku, można by go równie dobrze nazwać piłsudczykiem. Ale rozumiał wartość tej wrażliwości. Niepokój rodem z książek Żeromskiego, o to, że wolna Polska musi być Polską bardziej dla wszystkich, był też jego niepokojem.
Podobnie jak wiara w ideę Polski wielonarodowej, jagiellońskiej, niosącej innym wolność.

Druga wojna światowa przyniosła socjalistom jak wszystkim szczególnie ciężki sprawdzian. Zdali go ci wszyscy, którzy zwłaszcza w szeregach organizacji Wolność Równość Niepodległość współtworzyli podziemne państwo i walczyli u boku AK. Tacy ludzie jak Kazimierz Pużak, Zygmunt Zaremba czy Antoni Pajdak byli wrogami Niemców, ale także nowych sowieckich okupantów. Pużak zapłacił za to najwyższą cenę umierając w komunistycznym więzieniu. Ten sam rys niezłomności można odnaleźć politykach PPS na emigracji: Tomaszu Arciszewskim, Adamie Ciołkoszu czy Adamie Pragierze.

Z pobudek patriotycznych potrafili się wznieść ponad przedwojenne podziały współpracując całkiem sprawnie z dawnymi wrogami: politykami sanacyjnymi czy endeckimi. Równocześnie zaś nigdy niezrealizowane programy pisane dla wolnej Polski nasycili swoim stałym ładunkiem wiary w społeczną równość. Znowu nasuwa się pytanie o ich realizm, ale z pewnością powojenna Polska organizowana bez komunistów byłaby Polską bardziej współczującą ludziom wykluczonym. Byłaby Polską naprawdę ludową. Tego to społeczeństwo udręczone przez wojnę potrzebowało, choćby jako mirażu.

Naturalnie część socjalistycznego etosu została wkrótce roztrwoniona, i to trzeba szczerze powiedzieć, przez część socjalistów. W latach 80. jako student historii wdałem się w spór z występującym na moim wydziale z prelekcją o jego ukochanym ruchu Janem Józefem Lipskim. On chciał patrzeć na tradycję PPS przez pryzmat niezłomnej grupy WRN-owców, dręczonych, więzionych, wyrzuconych na margines przez nowych władców Polski. Ja przypominałem, że tysiące zwykłych członków partii wstąpiły niestety do PPS koncesjonowanej, a potem znalazły się w PZPR. Decydował lęk, chęć dostosowania się, ale też często niewiara w „burżuazyjną demokrację” w obliczu domniemanego kryzysu kapitalizmu i katastroficznych doświadczeń wojny. To jednak oznaczało przyłożenie ręki do nowego zniewolenia. To nie był już duch dawnej PPS, a zalążek zdrady krył się w jakiejś części jej własnej doktryny.

Dziś przypomniałbym to samo, ale może lepiej rozumiem idealistę Lipskiego. Mit PPS niezłomnej był mitem pięknym i wartym wskrzeszenia, nawet jeśli odrobinę jednostronnym wobec komplikacji historii realnej. Może gdyby wskrzeszono go konsekwentnie po roku 1989 nie oddano by tak łatwo symboli lewicy dawnym funkcjonariuszom Jaruzelskiego.

Rozumiem, że nazwiska najbardziej zasłużonych polskich socjalistów nie padły dziś w kościołach. Często, może częściej niż w innych krajach wierzyli w Boga, ale bywali antyklerykałami. Ja ich jednak wspomniałem 11 Listopada i namawiam do tego innych. Można dziś wiele ich poglądów kwestionować, można się z nimi wadzić, ale miłości Ojczyzny i zasług w jej odzyskiwaniu odmówić im nie sposób. To piękna tradycja. Bez nich polskość będzie niekompletna.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...